Czarna Madonna/Mroczna Bogini – Cień Kobiecości. Zarys historyczny i prognoza na przyszłość.

W naszej własnej ignorancji i zaślepieniu zdajemy się nie zauważać jak potężną siłą oddziaływania w ludzkiej egzystencji z punktu widzenia rozwoju psychiki jest nieświadomość. Dogłębna analiza psychoanalityczna jest nauką stosunkowo nową, kojarzoną najczęściej niestety z bezeceństwami i paranojami freudowskimi. I chociaż można się zgodzić z przekonaniem, że Freud poszedł jakby troszeczkę za daleko i niekoniecznie w najlepszą stronę, jako ojciec badaczy ludzkiej psychiki zasługuje na uznanie i docenienie. Moje osobiste zainteresowanie psychoanalizą, zwłaszcza jej rozwojem w naukach Junga, trwa od dłuższego już czasu. Cała „Biegnąca z wilkami” oparta jest na jungowskich twierdzeniach, a dowód na ich naturalne funkcjonowanie w naszym świecie wewnętrznym upatruje daleko wstecz, zanim nauka w sposób racjonalny je opisała. Czym jest nieświadomość? Jest tym, co niewidoczne, nader często nieakceptowane i wyparte. Jest skupiskiem wyobrażeń, wierzeń i archetypów, sięgających głęboko w strukturę funkcjonowania indywidualnego i kolektywnego. Jest ładunkiem energetycznym, który wpływa na nasze postawy, zachowania, opinie i światopogląd, bez względu na to, czy to zauważamy czy nie. Jest nieodłącznym cieniem każdego z nas. Jest głównym atrybutem kobiecości, jej naturalną siłą i magią. Jest też tym, co najbardziej przeraża, bo personifikuje szystko to, co nieogarnione, mistyczne, pozazmysłowe, intuicyjne i wyczuwalne.

Przy dzisiejszym, swobodnym dostępie do informacji i wiedzy, przełożenie nieświadomego wpływu na obraz rzeczywistości w jakiej funkcjonujemy, nie jest już tak wielką tajemnicą i wystarczy odrobina otwartości umysłu, żeby uważnie rozglądając się wokół, co najwyżej się uśmiechnąć pod nosem. A jednak, strach przed uzyskaniem dostępu do tej wiedzy jest głęboko zakorzeniony, a ufność temu, co w nas prawdziwe, aż nadto nadwątlona. Mija dokładnie rok od mojego ostatniego ataku paniki z tym związanej. Mija dokładnie rok od mojego własnego osunięcia się w mrok psychiki własnej, bliskich mi osób i kolektywnej. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam opisać tą podróż i do dzisiaj nie wiem na ile jestem w stanie ją zrozumieć. Akceptuję. Powoli. Uczę się żyć z tym, co dopiero teraz sobie uświadamiam. Dzieląc się skrawkiem mojego osobistego proroctwa podejrzewam, że ludzkość jest u progu kolejnego, dużego przejścia kulturalnego, społecznego i religijnego. Mam nadzieję i własną marzycielską interpretację, że tym razem w stronę pojednania i połączenia, pięknego zwieńczenia podziałów pomiędzy tym, co żeńskie i tym co męskie, tym co od Boga i tym co od Bogini, sekretne i sakralne zaprzysiężenie sił Słońca i Księżyca. No, ale ja optymistką w końcu jestem i do tego nieco szaloną. 😉 Tymczasem posłużę się cytatem na temat tego, co było i co jest. To, co było powraca, to co jest się broni, z wojny przeciwieństw nowe dopiero się narodzi…

„W najwcześniejszych odkrytych społeczeństwach, które czciły Księżyc jako wcielenie Bogini, trzecia, ciemna jego faza stanowiła uosobienie Czarnej Madonny, mądrej i współczującej, panującej nad tajemnicami śmierci, transformacji i odrodzenia. W przeciągu wielu tysiącleci następujące po sobie kultury stopniowo zastępowały wyznawców Księżyca, a wiedza na temat cykliczności rzeczywistości, którą jego fazy odzwierciedlały, została zagubiona.

W dzisiejszych społeczeństwach większość z nas nie zdaje sobie sprawy z możliwości uzdrawiania i odnowy, które są nieodłącznym atrybutem ciemnej fazy Księżyca w cyklach jego przeobrażeń. Zamiast tego ciemność kojarzona jest ze śmiercią, złem, zniszczeniem, izolacją i stratą. W społecznościach rządzonych jedynie przez słoneczną i białą świadomość nauczono nas obawiać się, odrzucać, dewaluować i pozbawiać mocy wszystko to, co stanowi konotację z pojęciem ciemności – ludzi o innym kolorze skóry, kobiety, seksualność, cykl menstruacyjny, naturę, okultyzm, wierzenia i rytuały pogańskie, noc, podświadomość i nieracjonalność, oraz samą śmierć. Mitycznie uosobiliśmy wszystkie te obawy z przesiąkniętą złymi instynktami kobiecością – wcieleniem Czarnej Madonny/Mrocznej Bogini, połączonej intymnie z ciemną fazą Księżyca.

Wraz z biegiem historii oryginalna rola Mrocznej Bogini jako odnowicielki została zapomniana, a ona sama stała się siejącą postrach niszczycielką. W wielu mitycznych wierzeniach świata zaczęto ją przedstawiać jako Kusicielkę, Okrutną Matkę/Macochę oraz niosącą Śmierć Wiedźmę. Późniejsi jej biografowie opisywali ją jako mroczną, złą, jadowitą, demoniczną, przerażającą, wrogą, ognistą oraz wściekłą. Kiedy kultury patriarchalne stawały się coraz powszechniejsze, uznano ją za symbol krwiożerczej kobiecej seksualności doprowadzającej do zachwiania i utraty ludzkiej (*jak się łatwo domyślić zwłaszcza tej męskiej i najbardziej wystawionej na pokusę Diablic czystości sutannianej* – przyp. własny, złośliwy) moralności i religijności, a następnie pożerającej niezbędną żywotność i oplatającej „uległych” w objęciach śmierci.

W mitycznej wyobraźni zdominowane przez mężczyzn kultury, zniekształciły całkowicie jej oryginalny charakter na skalę przerażających rozmiarów. Jako hinduistyczna Kali pojawia się ona na ziemiach kremacyjnych ozdobiona girlandą z czaszek, trzymając w ręku odciętą głowę Boga Shivy, ociekającą krwią. Jako judaistyczna Lilith przelatuje w nocy jako wcielenie żeńskiego diabła, uwodzącego mężczyzn, rodzącego demony i zabijającego niemowlęta. Jako grecka Meduza ma piękne, obfite włosy, które stają się jej koroną z syczących węży, i wzrok Przeklętego Oka, zamieniający ludzi w kamień. Jako rzymska Hekate wyczekuje nocą mężczyzn na skrzyżowaniu dróg wraz z hordą wściekłych psów, pochodzących z piekieł.

Samoczynnie nasuwa się pytanie dlaczego Bogini Nocy przedstawia tak zatrważający obraz? Jaką drogą zaczęła ona, wraz z jej psychologicznym odpowiednikiem ciemnej kobiecości, zagrażać naszemu poczuciu bezpieczeństwa, siejąc spustoszenie w ludzkim życiu? Oraz, w jaki sposób jej niszczycielska moc łączy się z jej uzdrawiającymi właściwościami, które są źródłem odnowy? W wyniku czego Czarna Madonna zaistniała w ludzkiej wyobraźni jako uosobienie naszych najgłębszych lęków: przed ciemnością, okultyzmem, śmiercią i zmianą, seksualnością, jak i przed samo-konfrontacją  oraz własną interpretacją prawdy?

Odpowiedzi na te pytania można znaleźć studiując historię przejścia od kultur matriarchalnych w stronę kultur patriarchalnych, które zapoczątkowano przed pięcioma tysiącleciami.  Obecni badacze z zakresu historii starożytnej, pracujący na polach teologii, archeologii, historii sztuki i mitologii, odkrywają dowody na pojawienie się, około 3000 roku p.n.e., tendencji zastępujących wcześniej dominujące struktury społeczno-religijne, rządzące ludzkością. Matriarchalne społeczeństwa, wielbiące boginie Ziemi i Księżyca takie jak Innana, Isztar, Izyda, Demeter, oraz Artemida, ustąpiły miejsca społeczeństwom patriarchalnym, wyznających bogów Słońca oraz herosów takich jak Gilgamesz, Amon, Zeus, Jahwe, oraz Apollo.

image-7

Demetra George, „Mysteries of the Dark Moon”.

Przed tym momentem zrozumienie nierozerwalności połączenia pomiędzy śmiercią i odrodzeniem było sednem nauki o cyklicznych fazach przejścia Księżyca, uosabiających kult Mrocznej Bogini przez starożytnych wyznawców. Stanowiła Ona źródło nauki tego, że każdy koniec (śmierć) jest nowym początkiem (życie), oraz, że energia seksualna może być używana nie tylko w celach prokreacyjnych, ale także jako ekstaza, uzdrowienie i spirytualne oświecenie. W trakcie przesunięcia ludzkości w stronę przywiązania do kultu bogów solarnych, wcześniejszy symbolizm bogiń zaczął zanikać w kulturach świata, a ich nauki zostały zapomniane, wyparte i zniekształcone.

Współcześni uczeni odkrywają coraz więcej dowodów na to, jak kult Bogini został stłumiony, jej świątynie i artefakty zniszczone, zwolennicy prześladowani i zabijani, a towarzysząca jej rzeczywistość uległa zatraceniu. Nowy system wartości i wierzeń zbudowany na bazie patriarchalnych plemion słonecznych  zaprzeczył odnowie cyklicznej, tym samym zakłócając cykle narodzin, śmierci i regeneracji Bogini Księżyca”*.

W swoim szerszym kontekście historycznym i psychologicznym archetyp Czarnej Madonny, stanowiący trzeci filar antycznej Trójcy Bogiń, był nieodłącznym elementem odzwierciedlającym kobiecą naturę w jej pełnym wymiarze, jako dziewczyny-dziewicy, matki i staruchy-wiedźmy. Tak pojmowana kobiecość w swoim naturalnym aspekcie Bogini Nocy, była honorowana, kochana i akceptowana, jako źródło mądrości oraz mistycznych zdolności regeneracyjnych. W wyniku postępującego rozwoju patriarchatu to właśnie ona wraz ze swoimi naukami została wygnana i wylegitymowana ze społecznego obrazu, a tym samym zepchnięta w najciemniejsze zakamarki ludzkiej nieświadomości. Teraz z niej się odradza i staje do walki… Rozum powoli pojmuje, a serce jak oszalałe łomocze…

*Źródło: Demetra George, „Mysteries of the Dark Moon. The Healing Power of the Dark Goddess”, Nowy Jork 1992.

 

Reklamy
Opublikowano Spotkania - wpisy. | Dodaj komentarz

Uwaga, Uwaga! CZAROWNICA!!!!!!!

Pochodzę ze wsi w środkowej Polsce. Głównym odwołaniem duchowym, atrakcją i największym skupiskiem lokalnej ludności jest tam duży, zbudowany w stylu neogotyckim kościół parafialny pod wezwaniem św. Jakuba w Chełmicy Dużej. Zostałam tam ochrzczona, przyjęłam I Komunię Świętą i Bierzmowanie, od małego byłam regularnym uczestnikiem wszystkich mszy i obchodów religijnych. Niepokój pojawił się w wieku ok 15, może 16 lat i nigdy już nie ustąpił. Byłam w tamtym okresie mocno wierzącą osobą, zagubioną nastolatką szukającą ukojenia i jakiegoś odniesienia do własnego świata wewnętrznego, z którym nie umiałam sobie poradzić. Za każdym razem przestępując próg Kościoła i siedząc w jego zimnych ścianach, rozglądając się wokół czułam strach i wątpliwości natury egzystencjalnej. Brak poczucia prznależności, niezrozumienie ideai grzechu pierworodnego, Drogi Krzyżowej, martyrologii i ogni piekielnych, nie ustępowały. Czy oto w życiu chodzi? O cierpienie, kontrolę, przerażenie i martwotę poświęcenia? Kościół i jego obraz społeczny otaczała w mojej percepcji ciemność, tak głęboka, że nie umiałam jej zaakceptować. Zaczęłam szukać dalej. Pytania „co za tym stoi” i „z czego wynika” nie przestawały mnie opuszczać.

Oficjalnym „outsajderem” własnej kultury zostałam w momencie, kiedy rzuciałam pracę i stabilizację życiową na rzecz poznawania innych kultur, światów i zabawy po prostu. Moją podróż połączyłam niezamierzenie z transformacją wewnętrzną i jeszcze wiekszą ilością pytań na temat życia i ludzi. Drążyłam temat intensywnie i nieprzerwanie, uparta wszak jestem. Gdziekolwiek nie spojrzałam, nie umiałam pojąć ogromu zniszczeń środowiska naturalnego, przemocy, ubóstwa, poniżenia wszystkiego, co inne lub nowe, rasizmu, seksizmu, radykalnego myślenia i generalnie wszechogarniającego nas braku szacunku dla życia. Każdego życia. Odnosiłam wrażenie, że gdziekolwiek nie poszłam nader często spotykałam się z niechęcią i niekoniecznie ujawnionym, będącym podświadomą wibracją prześladowaniem. Podrywana i zaczepiana byłam nieustannie, wielokrotnie molestowana seksualnie, włączając w to dwie próby gwałtu, nagminne nadużywania emocjonalnie, agresywne ataki, dwukrotnie z interwencją policji, w tym raz, w jakże kulturowo zaawansowanych w przekonaniu wielu Stanach Zjednoczonych, ze strony innej kobiety – Mormonki, żeby nie było, oraz sceną dramatu z wrzeszczeniem, gonieniem i zastraszaniem w Kanadzie! Fatum? Karma? A może po prostu porządek dzienny atrakcyjnej, samotnej dziewczyny w tym świecie? W USA raz przy ognisku zabawiłam się z przyjacielem w grę pt. „pomóż, nie umiem mówić po angielsku”, w odpowiedzi od młodej nastolatki usłyszałam: „nic się nie przejmuj, ładna jesteś, nie musisz się odzywać” (sic!). No tak, słodka buźka, duże oczy, drobna budowa, tylko żeby jeszcze nie gadała i nie patrzyła tym swoim świdrującym wzrokiem. Czarownica, jak nic!

img_6084

Tym co przeraża najbardziej jest świadomość. Wyostrzony zmysł każdej Dzikiej Kobiety, wyczuwający od razu, że za tym co na zewnątrz ukryta jest mniej ciekawa prawda wewnętrzna. To ten instynktowny odruch powonienia, przenikający istotę rzeczy, czy się to komuś podoba czy nie, wywołuje postrach i chęć odwetu. „Za wiedzę zginiesz”, krzyczy Sinobrody. To ta „niezależna od nikogo i złotowłosa pustelniczka ponosi najwiecej krzywd”. Dlaczego? „Bo chce żyć”, używając języka „Biegnącej z wilkami”. W przeciągu ostatniego roku wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, jak mogę się lepiej chronić i gdzie popełniam błąd, narażając się nieustannie na sytuacje takie, a nie inne. Oczywiście mogłabym odwołać się do mojego własnego lęku i wyczuwania tego, co zagraża na odległość metrów, czyli zastosować teorię przyciągania i unikania. Nie zawsze jednak da się uciec i nie wszystko, co nas dotyka jest naszą „winną”. Jest to być może największa iluzja współczesnego rozwoju osobistego, która w moim przekonaniu jest niczym innym, aniżeli kolejną ideologią podtrzymującą złudne poczucie kontroli i wszelkiej sprawczości w życiu. Osobiście w takich sytuacjach zwykłam mówić „life happens, shit happens” (dosł. „życie się przydarza, gówno się wydarza”) i ta postawa przynosi mi dużo więcej spokoju, aniżeli dogłębna analiza przczynowo-skutkowa. Jestem tym kim jestem, wibruję tak jak wibruję, a przypatrując się uważnie wczorajszym kontr-manifestacjom zwolenników PISu, czy może to w ogóle jeszcze zadziwiać?

Problem jednak jest i jest on problemem ogólnoświatowym, niezależnie czy dotkniętymi są kobiety, Afroamerykanie czy syryjscy imigranci. Terroryzm nie jedno ma imię, formę i źródło, o czym zdajemy się zapominać. Wędrując przez Stany byłam częstym gościem tamtejszych księgarń, bibliotek i antykwariatów, bo połączenie inteligencji z oczytaniem uznałam za najlepszy mechanizm, tak obronny jak i ofiarny, we współczesnym świecie, co by nie było że po prostu lubię… 😉 W Portland w stanie Oregon odkryłam moją osobistą skarbnicę wiedzy. Księgarnia i antykwariat w jednym, z kawiarnią i dobrym latte, oraz zasobem książkowym z zakresu historii, kultury, psychologii, mistycyzmu i gender wręcz oszałamiającym. W tym roku tam powróciłam, gubiąc się na cały dzień, po czym ograbiając partnera z kilkudziesięciu dolarów w portfelu i jeszcze większej ilości nadwątlonych nerwów, jak go zaczęłam męczyć tym, co nabyłam, zwłaszcza tytułem o związku czarownicy i klauna… 😉 No, ale nie o tym chciałam. Natknęłam się przy tym na książkę Demetry George, „Mysteries of the Dark Moon. The Healing Power of the Dark Goddess” („Tajemnice Ciemnej Fazy Księżyca. Uzdrawiająca Moc Czarnej Madonny”, a może lepiej Bogini Nocy? Nie wiem, tłumaczę na własną rękę.). I tak oto, lub tylko może, tajemnice feminizmu, czarownic i ataków, zostały mi objawione. Tekst ciekawy i na miarę naszych czasów, zwłaszcza tych na ulicach polskich miast.. Toteż będę tłumaczyć. To, co najciekawsze, powoli i stopniowo..

image-8

„Powiedzieć, że potrzebujemy odrodzenia naszego związku z kobiecością w dzisiejszych czasach, to mało. To, czego potrzebujemy to przywrócenie związku z jej ciemną stroną”.

Fred Gustafson

cdn.

Opublikowano Spotkania - wpisy. | Dodaj komentarz

Kobieta-Szkielet.

img_6095Opowieść o Kobiecie Szkielecie  („Połów: Kiedy serce to samotny myśliwy” [w:] Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”.) czytałam wielokrotnie, zwłaszcza w kontekście swoich związków miłosnych. Bardzo długo zajęło mi uwolnienie się od patrzenia na prawdy w niej zawarte nie przez pryzmat mężczyzn, a siebie samej. W którymś momencie zmęczona poszukiwaniem związku wzorowanego na czymś, co nie jest tak naprawdę moje, zadałam sobie pytanie, a co, jeśli sama w sobie mogę zbudować taki właśnie obraz miłości? Był to pierwszy krok w kierunku zbudowania miłości własnej i dogłębnego uświadomienia sobie, że kluczem do pojednania jest odnalezienie i uzdrowienie obu pierwiastków, żeńskiego i męskiego, w nas samych. Kolejnym krokiem była bardzo długa transformacja wewnętrzna, odzierająca mnie ze wszelkich przekonań i stereotypów na temat tego, kim jest kobieta, a kim jest mężczyzna, sedno której odnalazłam w innej opowieści o Bezrękiej Dziewczynie. Ale to już inna przypowieść , tak jak i historia miłości, którą potem odnalazłam pomiędzy nimi, Myśliwym-Królem i Bezręką Dziewczyną-Królową, w świecie zewnętrznym. 🙂

Analiza Kobiety-Szkieletu nie jest łatwą, gdyż konfrontuje nas ze źródłem największego ludzkiego lęku – lęku przed śmiercią. Kluczem tej historii jest założenie, że dopiero własne pojednanie ze śmiercią i oswojenie tego nieuniknionego aspektu życia, staje się źródłem głębokiej miłości, opartej na współczuciu, oddaniu i zrozumieniu. Cała kwintesencja wszelkich opowieści sprowadza się do przekonania, że to, co na zewnątrz ma swoje źródło wewnątrz, że to co cię przeraża i co odrzucasz w innych, jest tym, co cię przeraża i odrzucasz w samym sobie. Nauka powoli dogania tą starą duchową prawdę studiując i obalając dotychczasową logiczną teorię materii w fizyce kwantowej, w której energia sama w sobie jest samodzielnym bytem i steruje wszystkim wokół. Poprzez synchronizacje z odwiecznymi prawami natury odkrywamy, że nasza energia jest niezaprzeczalnie sprzężona z energią wszechświata. Badając uważnie fazy Księżyca i wędrówkę Słońca po niebie, możemy oswoić fazy ludzkiej egzystencji. Koło czasu się zatacza i wymyka naszemu poznaniu. To, co kiedyś umarło, we właściwym, niezależnym od nas momencie znowu się odrodzi. W nas samych, w związku z drugim człowiekiem, w naszym życiu, w szerokiej i jeszcze szerszej perspektywie. Kluczem nie jest okiełznanie wszystkiego rozumem, ale sercem, które zna rytmy i właściwości o których nam się nie śniło. Miłość, ta prawdziwa, jest energią uniwersalną i najpotężniejszym z możliwych oddziaływaniem Wszechświata.

img_6103Idąc dalej tym krokiem, zapoznając się z historią Majów, czego przyjemność miałam osobistą w Meksyku, oraz wierzeniami i praktykami Rdzennych Amerykanów, w czasie moich podróży przez bezkresne tereny Kanady i Stanów Zjednoczonych, zaczynamy powoli i wciąż niewytłumaczalnie uświadamiać sobie, jak zachwycająco nieogarnione jest życie i nasze w nim istnienie. Oswajając tajemnicę, oswajamy własne lęki i zahamowania, docieramy do zakątków umysłu, których właściwości nikt dotąd nie opisał, oraz energii serca, która zdaje się być metafizyczną inteligencją. Odkrywamy te zakamarki nas samych i wszystkiego wokół, których nie sposób ogarnąć, którym możemy się jedynie ufnie poddać, z wiarą i nadzieją, że wszystko w życiu ma swój ukryty i głęboki sens.

„Rozwikłanie tajemnicy Kobiety-Szkieletu sprawia, że złe zaklęcie przestaje działać – lęk przed pożarciem, wieczną martwotą zaczyna ustępować. (…) Przez jej rozplątanie zdobywamy zdolność wyczuwania, co będzie potem; lepiej rozumiemy wzajemne relacje wszystkich aspektów ducha oraz nasz w nich udział. Rozplątać oznacza uzyskać dogłębną wiedzę o sobie i innych, umocnić zdolność do przejścia wszystkich etapów, projektów, okresów inkubacji, narodzin i transformacji tak spokojnie i tak dostojnie, jak tylko możemy”.

Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”.

Wszystko to sprowadza się do współudziału w odradzaniu się dawno zapomnianej, mistycznej energii żeńskiej, która pokazuje, że nawet odarta do kości i zepchnięta w najodleglejsze zakątki podświadomości, nie przestaje w nas żyć i zachowuje zdolność reinkarnacji. Wiedziały o tym najpotężniejsze umysły naszych czasów, takie chociażby jak Albert Einstein, czy Carl Gustav Jung. Kierując się własną intuicją, wyobraźnią, otwartością, dociekliwością i podszeptami serca (archetypowe właściwości żeńskiej energii) dochodzili i odkrywali to, co niepojęte. W tym właśnie tkwi geniusz każdego z nas. Wiedzą o tym dzieci. To właśnie niewinność naszego istnienia, ciekawość i naturalność, nieskażonego naleciałościami właściwego ułożenia świata przez tych, co myślą, że wszystko wiedzą, które cechują każde dziecko, pozwala zrozumieć to, co dotychczas niezrozumiałe. Serce ma swój rozum, o którym rozum najczęściej nie wie, przywołując wszystkim nam znane clishé. I w tym tkwi sedno rzeczy, wiedzieć to nie to samo, co rozumieć, rozumieć to nie to samo, co czuć.

W czasie mojej własnej wędrówki po nieokiełznanych i niejednokrotnie zatrważających terenach nieświadomości, natknęłam się na odzew, który do głębi mnie poruszył, bo dotykał bliskiego mi ostatnio tematu pogromu Czarownic i nieujawnionych tajemnic Świętej Inkwizycji. Jeszcze raz podkreślę, kobieta to energia żeńska, przyrodzona nam wszystkim, niezależnie od płci. Jej nasilenie zależy od wielu wewnętrznych i zewnętrznych uwarunkowań, ale niewątpliwie jest ona częścią każdego z nas.

„Jeśli pragniesz życia, którym żyjesz, unikaj mistycznych kobiet.

Mistyczna kobieta jest dzikim stworzeniem. Całe życie poświęca poszukiwaniom, gdyż nie dostrzega wartości w nieświadomości. Przygląda się badawczo i wpatruje intensywnie, dopóki nie dojdzie do krawędzi tego świata i opadnie w następny. Wielokrotnie. Za każdym razem powraca, jakby trochę inna, bo to, co dostrzega musi ją zmienić. Umiera w chwili za chwilą, i odradza się z każdym nowym dniem. Czy możesz sobie wyobrazić fatum i ufność zarządzające takim istnieniem? Czy jesteś w stanie pojąć to, co takie życie potrafi stworzyć?

Jeśli pragniesz życia, którym żyjesz, unikaj mistycznych kobiet.

Jeśli życie dostarcza ci komfortu i wygody, trzymaj się od niej z daleka. Cokolwiek zbudowałeś wokół siebie, by pozostać bezpiecznym, nie wytrzyma intensywnego ognia mistycznej kobiety. Ona nie jest niczyim trofeum. Nie dostarcza prostych, cielesnych przyjemności. Ona jest prorokiem dusz. Łonem, które wydaje na świat magię wcielenia i kości materii. Nie ma na celu zrównać twojej wioski z ziemią, ale widziała wyraźnie to, kim możesz się stać. Nie jesteś pasterzem owiec, tak jak myślałeś. Jesteś Królem ubranym w łachmany, który ma amnezję.

Jeśli pragniesz życia, którym żyjesz, unikaj mistycznych kobiet.

Jeśli potrafi cię poruszyć tak, że wszystkie odgłosy na wietrze zamilkną, jeśli zaczynasz się czuć niczym w kuli śniegowej, kiedy cię obejmuje, to jest ona twoim pogromcą, który zniszczy twoje fałszywe lustrzane odbicie. Roztrzaska je na kawałki, bo to ono jest twoim więzieniem. Jeśli zechcesz się zatrzymać w tym właśnie momencie, dokona swojego dzieła inną drogą. Odejdzie..

Jeśli pragniesz życia, którym żyjesz, unikaj mistycznych kobiet.

Każdy pożąda magii, ale nikt nie chce niewiadomego, szkoły tajemnej: rzeczy, które muszą być przeżywane w miejscu, w którym wiedza książkowa nie daje żadnych odpowiedzi, gdyż jest co najwyżej podręcznikiem do twojej obecnej egzystencji. Perfekcyjnie wyszlifowany intelekt i męska teoria przyczynowo-skutkowa nie uchronią cię i nie przyniosą ci wolności. To, czego szukasz jest w innym świecie, którego czas już dawno się skończył. Tajemnica z samej swojej natury musi ci pokazać to, czego nie można zobaczyć, o czym nie można przeczytać i o czym nie możesz wiedzieć, bo w chwili w której cię oszukano było to niemożliwe. Kunszt kobiet zbyt długo był nazywany czarną magią, gdyż to właśnie one są kluczem do nieskończoności. Nieskończoności formy, bytu i życia.

Jeśli pragniesz życia, którym żyjesz, unikaj mistycznych kobiet.

Jeśli twoje sny i marzenia nie są wypełnione tajemniczością, będzie ci łatwiej z normalnością trwania. To ona zobaczy to, czego ty nie potrafisz dostrzec. To ona poczuje wszystko to, co ukryte pod warstwami odrętwienia. To ona wskrzesi twoje prawdziwe oblicze, wezwie twoją duszę i wyśpiewa dla was obojga twoje prawdziwe imiona. I w tym właśnie momencie życie na nowo stanie przed wami otworem”…

Alison Nappi

Kiedy podróżowałam po Indiach, kontemplując seans tego, co mnie otaczało i kwintesencję miłości właśnie (https://biegnacazwilkami.com/2013/11/03/indie-radzastan-pierwsze-starcie/), przytoczyłam cytat Winstona Churchilla, „Jeśli przechodzisz przez piekło, idź dalej”. Potrzebujesz rady konfrontując się z ciemnością ludzkiej egzystencji? Idź dalej. Idź głębiej. Idź w stronę środka. Nie ma innej drogi.

Opublikowano Spotkania - wpisy. | 1 komentarz

USA: Logika zmysłów, czyli o bieganiu z wilkami.

„Jeśli kiedykolwiek twierdzono, że jesteście nieposłuszne, przekorne, niepoprawne, zuchwałe, przebiegłe, zbuntowane, niezdyscyplinowane, narwane, niepokorne, to jesteście na właściwym tropie. Dzika Kobieta jest przy was.

Jeśli nigdy was tak nie nazwano, to jeszcze jest na to czas. Bądźcie Dzikimi Kobietami. Andele! Nie rezygnujcie”.

Clarissa Pinkola-Estes, „Biegnąca z wilkami”.

Santa Fe, Nowy Meksyk.

Santa Fe, Nowy Meksyk.

Książkę „Biegnąca z wilkami” po raz pierwszy przeczytałam w wieku 26 lat. Nie rozumiałam wtedy jeszcze zbyt wiele. Przesłanie było dla mnie bardziej poetyckie i romantyczne, aniżeli uzmysłowione i zracjonalizowane. Nie wiedziałam, ani dlaczego, ani po co, ani którędy droga. A jednak wrażenie, jakie na mnie ta lektura wywołała było porywające. Czułam ją wręcz na wskroś. Poruszała wszystkie te struny w zakamarkach mojego wnętrza, na których dopiero miałam nauczyć się grać. Budziła najgłębsze tęsknoty, wszystkie nieuświadomione, a zalegające w środku zmysły i natchnienia. Przemawiała bezpośrednio do mojej duszy i wypełniała najbardziej skrywane porywy mojego dzikiego serca. Była o mnie, była dla mnie, była mną. A ja z czasem swojej mozolnej tułaczki przez kolejne 6 lat mojego życia, powoli i sumiennie, stawałam się nią. Motywy przewodnie zawarte w „Biegnącej z wilkami” studiowałam nieprzerwanie od mojego pierwszego kontaktu z tą książką. Czytałam fragmenty rano, na pół śpiąco, z kubkiem kawy w ręku, zanim wychodziłam do pracy. Wracałam do niej po powrocie do domu, niesystematycznie, tak jak akurat wypadło, pobieżnie, a jednak namiętnie. Mniej lub więcej, rzadziej lub częściej, skrupulatnie i na „łapu capu”. Od początku do końca, od środka do początku, od końca do gdzie-nie-bądź. Otwierałam przypadkowo strony z zamkniętymi oczami i wodziłam palcem w poszukiwaniu nowych znaczeń. Wracałam do ulubionych fragmentów, analizowałam i zadawałam niekończącą się ilość pytań na temat siebie, swojego życia, innych, kultury świata, w którym żyję. Będąc na kursie z autorką książki, Clarissą Pinkolą-Estes, w Loveland w Kolorado, u podnóża Gór Skalistych miałam największe dotychczas przebudzenie w moim życiu. Spojrzałam w gwiaździste niebo, wsłuchałam się w pomrukującą ciszę nocy i przejrzałam się w lustrze własnego przeznaczenia. Zrozumiałam. Drogę, którą przeszłam, moment w którym jestem, cel, w kierunku którego zmierzam. Zachwyciłam się pięknem odbicia.

Santa Fe.

Santa Fe.

W odwiedzinach na jednej z teksańskich farm.

W odwiedzinach na jednej z teksańskich farm.

Byłam „Brzydkim Kaczątkiem” i wątpię, czy kiedykolwiek przestanę nim być, chociaż coraz częściej zaczynam się utożsamiać z łabędzim jego śpiewem. W swoich marzeniach skupiam się na zbieraniu kości, niczym „La Loba”. Tańczyłam zwariowany taniec w czerwonych trzewikach mojego warszawskiego życia, jako „Kobieta udomowiona” oraz na nowo uczyłam się przeczuć i wsłuchiwania w głos intuicji, by być niczym „Mądra Wasylisa”. Długo i wytrwale zmagałam się z wewnętrznymi i zewnętrznymi prześladowcami z baśni o „Sinobrodym”, na nowo przerażając się i płacząc nad swoją własną komnatą z zamordowanymi żonami. Uczyłam się głębokiej, prawdziwej i szczerej miłości, bazując na „Połów, kiedy serce to samotny myśliwy”, wreszcie nieprzerwanie snułam swój sen o partnerze, który byłby moim własnym Manawee. Przez dwa lata podróżowania szukałam swojej własnej „Skóry foki”, brodziłam na mieliźnie własnej przeszłości, by niczym „La Llorona”, odnaleźć i ocalić na nowo moje twórcze dzieci. Podążając śladem „Włosa niedźwiedzia” pracowałam nad własnym gniewem i uczyłam się trudnej sztuki wybaczania. Stałam się pełnoprawną członkinią „Klanu blizn” i błądziłam długo i wytrwale w ciemnym lesie własnego uzdrawiania wewnętrznego, niczym „Bezręka dziewczyna”. Zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na swoje ciało po prostej prawdzie, którą dała mi „Kobieta motyl” i uśmiechałam się na wspomnienie niejednokrotnych rozmów z moimi przyjaciółkami, czytając o obscenicznych boginkach. Nieustannie dokopywałam się do swojej własnej „pieśni w głębi” i czerpałam natchnienie z „Rzęsy w oku wilka”.

Na luizjańskich bagnach.

Na luizjańskich bagnach.

Houston. Teksas.

Houston. Teksas.

Otrzymując wizę do Kanady i rozmyślając o podróżowaniu przy okazji po Stanach Zjednoczonych, wiedziałam, że jest to niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju okazja pójść za tym, co szło za mną przez te wszystkie lata. Na szkolenie z Clarissą Pinkolą-Estes, zapisałam się w listopadzie zeszłego roku. Nie było to do końca to, czego pragnęłam (w pierwszym momencie zapisałam się na „Misterium” pod jej przewodnictwem), nie miałam zielonego pojęcia jak sfinansuję ten niebagatelny wydatek, przy wciąż rosnącej wartości amerykańskiego dolara, i nie miałam żadnego pomysłu na to, jak to połączyć z planami na Kanadę i nieokiełznaną wciąż potrzebą podróżowania przy okazji, jak najwięcej. Jak zazwyczaj podjęłam decyzję w przeciągu 10 minut i poszłam w to, płacąc od razu zaliczkę, co by w wyniku zmierzającej już w moim kierunku gwardii wątpliwości, nie zrezygnować. W grudniu przeszłam wywiad kwalifikacyjny z organizatorami kursu, a dokładnie z Noną, którą miałam okazję poznać w Loveland, w celu weryfikacji mojej znajomości angielskiego i uzyskania pewności, co do przeznaczenia szkolenia. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o planie, realizowanym przez Clarissę Pinkolę-Estes, uczenia innych, jak uczyć na bazie „Biegnącej z wilkami”. Radość była niewysłowiona, niczym małe dziecko nie mogłam usiedzieć na miejscu, a moje rozentuzjazmowanie, bardziej Nonę przyprawiało o wątpliwości, aniżeli o tą samą pewność, która właśnie zakwitła w moim sercu. No, ale uparta w końcu jestem i przy takiej dawce optymizmu, raczej nie da mnie się już powstrzymać. Słowo się rzekło i było jedynym, co mnie trzymało w ryzach przy zmaganiu się przez 6 miesięcy z dość wyboistą drogą w tym właśnie kierunku.

Nowy Orlean.

Nowy Orlean.

To było moje miejsce, to był mój czas, to było moje „dobrodziejstwo przynależności”. Pięć dni, schodzenia schodami w dół przeznaczenia i wynurzania się na powierzchnię z coraz większą pewnością i radością w sercu. Zgromadzenie niezwykłych, choć zwykłych, nieprzeciętnych, mimo, że tak bardzo przeciętnych kobiet i mężczyzn. Całe mnóstwo wzruszeń, pomysłów i natchnień. Wreszcie spotkanie z samą Clarissą Pinkolą-Estes, tak samo guru, jak przyjaciółką, ramię w ramię, bez najmniejszego poczucia skrępowania, czy mniejszości. Kobietą taką jak ja, kobietą taką, jak każda inna kobieta. I spokój w duszy. Tak wielki, pobrzękujący bezbrzeżną, dochodzącą z samej głębi tęsknotą i miłością, napełniającą moje oczy łzami zrozumienia. Akceptacja. Nic więcej. Nie cele, które chcę osiągnąć, nie marzenia, które każdej nocy snuję, nie chciejstwa i zachcianki. Akceptacja. Nie przez innych, nie wynikająca z dumy ego, nie domagająca się walidacji przez otoczenie. Akceptacja siebie w najczystszej postaci. Akceptacja przeszłości w całej swej okazałości i nagiej prawdzie. Akceptacja chwili, która trwa w niewyobrażalnym wewnętrznym pomrukiwaniu „tędy droga, idź dalej, tam, gdzie cię nogi poniosą”. Akceptacja rzeczywistości, która mnie otacza i świata, którym wciąż, mimo wszystko nie przestaję się zachwycać. Akceptacja niewinnej miłości do ludzi, nie dlatego, że nie widzę, jakimi są, ale właśnie dlatego, że doskonale widzę. Pokój w sercu, duszy i umyśle, choćby nic więcej już nie miało się wydarzyć.

Nowy Meksyk.

Nowy Meksyk.

No, ale życie trwa, płynie dalej, a my wraz z nim. Już pierwszego dnia na kursie do lamusa wyrzuciłam pomysł z dojechaniem do Nowego Jorku drogą lądową prosto z Kolorado. Nie czułam tego. To, co czułam było dalej na południe. Nowy Meksyk, Teksas, od tak dawna upragniona Luizjana. Sprawdziłam połączenia lotnicze pomiędzy Nowym Orleanem i Nowym Jorkiem. Były tanie!!! Wystarczająco tanie, żeby nie zastanawiać się więcej. Zabukowałam bilet i wyznaczyłam trasę dalszej wędrówki. Ot tak, po prostu. Ot tak, ponieważ. Ot tak, bo tak właśnie czułam i tego właśnie chciałam. I nie chcę nawet myśleć, jak innym byłoby moje życie dzisiaj, gdyby nie ten jeden, krótki moment wątpliwości i czystego szaleństwa. Bo życie, jak to życie, postanowiło mnie znowu zaskoczyć. W najmniej oczekiwanym momencie, w absolutnie niewyobrażonym scenariuszu, w najgorszej z możliwych konfiguracji planów i marzeń. Czyż nie tak właśnie sobie to wyobrażałam? Czyż nie nad tym pracowałam przez cały ten czas? Nad drogą, która poprzez siebie, prowadzi do świata zewnętrznego i innych? Nad drogą miłości, do siebie samej, życia i drugiego człowieka? Pokochałam siebie, pokochałam swoje życie, wreszcie też się zakochałam… LOL! 😀

Luizjana.

Luizjana.

Nowy Orlean.

Nowy Orlean.

Podróż na południe nie zaczęła się dla mnie zbyt pomyślnie. Z jedną z uczestniczek szkolenia zabrałam się do Boulder i chciałam tam zostać przynajmniej 2 dni. Niestety, Boulder, choć urocze nie oferowało żadnej stancji, na jaką na szybko mogłabym sobie pozwolić. Maszerując dzielnie przez godzinę dookoła, udałam się zrezygnowana na dworzec autobusowy i pojechałam do Denver. Zanim znalazłam się wreszcie w hostelu późnym wieczorem, szwendałam się zmarnowana i zmęczona do granic wytrzymałości dookoła, nabijając sobie kilka konkretnych siniaków upadając pod ciężarem bagażu w jednej z toalet publicznych.. Są takie chwile w podróży, kiedy przytłoczona zbiegiem okoliczności zewnętrznych, własną słabością i przerażeniem, jak i dezorganizacją planowania drogi, wszystko gdzieś w oddali umyka. Podczas tej drogi było ich kilka, od tej mozolnej tułaczki przez Denver, przez godziny wystawania w upalnym słońcu na teksańskich drogach, po grożące mi z ręką na sercu żebranie o parę dolarów na nowojorskich ulicach, co by przynajmniej na lotnisko jakoś dojechać. Tak, są takie chwile, kiedy przyparta do muru strachu, jedyne co wiem o życiu, to oddychaj, oddychaj głęboko, i po prostu trwaj. Trzeba to zrozumieć o sobie samym i życiu, nie ma żadnych prostych recept, nie ma czasami nic innego do robienia, aniżeli trwanie. Oddech za oddechem, minuta za minutą, emocja za emocją i myśl za myślą. Dopóki rozwiązanie samo do nas nie przyjdzie, dopóki nie roziskrzy się płomień w naszym duchu i nie zaczniemy działać i mimo wszystko pójdziemy dalej i znowu, w prostej konsekwencji dokądś dojdziemy. Nie ma lepszej medytacji i uspokojenia chaosu, aniżeli bycie w chwili, która trwa.

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Po Denver ruszyłam prostą drogą do Santa Fe, znowu wybierając autostop. Najgorsze w podróżowaniu autostopem jest wydostawanie się z dużej metropolii, pół dnia czasem schodzi zanim dobrniesz do punktu z którego możesz wreszcie liczyć na jakąś sensowną podwózkę, czyli innymi słowy dostaniesz się na drogę wylotową. Bo zdawałoby się proste machanie łapką, wymaga opracowania strategii i planu, skąd nią masz machać, żeby dojechać tam, gdzie chcesz. Warto się przy tym zastanowić, czy przygotować jakiś mały baner wskazujący kierunek. Osobiście uważam, że nie jest to dobry pomysł. Dlaczego? Ano, dlatego, że ludzie to zazwyczaj proste stworzonka, widząc, że jedziesz w konkretne miejsce, nie zatrzymają się, jeśli sami zmierzają gdzie indziej. Większe szanse daje przemieszczanie się, choćby niewielkimi kawałkami, a jednak zbliżającymi cię do celu, aniżeli godzinami czekanie na tzw. złoty strzał. Przy czym zasada ta dotyczy bardziej długiej podróży, kiedy istnieje ryzyko, że jeden dzień to może być za mało. W każdym razie, ja koncentruję się na znalezieniu, jak najlepszego miejsca na łapanie okazji i nie przygotowuję banerów. Sama podróż z Denver ułożyła mi się nader pomyślnie, jechałam z 4 różnymi osobami, znowu poznając przy tym fantastycznych ludzi i dowiadując się trochę więcej o tej wcale nie medialnej rzeczywistości USA. Doprawdy zastanawiam się, dlaczego ja wcześniej na ten autostop się nie zdecydowałam, źródło poznania fenomenalne, a jaka frajda przy tym! 😉

Santa Fe.

Santa Fe.

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Z drogi do Santa Fe najbardziej zapamiętałam rozmowę z Jhonem, który wiózł mnie swoją starej daty ciężarówką przez dobre 5 godzin, otwierając przede mną swoje serce i szukając odrobiny wsparcia i pocieszenia w swojej własnej podróży przez życie. Nie wiem, jak to działa, myślę, że muszę jakoś wibrować specyficznie, kiedy jestem w sobie poukładana, czy coś, ale ludzie najczęściej mi ufają i lubią, chętnie się zwierzają i w gruncie rzeczy najczęściej cieszą się z mojego towarzystwa w czasie drogi. Taki chyba już mój urok i jestem mu bardzo wdzięczna, bo wypełnia moje serce wielką radością. W Teksasie ilość okazanej mi dobroci była wręcz porażająca, nie tylko spędzałam miło czas w drodze, nie tylko byłam karmiona i pojona i dopytywana o moje własne samopoczucie, ale także chciano mnie dofinansowywać, zabierano mnie do własnych domów i dawano dość niezwykłe czasami prezenty… Nie wiem na jakim świecie większość ludzi żyje, ten po którym ja podróżuję jest światem prostych prawd. Uśmiech i pozytywna energia są twoim największym atutem, dobra jest więcej niż zła, za twoje dobro inni ci się dobrem najczęściej odpłacą, i nie jest to kwestia szczęścia czy pecha, a zwykłej ludzkiej statystyki. No i wreszcie, tylko serce już wypełnione miłością, może na miłość się otworzyć… Tego samego dnia wieczorem siedziałam sobie już uśmiechnięta i zrelaksowana przed hostelem w Santa Fe. Bardzo niezdrowo wcinając chipsy, popijając piwo i paląc papierosa, grzebałam jak zwykle na przemian, a to w telefonie, a to w gwiazdach na niebie. I wtedy właśnie dołączył do mnie Jeffrey, ze swoim sympatycznym uśmiechem i miłym głosem, i mimo wcale nie prostej i nie od razu oczywistej drogi, już się nie odłączył…

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Samo Santa Fe było urocze, dużo pedałowałam i jeszcze więcej się wspinałam, przekraczając coraz to nowe progi mojej własnej wyobraźni. A potem było Amarillo i samotne biwakowanie przy Kanionie Palo Duro, Forth Worth, Austin i Houston. Wreszcie Luizjana i Nowy Orlean, a na koniec Nowy Jork. I szczerze mówiąc nie bardzo wiem, co więcej o tej drodze napisać, bo i moje myśli znowu tylko uciekają w stronę zupełnie nowych rejonów. I znowu chwila, która trwa i przyszłość, która się planuje, zupełnie wypiera przeszłość i towarzyszące jej wspomnienia. To była niezwykła podróż. Obfitująca w liczne przygody i piękne widoki, niespodziewane spotkania i przypadkowe zwroty akcji, cudowne marzenia i zwykłe namiętności. Pełna życia i wręcz na wskroś ludzka. Natknęłam się ostatnio na powiedzenie, nieznanego mi autorstwa, że „to nie wiara czyni cuda, ale ludzie, którzy nie tracą wiary”. I chyba coś w tym jest. Ale…, żeby nie było, jeszcze wam o tym opowiem, bo te cuda wciąż się tworzą, a ta podróż nadal trwa…

Opublikowano Spotkania - wpisy. | Otagowano | Dodaj komentarz

Kanada/USA: Dziewczyna na drodze.

„To zabawa, nie poprawność polityczna jest główną arterią twórczego życia, jego jądrem i rdzeniem. Impuls zabawy jest instynktem. Bez zabawy nie ma twórczego życia. Życie nie będzie twórcze, jeśli usiądzie się grzecznie w kąciku. Uległość i posłuszeństwo w mowie, myśli czy działaniu pozbawia soków twórczych. Każda grupa, społeczeństwo, instytucja czy organizacja, która zachęca kobiety do pogardzania oryginalnością, do podejrzliwości wobec rzeczy nowych i niezwykłych, do unikania żaru, innowacji, do bezosobowości, zmierza do stworzenia społeczeństwa martwych kobiet”.

Clarissa Pinkola-Estes, „Biegnąca z wilkami”.

 

Kanada, prom w pobliżu Revelstoke.

Kanada, prom w pobliżu Revelstoke.

Odkąd zdecydowałam się na objechanie Ameryki Północnej, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, marzyłam o zrobieniu tego na czterech kółkach. Sytuacja finansowa, jak i zbieg różnych okoliczności zewnętrznych, sprawiły, że za każdym razem analizując swoje położenie w bilansie końcowym auto zmuszona byłam wyeliminować. Wynajem za drogi, zakup nieopłacalny, zbyt skomplikowany i ryzykowny, zmotoryzowanego towarzysza podróży brak. Cóż poradzić, realizując marzenia nie zawsze możemy wszystko poukładać dokładnie tak, jak sobie to w najlepszej wersji wyobrażaliśmy, niejednokrotnie trzeba coś poświęcić, z czymś się pogodzić, z czegoś zrezygnować, pójść na kompromis z samym sobą i otaczającą nas rzeczywistością. Jeszcze w Vancouver wierzyłam, ze opcja z samochodem może wypalić, już w Revelstoke wiedziałam, że co za dużo to jednak niezdrowo. Stąd dość szybko zawitał w mojej głowie pomysł z autostopem. Po kilku opiniach zasięgniętych tu i ówdzie, chwilach poświęconych na kontemplację i błogie wyobrażenia, pojawiła się pewność i determinacja, że tego właśnie chcę i będzie to mega zabawa. I była. I może nawet nadal będzie.

USA, Idaho, zaraz za granicą z BC.

USA, Idaho, zaraz za granicą z BC.

Blue Lake w okolicach Bonners Ferry.

Blue Lake w okolicach Bonners Ferry.

O podróżowaniu autostopem krąży wiele legend i jeszcze więcej stereotypów i uprzedzeń. W dzisiejszym świecie i obecnych czasach jest to raczej mało popularny, niezbyt doceniany i przede wszystkim mega ryzykowny sposób przemieszczania się. Autostopowiczom się nie ufa, postrzega się ich jako zdeterminowanych „brudasów”, nieprzystosowanych społecznie hipisów, nader często ćpunów albo złoczyńców i złodziei. W naszej percepcji, niezależnie od strony barykady, zalega zbyt wiele złowrogich opowieści. Na ile prawdziwych? Na tyle, na ile wszystko inne w dzisiejszej rzeczywistości. Ile ludzi, tyle doświadczeń, a właściwie przeświadczeń, niestety rzadko kiedy własnych i zwyczajnie ludzkich. Ot, smutna to rzeczywistość, bo sposób na okazyjne podróżowanie jest wręcz fenomenalny. Nie tylko tani, ale przede wszystkim ciekawy, zaskakujący, uskrzydlający i uszczęśliwiający, wierzę, że i dla tych z wyciągniętym kciukiem, jak i dla tych za kółkiem swojego „wypasionego” lub nie, auta. Bo drogę Drodzy Państwo, jakąkolwiek by ona nie była, w przeważającej części tworzą ludzie i nasze z nimi doświadczenia. Dla mnie bomba pozytywnej energii, jakiej jak dotąd na drodze jeszcze nie doświadczyłam. Bezcenny dar zaufania, do siebie samej, do innych i do tego, może i poplątanego, ale jakże pięknego, świata.. Świata ludzkich serc, które nie znają granic. 🙂

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs, szlakiem Beaver Ponds Loop Trail.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs, szlakiem Beaver Ponds Loop Trail.

Dla dziewczyny takiej, jak ja, znaczy stwarzającej pozory w miarę normalnej, drobnej, czysto i schludnie ubranej, samotnej (sic! i LoL!) złapanie okazji to łatwizna. Nie zdarzyło mi się czekać dłużej niż jakieś półgodziny, najczęściej zabiera to około 15 minut i paręnaście mijających mnie samochodów. Dla chłopaka takiego jak Josh, którego poznałam w Yellowstone, w podartych dżinsach i długich włosach, sprawa bywa trudniejsza i zajmuje niekiedy nawet kilka godzin. Dla pary takiej, jak ja i Josh, bo tak się złożyło, że przez 6 dni podróżowaliśmy razem, reguły zdaje się nie ma, czasem minuty, czasem godziny. Bez wątpienia czas szybciej mija w dobrym towarzystwie, a i uśmiech i entuzjazm utrzymują się dłużej przy obopólnym wsparciu. Jedno jest pewne, przy odrobinie cierpliwości i masie pozytywnego nastawienia, prędzej, czy później, ktoś się w końcu zatrzyma. Jak masz szczęście (ja zdaje się jestem wyjątkową szczęściarą, zdaje się, że cały Wszechświat jest w tym przedsięwzięciu po mojej stronie) to wystarczy raz i cała droga z głowy, a i jeszcze cię nakarmią po drodze, jak nie, to bywa, że i 6 razy stajesz na poboczu, przemieszczając się małymi kawałkami. Zawsze jednak docierasz do celu, a jak nie do tego celu, który sobie z początku wyznaczyłeś, to do tego lepszego, który los ci właśnie zesłał. Wszystko jest kwestią otwartości umysłu, polegania na instynkcie, szybkiej weryfikacji sytuacji, zaufania do własnych decyzji i nieprzywiązywania się do planów, ba właściwie to nietworzenia żadnych planów, bo myk polega na tym, żeby się poddać drodze i czerpać z niej jak najwięcej, niezależnie od tego, co ta ze sobą niesie. Piękny sposób na życie, twórczy i oszałamiający, radosny i sprzyjający, pozbawiony oporów i uprzedzeń, pełen umiejętności radzenia sobie z lękiem i własnymi słabościami, odkrywczy i bardzo pouczający. Same plusy, jakkolwiek na to nie patrzę.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

A po kolei? Oj, po kolei i niepomijając niczego będzie trudno, bo ilość nagromadzonych doświadczeń, przeżyć i przygód, przerósł już po trzech dniach możliwości mojej własnej wyobraźni (a tej mam co nie miara) i zostałam wciągnięta w totalnie nieprawdopodobny wir przypadków i zdarzeń, które zakręciły mną na tyle, że zupełnie straciłam poczucie czasu i rzeczywistości. Mówi się, że przyciągasz to o czym śnisz i myślisz, a skoro tak, to wolę nie śnić i nie myśleć, co jeszcze może się wydarzyć! Bo to kompletnie i dosłownie przerażające jest… Jak powiedział mi kiedyś ś.p. Kacper, możliwości są dużo bardziej przerażające, niż rzeczywistość… LoL. 😀

Yellowstone, Old Faithful.

Yellowstone, Old Faithful.

Grand Canyon of Yellowstone.

Grand Canyon of Yellowstone.

Zaczęłam w Revelstoke 2 lipca około 10 rano. Luie-Marc, u którego mieszkałam i pracowałam przez te ponad dwa miesiące tam, podwiózł mnie na drogę wylotową w stronę Nelson w południowej części British Columbia w Kanadzie. Przeszłam kawałek, bijąc się z myślami i obawami, po czym, trudno nie darmo, wyboru nie miałam, więc raz kozie śmierć. Pozbawiona bagażu, który umieściłam w odległości jakiegoś metra od drogi, stanęłam i zaczęłam machać łapką w kierunku mijających mnie samochodów. Pierwszy zatrzymał się chłopak, ale jechał tylko w stronę szlaku wspinaczkowego w niewielkiej odległości od miejsca w którym stałam, więc tylko wymieniliśmy kilka zdań i uśmiechów. Potem zatrzymał się lokalny mieszkaniec Reveltoke, jechał też niedaleko, ale zawsze jednak kawałek i to pod górkę, więc się zabrałam. Wreszcie zatrzymał się Corry, 40 letni Kanadyjczyk, w drodze do domu, oddalonego jakieś pół godziny od Nelson i… Pierwsze, co zrobił, jak już wsiadłam to poinformował mnie, że właśnie zamierzał zapalić jointa i czy mam ochotę. Super, jak się ma szczęście to po całości.. A tak na poważnie, po pierwsze w Kanadzie (zresztą tak jak i w Stanach), marihuana jest bardzo popularna (w Vancouver możesz nawet dostać na nią receptę od… psychologa… ;)), choć nie do końca legalna, i absolutnie, ale to absolutnie jej palenie nie świadczy o człowieku wiele więcej, aniżeli zamiłowanie do zimnego piwa w gorący letni wieczór. Po drugie, ja oczywiście odmówiłam, nie dlatego, żebym miała coś przeciw, ale w Vancouver miałam zły „trip” po paleniu, które kompletnie ścięło mnie z nóg, a jako, co by nie było, rozsądna autostopowiczka, przede wszystkim muszę zachować czystość umysłu i pełną świadomość swojego ciała i otaczających mnie wydarzeń. Tym samym niezbyt poruszona, jechałam dalej, ale dalej była historia o więzieniu, utracie wszystkiego i zaczynaniu swojego życia od początku. I tu zaczyna się kłopot, bo umysł zaczyna pracować na 100% obrotach, z jednej strony słuchasz opowieści, widzisz człowieka, który nie wzbudza w tobie większych podejrzeń, a wręcz przeciwnie, ale z drugiej jedyne, o czym myślisz i co w swojej głowie procesujesz, to odpowiedź na pytania „czy jestem bezpieczna, czy można mu zaufać, czy powinnam grzecznie, a jednak tak szybko jak się da podziękować i wysiąść”? Człowiek toczy sobie swoją własną historię, ciekawą bez dwóch zdań, ale ty toczysz swoją i na niej się skupiasz.

Yellowstone River.

Yellowstone River.

I właśnie na tym polega cała sztuka zaufania. Po pierwsze ufasz tylko sobie i własnym ocenom, polegasz na instynkcie samozachowawczym i pewnej, wewnętrznej ocenie sytuacji. Nie ma takiego zaufania w zewnętrznym świecie, które nie wypływałoby z wewnątrz. Nie możesz prawdziwie zaufać nikomu i niczemu, jeśli nie ufasz samemu sobie. Kiedy zostajesz, to uspokajasz umysł, nie potrzebujesz produkowanego przez niego stresu. Kiedy tak czujesz, choćby przez najmniejszy ułamek sekundy, w pierwszym sygnale z nieświadomości, uciekasz bez odwracania się za siebie i nigdy, ale to nigdy, tego nie kwestionujesz. Zostałam. Tak czułam. Dojechałam do samego Nelson, przy okazji poznając człowieka bliżej i zaliczając dość oczywisty, aczkolwiek neutralny, podryw. Na propozycję noclegu, odpowiedziałam nie, bo wolałam i chciałam zostać w hostelu i nie prowokować losu, jeszcze bardziej. Jeśli coś zbudowałam przez te ostatnie 2 lata podróżowania, to głęboką i niezachwianą pewność siebie i wewnętrzną siłę. Pewność siebie nie w sensie arogancji i niczym niezmąconej wiary w zdolność „przenoszenia gór” („shit” wciąż „happens” i nic do końca pewnym nie jest), ale właśnie zaufania do decyzji, które podejmuję, życia, którym żyję, uczuć, które przeżywam i wyborów, których dokonuję, tylko i wyłącznie w zgodzie z sobą. Siły, która nie jest postawą nieznoszącą sprzeciwu, opartą na mięśniach, czy jakichkolwiek dogmatycznych przekonaniach (nadal wiem, że w gruncie rzeczy nic nie wiem), nie nosi kamiennej twarzy, nie ma potrzeby przekonywania do siebie innych i nie wyrzeka się błędów, ale takiej, która wie, że to, co wie i kim jest w zupełności jej w życiu wystarczy. Jeśli upadnę, to wiem, że się podniosę. Jeśli zabłądzę, to wiem, że się odnajdę. Jeśli sama się pokaleczę, albo pokaleczy mnie ktoś inny, to wiem, że tę ranę wyleczę. Wreszcie, co ostatnimi czasy przytoczyła mi moja przyjaciółka Aneta, jeśli napotkam problem z którym sobie nie mogę poradzić lub którego nie potrafię rozwiązać, to znaczy, że to nie jest mój problem. 😉

Pinedale, Wyoming.

Pinedale, Wyoming.

Z Nelson przekierowałam się prosto w stronę granicy z USA, i była to jedna z najdłuższych i najbardziej wyczerpujących dróg. Przemieszczałam się powoli, małymi kawałkami, łącznie zaliczając 6 podwózek. Granicę po raz kolejny przekroczyłam pieszo i znalazłam się na pustkowiach Idaho w najgorszy z możliwych dni, bo 4 lipca, kiedy wielu Amerykanów podróżuje i ciężko znaleźć w małych miasteczkach jakikolwiek nocleg. Ostatnia zabrała mnie starsza Pani, skonsternowana mocno moja sytuacją, która za swój własny cel przyjęła znalezienie mi jakiegoś noclegu. Zatrzymywała się przy każdym motelu, hotelu, czy kampingu, żebym mogła sprawdzić dostępność miejsc. Była w swoim postanowieniu zakwaterowania mnie jak najszybciej, dużo bardziej zdeterminowana, niż ja, co było tak samo urocze, jak i irytujące. Koniec końców dopięła swego, a ja wylądowałam na kampingu nad Niebieskim Jeziorem, w pobliżu Bonners Ferry, spędzając noc pod chmurką, na hamaku, bo wtedy jeszcze namiotu nie posiadałam. Następnego dnia wyszłam na drogę w przekonaniu, że przez Sandpoint, chcę dojechać i zatrzymać się w Coeur d’Alene. Zabrała mnie przesympatyczna kobieta z nastoletnim synem, jadąca do miasta w poszukiwaniu przenośnej lodówki, której potrzebowała do przechowywania produkowanego przez siebie koziego sera, podczas jego sprzedawania na okolicznym targu. Obwiozła mnie dookoła całego miasta w poszukiwaniu jakiegoś hostelu, którego jak się okazało nigdzie, ale to nigdzie w tych okolicach znaleźć się nie da. To największy ból tej podróży, w całym Idaho, Montanie i Wyoming coś takiego, jak hostel nie istnieje, a ludzie nie wiedzą nawet o co pytasz. W takich okolicznościach zdecydowałam się ruszyć dalej, w kierunku Missoula już w Montanie. Z autostrady zabrał mnie młody chłopak, który jako kolejny zawiózł mnie dalej, aniżeli miejsce do którego sam zmierzał, tylko dlatego, że mnie polubił i spodobało mu się moje towarzystwo. LoL! 🙂

Pinedale, Wyoming.

Pinedale, Wyoming.

Dotychczasowe szczęście, które miałam podczas tej drogi, postanowiło mnie zaskoczyć dnia następnego, przerastając moje najśmielsze oczekiwania. Od samego początku wiedziałam, że główną atrakcją, jaką chcę zaliczyć w czasie tej podróży jest Park Yellowstone. Zakwaterowana w motelu w Missoula szukałam najlepszej opcji wylotowej i stawiałam na Jackson w Wyoming. Ceny były porażające, ja kompletnie niezorientowana i przerażona. W którymś momencie się poddałam, zamknęłam komputer i powiedziałam sobie, jakoś to będzie, jakoś na pewno sobie poradzę jak już na miejscu się znajdę, i zobaczę to, co chcę zobaczyć. Z takim nastawianiem następnego rana umiejscowiłam się na drodze wylotowej w kierunku południa i, nie zdążyłam się nawet odwrócić, a zatrzymał się Paul zmierzający ze swoim młodym pomocnikiem i 10-letnim synem do pracy we wschodnim Wyoming. Paul zakłada podłogi w szkolnych salach gimnastycznych, zwłaszcza tych posiadających boisko do koszykówki, podróżując przy tym po różnych stanach. Bardzo szybko przeanalizował drogę, którą planowałam przejechać i plan, który chciałam zrealizować, po czym zaproponował, że zabierze mnie do Gardiner w Montanie wprost do północnego wjazdu do Parku. Ba, jako, że dla niego droga w sumie nie stanowiła większej różnicy postanowił wjechać do samego parku, przez co jeszcze tego samego dnia umiejscowiłam się w Mammoth Hot Springs Campground, dorabiając się wreszcie własnego namiotu i poznając, biwakującego obok Australijczyka Josha, z którym połączyłam dalszą wędrówkę.

Pinedale, Wyoming.

Pinedale, Wyoming.

Przez Yellowstone podróżowaliśmy w sumie 5 dni, spędzając 4 noce na kampingach, gdzie zamarzałam na śmierć i ledwo spałam. Wszystko to rekompensowały widoki, zachwycająca różnorodność natury i niesamowite dzikie życie. Udało mi się wreszcie zobaczyć niedźwiedzia, najpierw czarnego w drodze do Grand Yellowstone Canion, i wreszcie w samym kanionie gryzli. Ostatnią noc spędziliśmy już za Old Faithful, gdzie jak się okazało nie ma kampingu, a które jest siedliskiem największej liczby gejzerów, które przez to tylko pobieżnie udało nam się zobaczyć, w Grant Villege. Były trekkingi, było wspólne piwo i opowieści, było granie w karty i popalanie tego i owego.. Piękne miejsce, dobre towarzystwo, cudowne chwile. Z samego Yellowstone wydostaliśmy na przyczepie vana, w deszczu, wietrze mrożącym krew w żyłach, struchleli z zimna, a jednak z uśmiechem na twarzy. Niesamowite jest jak to życie się toczy. Dotarłam w końcu do Jackson, jak początkowo planowałam, spędziłam z Joshem noc w motelu (i chwała losowi za to, bo ceny tam były tragicznie, przy czym podzielone na dwa, choć ciężko, jednak znośne), zaliczyliśmy prawdziwy kowbojski bar, wreszcie się porządnie umyłam i wyspałam. Następnego dnia planowaliśmy spróbować dostać się jak najbliżej Denver i Colorado. Mnie czas gonił ze szkoleniem w Loveland, Josh chciał dotrzeć do pierwszej świątyni buddyjskiej w USA w Boulder i zatrzymać się tam na kilka dni. Trzy podwózki i znaleźliśmy się w Pinedale w Wyoming, gdzie odbywało się coroczne rodeo i … zostaliśmy literalnie porwani przez wóz konny z grupą białych Indian i piwem lejącym się jednym, niekończącym się strumieniem. No wiecie, pewnym okazjom się nie odmawia, nigdy! I tak zaliczyliśmy prawdziwe amerykańskie rodeo, super imprezę, noc w namiotach na stronie, a Josh nawet udział w pokerze z bykiem (Bull Pocker). Marzenie, po prostu marzenie, o którym nigdy nie marzyliśmy. 😉

Pinedale, Wyoming.

Pinedale, Wyoming.

Następnego rana ustaliliśmy, że ruszamy dalej. Poszłam do miasta po kawę i jakieś śniadanie, a Josh miał w tym czasie posprzątać namioty i przygotować się do drogi. Kiedy wróciłam już go nie było. Namioty stały nieruszone, a chłopak przepadł jak igła w stogu siana. Najpierw martwiłam się, że coś mu się stało (ja – naiwna kobieta, która dalej wierzy w męskie poczucie odpowiedzialności ;)), trochę szukałam, pytałam ludzi, czekałam jakieś 1,5 godziny. Wreszcie ktoś doniósł mi, że widział go w mieście pod jednym z pubów. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy jednak wściekać. Cóż przepadł to przepadł, mężczyzna, jak to mężczyzna, jak i się znalazł, tak i się zgubił. Spakowałam się i ruszyłam dalej sama. Dość szybko udało mi się złapać podwózkę do Rocky Springs, gdzie po wspólnym lunchu z około 30 letnimi Nickiem (jakoś tak w większości przypadków jestem podwożona przez samotnie podróżujących mężczyzn, ciekawe dlaczego? ;)), wylądowałam na stacji benzynowej na drodze wylotowej w stronę Cheyenne, leżącym niemal na granicy Wyoming i Colorado. Podszedł tam do mnie chłopak z dolarem w ręku, prosząc o papierosa. Oczywiście dałam, pieniędzy nie wzięłam i zapytałam, wszak to rzecz podstawowa, gdzie jedzie, bo ja potrzebuję tam i tam. Niby nie po drodze, ale jak na pytanie skąd jestem odpowiedziałam, że z Polski, co się okazało? Ano, Polak, Krzysiek z Białegostoku, mieszkający w Chicago od 17 lat i jeżdżący po całych Stanach na ciężarówce. Tym sposobem do Cheyenne dojechałam w prawdziwym, wielkim amerykańskim truck’u w rytm polskiego, jarego i nadal tak samo pociesznego dico-polo! LoL!!!!! 😀

Pinedale, Wyoming (Bull Pocker).

Pinedale, Wyoming (Bull Pocker).

Już na miejscu, w jednym z moteli w Chayenne, wreszcie dokładnie sprawdziłam dokąd właściwe zmierzam (wszak na kurs zapisałam się niemal rok temu i jakoś wcześniej nie było, ani czasu, ani powodów ;)) i ku memu wielkiemu zdziwieniu odkryłam, że Loveland, gdzie mam kurs, znajduje się mniej więcej w połowie drogi do Denver, więc pomysł z dotarciem tam od początku był chybionym. Rano zadzwoniłam do centrum konferencyjnego i zarezerwowałam pokój na dodatkową noc, po czym ruszyłam w kierunku autostrady, bo muszę przyznać podróżowanie autostopem jest wyjątkowo uzależniające. Po około 10 minutach zatrzymał się Meksykańczyk, któremu dobrze z oczu patrzyło i który zmierzał nie gdzie indziej, jak do Loveland właśnie. Loveland to całkiem sporej wielkości miasto, z urokliwym jeziorkiem w samym centrum i drogą wprost do Parku Narodowego Gór Skalistych (Rocky Mountain National Park). Sunrise Ranch, w którym odbywa się kurs, jest u samego podnóża gór, na dalekim krańcu miasta. Wysadzona w odległości wciąż kilku konkretnych mil od miejsca przeznaczenia i nieświadoma jego rzeczywistego położenia, zaczęłam dzielnie dreptać przed siebie, by po 5 minutach zainteresować sobą, przejeżdżająca obok swoim małym kabrioletem, Marry. Zatrzymała się, zapytała, gdzie zmierzam i choć nie wiedziała, gdzie to, to planów własnych nie miała, a mój plecak wydawał jej się wystarczająco ciężkim, żeby zaoferować pomoc. I tak, po 11 dniach podróży siedzę sobie, jak się okazało, w centrum spirytualnego odnowienia i piszę to, co piszę, choć mi samej wciąż w większość tych opowieści trudno uwierzyć.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Mapa.

Mapa.

Życie bywa fascynująco zaskakujące. Czasami wystarczy się poddać, odpuścić planowanie i kontrolowanie przepływu zdarzeń, a droga sama nas poprowadzi. Największe zrozumienie istoty życia, przychodzi wtedy, kiedy nie próbujemy go zrozumieć. Największym uzdrowieniem dla naszego ducha jest pozwolenie mu wykonać całą pracę za nas. Największą radością z tworzenia, jest dać się pochłonąć sile zdarzeń i zaufać ścieżce własnego przeznaczenia. Największą inspiracją w drodze przez życie jest spontaniczność, zabawa, ruch, taniec w rytm muzyki zwariowanego serca i pozytywnej energii, która przez nas przepływa. Podróż autostopem, tak bardzo przerażająca, niosąca tak duże ryzyko i budząca niepokój o mnie wśród najbliższych mi osób, okazała się moim największym dotychczas szczęściem. Moje szaleństwo, moje błogosławieństwo. Moje życie, którego nie zamieniłabym na żadne inne. Wystarczy tylko odrobina odwagi i serce wypełnione miłością. Czy zatrzymasz się kiedyś na drodze i dasz się zadziwić losowi?

Opublikowano Spotkania - wpisy. | Otagowano | 2 Komentarze

Kanada: Na skrzyżowaniu dróg.

„(…) niezależnie od pozycji, etapu życia czy społecznego statusu człowiekowi potrzebna jest psychiczna i duchowa siła, by posuwać się naprzód – krok po kroku, zmagając się z przeciwnościami, które od czasu do czasu stają się udziałem każdego.

Siła nie przychodzi dopiero potem, kiedy wejdziemy na drabinę czy górę, ani po dokonaniu czegoś, cokolwiek to jest. Potrzebujemy siły, żeby podejmować działania, potrzebujemy jej zwłaszcza przed i w trakcie wysiłku, a także i potem. Wierzę, że badanie natury duszy daje właśnie taką kwintesencję siły.

Wokół nas nieustannie dzieje się coś, co może wstrząsnąć podstawami ducha i duszy; coś, co niszczy determinację i sprawia, że zapominamy o ważnych pytaniach: interesujemy się zwykle praktyczną stroną rzeczy, natomiast nie chcemy poznać jej duszy. Idziemy przez życie, zdobywamy, walczymy z niesprawiedliwością, opieramy się wichrom dzięki sile ducha.

Ta siła, którą dają nam słowa, modlitwa, kontemplacja lub inne sposoby, pochodzi z ducha, potężnego bytu spoczywającego w psychice, a jednak potężniejszego niż ona sama. (…)

Życie jest trudne i bogate – oto czego dowiaduje się człowiek autentycznie dojrzały; widać to i wewnątrz, i na zewnątrz u tych, którzy do dojrzałości dążą. Wiemy, że jest wielka różnica między życiem prawdziwie głębokim a fantasmagorycznymi urojeniami. W podróży „do prawdziwego domu”, choć czasem patrzymy za siebie, by spojrzeć tam, skąd przyszłyśmy, nigdy nie odwracamy się, by zawrócić”.

Clarissa Pinkola-Estes, „Biegnąca z wilkami”.

 

Revelstoke.

Revelstoke.

Revelstoke.

Revelstoke.

Wniosek o wizę do Kanady złożyłam z początkiem kwietnia 2014 roku. Myślałam o tym pomyśle mniej więcej od połowy lutego. Zastanawiałam się, analizowałam, oceniałam szanse i możliwości. Potem czekałam. Czekałam długo, intensywnie, nie zawsze z pozytywnym nastawieniem i iście bajecznym nastrojem. Było dużo myśli, całe mnóstwo wątpliwości, pustynia niepewności i podsycających ją komentarzy innych. Czekałam. Nieelegancko i nie z uśmiechem od ucha do ucha, wierna jak pies u progu domu. Zmokły, wyblakły, śmierdzący i skomlący od czasu do czasu, a jednak nieustępliwy. Czekałam rok. Marzyłam, planowałam, zastanawiałam się, błądziłam palcem po mapie własnego serca. Traciłam nadzieję i ją odzyskiwałam, moja wiara upadała i podnosiła się nie wiadomo skąd, znowu pełna werwy i wewnętrznego przekonania. Jaki był pomysł? Prosty. Przyjadę, zamieszkam u koleżanki, która nauczy mnie swojego fachu, przejdę kursy, będę pomagać i uczyć się meandrów pracy z ludźmi. Były obietnice, były także oczekiwania. W Meksyku po raz pierwszy poczułam, że złudne. W USA, gdzieś w okolicach Los Angeles była już pewność, że coś nie gra, że coś jest nie tak. Skontaktowałam się z Samem i ustaliliśmy, że dopóki sprawa się nie wyjaśni zamieszkam u niego w Vancouver. Patrzyłam jak mój skrupulatnie budowany i tak długo oczekiwany plan rozpada się na moich oczach i nic nie mogłam zrobić. Nie znałam prawdy. W mojej komunikacji z zainteresowaną było wszystko, oprócz szczerości. Jednej, przejrzystej odpowiedzi, bez niepotrzebnych „przykro mi” nawet. Po prostu odpowiedzi: „tak” lub „nie”. Czy to, aż tak dużo? Jest jednak i życiowa lekcja z tego rodzaju doświadczeń. Chcesz poznać prawdę? Odkryj się, i zapamiętaj, brak odpowiedzi, jest w zupełności wystarczającą odpowiedzią… Źródłem każdej prawdy w życiu jest serce wypełnione miłością, a nie rozum przesiąknięty lękiem.

Revelstoke.

Revelstoke.

Można mnie winić za wiele rzeczy, można mieć do mnie pretensje o wiele błędów naiwności, można nie lubić mnie za sposoby mojego radzenia sobie z sytuacją, sposób komunikowania, emocjonalność reagowania, ale jeśli sprowadza się to do faktu, że przeżywam swoje problemy w sposób namacalny, że na nie patrzę i pozwalam je sobie dogłębnie odczuć, to z całym szacunkiem dla wszystkich, ale to nie to jest moim problemem. Współczesny świat z tym walczy, większość mężczyzn nigdy tego nie zrozumie, coraz więcej kobiet się tego wypiera. Tymczasem jest to niezaprzeczalna prawda, naturalna od chwili narodzin. Emocje są największą siłą każdej kobiety. Emocje są jedyną bronią, jaką niekiedy ma, żeby ocalić swojego ducha i przetrwać. Nie jestem z kamienia, nie żyję i nie zmagam się z tym życiem po to, żeby udowodnić komukolwiek, jak silna i wspaniała jestem. Nie znam odpowiedzi na wiele pytań i nie potrafię przewidzieć przyszłości zdarzeń, po prostu żyję, tak jak umiem, w zgodzie z tym, co czuję i myślę, posuwam się naprzód. Działam. Niedoskonale, nie zawsze z klasą, nie z ciągłym uśmiechem na twarzy i wiecznie pozytywnym nastawieniem, ale działam. Podejmuję wyzwania i decyzje, które potem konsekwentnie realizuję. Idę dalej. Uczę się, wyciągam wnioski, kiedy trzeba, to się poświęcam, kiedy mogę to daję sobie totalną swobodę bycia. W momencie, kiedy zrozumiałam sytuację w jakiej się po przyjeździe tutaj znalazłam, nie załamałam rąk, nie rzuciłam wszystkiego w trzy diabły, bo przecież nie tak miało być. I chociaż nie było mi łatwo, i chociaż balansowałam na krawędzi własnych negatywnych emocji, zrobiłam to, co musiałam zrobić. Rozwiązałam problem na tyle, na ile mogłam go pod presją czasu i otoczenia rozwiązać. Nieperfekcyjnie, nie tak jak sobie wymarzyłam i nie tak, jak bym sobie tego życzyła, na to nie było czasu. I wiecie co? Jestem z siebie dumna, bo niezależnie od tego w jakim stylu to zrobiłam, liczy się tylko jedno, nie poddałam się i poradziłam sobie. Nie wiem, czym jest dojrzałość, jeśli nie tym właśnie.

Revelstoke.

Revelstoke.

Po tygodniu przeczekiwania na kanapie u Sama, nie tylko zdążyłam rozeznać się wystarczająco w sytuacji, żeby zrozumieć, że liczyć mogę znowu tylko na siebie, ale także na szybko przeanalizować, jakie mam możliwości i co jest dla mnie w tym momencie najważniejsze. Jakby mimo chodem udało mi się też już na starcie zarobić trochę pieniędzy, na dobry początek, i pocieszyć Vancouver, towarzystwem i odrobiną lenistwa, po kolejnej, wyczerpującej podróży. Przede wszystkim postawiłam na jedno, jako słowo się rzekło, w lipcu odbędę kurs z Clarissą Pinkolą-Estes w Colorado. Ten kurs nie jest tani, nie będę tu nikomu ściemniać, w mojej obecnej sytuacji życiowej i finansowej jest kategorią szaleństwa do kwadratu. Doliczając podróż po turystycznie drogich Stanach i koszty życia, w porażająco drogiej Kanadzie, jasnym stało się, że potrzebuję pieniędzy, dużo pieniędzy, co oznacza, że muszę je zarobić, szybko i nade wszystko skutecznie. W totolotka nie wygram, bo w niego nie gram, losów na loterii nie kupuję, żebrać na ulicy nie będę, pożyczać nie lubię. Przede wszystkim uważam, że dopóki mam dwie sprawne ręce i nogi i głowę na karku, mogę pracować. I nieważne czy będzie to praca w barze, w sklepie, w hotelu na recepcji, czy jako sprzątaczka. Nie ma takiej pracy, która hańbi ducha. Duma, czy hańba są domeną ego, dla duszy nie mają większego znaczenia, a naszym marzeniom wszystko jedno, jak za nie zapłacimy, byle z nich nie rezygnować. Nie boję się ciężkiej pracy. Mogę się na nią wkurzać, mogę pluć sobie w twarz, że zasługuję na więcej, a świat w którym żyję jest niesprawiedliwy i nieciekawie ułożony, mogę głosić światłe myśli i rozważania o lepszym porządku rzeczy, mogę i będę się buntować, ale jedno jest pewne, tu i teraz, tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje marzenia.

Revelstoke.

Revelstoke.

Skoro Colorado, to nie będę emigrować na daleką północ Kanady, bo to dodatkowa strata czasu i pieniędzy. Skoro, najlepszym lekarstwem na moje słabości jest natura, nie zostanę w wielkim mieście, przytłaczającym mnie dodatkowo murowanym krajobrazem i hałasem ulicznym. Skoro, pracę muszę zacząć jak najszybciej, nie pójdę do przeszklonych biurowców, gdzie rekrutacja może ciągnąć się miesiącami, pójdę tam, gdzie przyjmą mnie z ulicy. Skoro muszę oszczędzać, nie wynajmę wygodnego apartamentu, z widokiem na góry, który oprócz wygody i swobody, będzie mnie kosztował wszystko, co zarobię. Jest to logiczne przecież, a umiejętności logicznego myślenia, nie można mi odmówić. Sztuką jest pogodzić możliwości na tu i teraz z celami długoterminowymi. Sztuką jest podążać tam gdzie prowadzi nas serce, ale też każdy krok konsultować z rozumem. Sztuką jest znaleźć kompromis pomiędzy chciejstwem ego, a poświeceniem, które jest nieodłączną częścią każdej drogi do celu. Sztuką jest znaleźć w sobie siłę i cierpliwość, które są mistrzowskim połączeniem konsekwencji. Sztuką jest przetrwać i nie stracić z oczu tego, do czego tak naprawdę dążymy. Sztuką jest kochać życie, siebie samego, innych i swoje marzenia, niezależnie od sytuacji, którą właśnie zaserwował nam los. Bo życie nie zaczyna się, kiedy zwyciężysz, ani nie kończy w momencie, w którym się poddasz. Ono się toczy, z każdym dniem, z każdą nocą, z każdą chwilą.

„Trzy rzeczy różnią życie wypływające z duszy od życia zdominowanego przez ego. Są to: zdolność wyczuwania i uczenia się nowych rzeczy; wytrwałość w podróżach po wyboistych drogach; cierpliwe uczenie się prawdziwej miłości. (…)

Błędem byłoby sądzić, że trzeba atletycznego herosa, by tego dokonać. Nie trzeba być herosem. Trzeba serca, które ma wolę umierać i rodzić się w nieskończoność. (…)

To ona, Pani Śmierci, która na jednej szali kładzie siłę, na drugiej – dystans do przebycia, na jednej – czas, na drugiej – libido, na jednej – ducha, na drugiej – przetrwanie. Medytuje nad tym, rozważa, po czym dodaje iskrę, dwie, wznieca trzaskający płomień, albo go tłumi, nieco przygasza, całkowicie gasi. Ona wie, czego trzeba. Ona wie, kiedy nadchodzi czas”.

Clarissa Pinkola-Estes, „Biegnąca z wilkami”.

Revelstoke.

Revelstoke.

Tak też przyjechałam, późno w nocy do Reveltoke. Sama, przerażona, zawiedziona, smutna, z jednym mocnym postanowieniem w rozedrganym sercu i za dużo myślącym umyśle, ZROBIĘ TO. Niech się wali, niech się pali, niech cały świat nazwie mnie głupcem, ZROBIĘ TO. Niech będą łzy, niech będzie wściekanie się, niech emocje mnie pochłoną, a rozum zwariuje, ZROBIĘ TO. Jeszcze raz zaufam tylko sobie. I tak też się stało. Mieszkam w bardzo sympatycznym, obdarzonym ciepłą energią hotelu w samym centrum miasteczka. Mam swój pokój, za który płacę 18 godzinami ciężkiej pracy tygodniowo, widok na góry dokoła i dużo możliwości wędrówek, na które niestety najczęściej brakuje mi czasu i energii. Dodatkową pracę znalazłam w przeciągu tygodnia w 7Eleven, i chociaż nie zarabiałam kokosów, a pierwsze wrażenie nowości i zaciekawienia bardzo szybko minęło, odłożyłam wystarczająco, żeby zapłacić za dalszą wędrówkę i bilet lotniczy do Polski. Tak, w sierpniu wracam do Polski. Mam kilka pomysłów, na razie mocno niepewnych, ale mam też przeczucie, że tędy droga. Co jednak najważniejsze mam tam rodzinę, która za mną tęskni i mnie potrzebuje, oraz przyjaciół, którzy niezależnie od różnych wzlotów i upadków, akceptują mnie i wspierają, dokładnie taką, jaką jestem. Nie chcę już więcej przeczekiwać swojego życia, nie chcę też go układać na drugim końcu świata. Jednym, co zrozumiałam przez te dwa lata tułaczki jest to, że niezależnie jaką drogą pójdę dalej, moje serce już na zawsze pozostanie rozdarte. I jest to prawda z którą muszę nauczyć się żyć. A skoro tak, to chcę się jej nauczyć wśród najbliższych mi ludzi. Świat mi nie ucieknie, zapału podróżniczego już nigdy nie stracę i jeszcze dużo wędrówek przede mną (tej Luizjany i Florydy, a także Alaski i Ameryki Południowej już sobie na pewno nie odpuszczę! Są one tylko kwestią czasu, tak jak wszystko w życiu.), natomiast ludzie, których kochamy, są wartością bezcenną. Każda chwila jest czasami na wagę złota. Moja siostra mnie potrzebuje, rodzice się starzeją i coraz trudniej jest im zaakceptować w sobie moje wybory, przyjaciółka urządza chrzciny, druga z trzecią się zakochują, czwartą ciągnie do wizyty w Polsce, bo jednak tam bliżej z Anglii i jeszcze nigdy nie była. A Ala? Ta mała Ala, której główka jeszcze nie tak dawno mieściła mi się w jednej dłoni, od września do szkoły idzie i właśnie nauczyła się jeździć rowerem na dwóch kółkach. Czy chcę to przegapić?

Revelstoke.

Revelstoke.

Za chwilę ruszam znowu w drogę. Mam jej kawałek do przejechania, a i wrażeń dużo już na mnie czeka. Dla odmiany postanowiłam spróbować dojechać do Colorado autostopem, bo tego jeszcze nie grałam w całym moim podróżniczym repertuarze. Po drodze chcę definitywnie zaliczyć Park Yellowstone, a i bezdroża Montany i Idaho zapewne mnie zauroczą. Może Salt Lake City jeszcze przed Denver? Zrezygnowałam z Calgary, co prawda widziałam Vancouver, ale koniec końców, zawsze miasto olimpijskie warto zobaczyć, bo się o nim gdzieś tam, kiedyś słyszało i pamięta się emocje przeżywane przed ekranem telewizora… Wreszcie kurs… A potem do Nowego Jorku, na przełaj. Będę znowu wolna!!! Spakuję plecak, będę dzielnie go taszczyć na obolałych plecach i z przymrużeniem oka, typowo po polsku narzekać, jak ciężki, a ja głupia, że sama sobie taki los wybrałam. Będzie droga, sunąca naprzód, w lewo, w prawo, nieważne, tylko myśli będą z nią płynąć spokojnym rytmem pobrzękujących w sercu wrażeń, wzruszeń i marzeń. Będą ludzie, przelotne znajomości, głębokie rozmowy w szybkim tempie, bo nigdy nie wiesz, ile czasu wam dano, a jakoś tak masz ochotę opowiedzieć i usłyszeć historię całego życia i wyłuskać z niej prawdę o nas wszystkich i o tym świecie. Będzie przyszłość, nieznana, napawająca cudownym, wypełnionym nadzieją, ekscytacją i niepokojem oczekiwaniem, gdzie tym razem los mnie rzuci, i uśmiech do siebie samej, bo przecież dobrze będzie, tak jak zawsze. Będę znowu, choćby tylko przez chwilę, być może bardzo krótką, wcale nie łatwą i jakże ulotną w moim jej wyobrażeniu, szczęśliwa… Bo to jest miłość. To dla niej się poświęcasz, to jej się oddajesz, to dzięki niej wciąż, na przekór wszystkiemu innemu, żyjesz.

Opublikowano Spotkania - wpisy. | Otagowano | Dodaj komentarz

Kanada: Co ukrywa kobieta po 30-stce?

„Przez wszystkie te tysiąclecia ludziom nie udało się rozgryźć zagadki, jaką jest miłość.

Na ile jest sprawą ciała, a na ile umysłu?

Ile w niej przypadku, a ile przeznaczenia?

Dlaczego związki doskonałe się rozpadają, a te pozornie niemożliwe trwają w najlepsze? Ludzie nie znaleźli odpowiedzi na te pytania i ja też ich nie znam.

Miłość po prostu jest, albo jej nie ma”.

Stephenie Meyer, „ Intruz”.

IMG_9086

Mount Revelstoke – na szlaku.

Dyskusja na temat samotności wśród wielu, silnych i niezależnych, kobiet w okolicach trzydziestki, zatacza coraz większe kręgi i urasta do miana problemu kulturowego. Kobiety winą obarczają mężczyzn, słabych i tchórzliwych, mężczyźni kobiety, egocentryczne i nazbyt wymagające. Przerzucamy się argumentami, coraz nowymi wysuwanymi wnioskami, jedno przez drugiego, omijając prawdę i istotę sprawy, tak daleko, jak tylko się da. Miłość jest niedefiniowalna i nieprzewidywalna, związek z drugim człowiekiem jest przede wszystkim wypadkową dobrej woli, otwartości i pracy nad własnym wnętrzem. Kiedyś było oczywistym, że przychodził czas i wychodziło się za mąż, czy też się żeniło. Tak kobiety, jak i mężczyźni podążali tym samym, oczywistym i niekwestionowanym szlakiem, czy się go bali, czy nie, czy byli tego pewni, czy nie, czy czuli się gotowi, czy nie. Dzisiaj nic nie jest już takie pewne, dzisiaj mamy wybór, dzisiaj odważnie pragniemy czegoś więcej. Nie chcemy powtarzać prostej mantry naszych mam i babć „byle jaki, byle był”, chcemy miłości i partnerstwa, przez to duże „M” i jeszcze większe „P”. Po przejściu kawałka drogi przez życie nie tylko wiemy, jak trudno jest spotkać właściwą osobę i jak niewiarygodnie ciężko jest zbudować trwałą i satysfakcjonującą relację, wiemy także, że potrafimy świetnie radzić sobie same i mężczyzna nie jest już koniecznym elementem naszego przetrwania. Głęboko w środku odczuwamy też ból naszego nieraz złamanego serca i pogubionych złudzeń, przez co instynktownie i intensywnie budujemy coraz więcej murów, aniżeli mostów. Boimy się. Boimy się stracić, to co udało nam się uzyskać i boimy się bólu, który będzie towarzyszył kolejnym zawiedzionym nadziejom. Boimy się kolejnej porażki i cierpienia, boimy się skonfrontować nasze marzenia z rzeczywistością o której wiemy, że najczęściej nie jest ani łatwa, ani kolorowa. Najbardziej jednak boimy się przyznać do tego, że tak bardzo się boimy. Boimy się pokazać komukolwiek, że ten obraz który budowałyśmy latami starań i poświęceń, obraz silnej i niezależnej kobiety i super babki, jest uszyty nie na miarę naszego własnego serca.

Mount Revelstoke.

Mount Revelstoke.

Mężczyźni od zawsze byli uczeni schematu siły i pewności, dominacji i racjonalizacji. Czy chcemy to przyznać, czy nie, mają dużo słabszy kontakt ze swoją sferą emocjonalną i rzeczywistością uczuć. To kobiety, jako te kruche i wrażliwe, były i są bramą do ich własnego serca. Tylko, jak przejść przez drzwi, które zamurowały, wielością oczekiwań i iluzji własnej doskonałości? Wzorce mężczyzny i kobiety przekazywane nam przez kulturę, społeczeństwo i socjalizację się zdewaluowały, ale nie wyczerpały, wciąż podświadomie w nas tkwią i prostą drogą prowadzą do konfliktu w niemal każdej sferze naszej egzystencji. Nowe dopiero się tworzą, to my je tworzymy, bardzo nieporadnie, jak to na początku każdej nowej drogi. Zamiast współpracować rywalizujemy, przekrzykując siebie nawzajem „kto ma rację, a kto nie”. Zamiast budować od początku, na czystej karcie, kierujemy się nieprzepracowanymi kompleksami, wewnętrznymi obawami i wypartą świadomością, że budujemy na bardzo grząskim i niebezpiecznym gruncie. Zakładamy maski na twarz, pod przykrywką których chowamy własne urazy, lęki i wzajemne wymagania. Nie mamy odwagi na szczerość, brakuje nam sił, żeby przyznać się do własnej niepewności, która jest nieodzowną wypadkową miłości. Szukamy perfekcji, która w świecie ludzkich spraw nie istnieje. Wszyscy jesteśmy tchórzami, uwikłanymi w skomplikowany labirynt własnych uczuć. Nie wierzymy już w miłość, nie wierzymy w siebie nawzajem.

Mount Revelstoke.

Mount Revelstoke.

„Bezduszny świat zmusza do histerycznego miotania się w poszukiwaniu tej jedynej lampki, która zapali się natychmiast i na zawsze. Jednak, żeby ten cud, na który czekamy, mógł nastąpić, potrzeba czasu; trzeba czasu, by tę lampkę odnaleźć, trzeba czasu, by tchnąć w nią życie.

Współczesne poszukiwanie perpetuum mobile ściga się z poszukiwaniem wiecznej machiny miłości”.

Clarissa Pinkola Estes, „Biegnąca z wilkami”.

Mount Revelstoke.

Mount Revelstoke.

Nie mamy czasu, zwłaszcza na pracę nad sobą samym. W pogoni za szczęściem zewnętrznym zapominamy o prostej prawdzie, że jest ono niczym więcej, aniżeli odbiciem naszej kondycji wewnętrznej. Nie chcemy się zastanawiać zbyt dużo i za długo, nie chcemy postawić, choćby jednego kroku w stronę przerażającej ciemności i nie mamy najmniejszej ochoty przyglądać się temu, czego się boimy. Wypieramy się własnej samotności, zaprzeczamy temu, że cierpimy, że pragniemy, że nam brakuje, zastępując to wszystko nieustanną pogonią za czymś nowym, wystarczająco zadowalającym i łatwym. Wkurzamy się i obwiniamy, siebie nawzajem i świat, który nam nie sprzyja, licząc na odrobinę szczęścia, które rozwiąże wszystkie nasze problemy. Czekamy. Czekamy na tego jedynego lub jedyną, która sprawi, że wszystko stanie się jasne i klarowne. I pewnie się doczekamy, spotkamy kogoś, coś poczujemy, i co dalej? Żyli długo i szczęśliwie? Jak długo? I jak szczęśliwie? Motyle w brzuchu przeminą, piękne, romantyczne chwile zamienią się w szarą codzienność, namiętność się skończy i zacznie się życie, samo życie. Wszystko to, co ukrywaliśmy na dnie własnego serca, wypłynie na powierzchnię, i dotrze do nas smutna prawda, nie ma ludzi doskonałych, tak samo, jak nie ma doskonałej miłości. Maska, którą nosimy zacznie coraz bardziej uwierać, partner coraz mocniej przerażać, a związek i nasze jego wyobrażenie zacznie się rozpadać, niczym domek, zbudowany z kart naszych osobistych złudzeń. A skoro tak, po co w ogóle zaczynać, po co się zbyt szybko angażować, po co nadawać głębsze znaczenie czemuś tak ulotnemu?

Mount Revelstoke.

Mount Revelstoke.

Siła nie ma nic wspólnego z odczuwaniem lub nie odczuwaniem, siła to zaufanie i poddanie się nieznanemu. Niezależność nie jest zaprzeczeniem miłości i nie pozbawia jej pragnienia, niezależność to nie uleganie presji własnej nieświadomości i otaczającej nas rzeczywistości kulturowej. Odwaga nie wyklucza lęku, wręcz przeciwnie, z niego jest zbudowana. Boję się. Bardzo się boję związku i miłości, zwłaszcza doświadczając i obserwując wszystko, takim jakim jest, a nie takim jakim chciałabym to widzieć. Zielonego pojęcia nie mam, jak moje życie z kimś się ułoży i jakie wyzwania ze sobą przyniesie. Poznanie kogoś i zaufanie komuś jest ryzykiem, największym ryzykiem, jakie mogę sobie wyobrazić i doprawdy nie wiem, jak temu zaradzić. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie jak znaleźć miłość, tą prawdziwą miłość, czego się wystrzegać, a czemu uwierzyć. Nie mam żadnej gwarancji, że kolejny ktoś spotkany na drodze mnie znowu nie zrani i nie zawiedzie. Nie wiem, co znaczy kochać właściwie i jakich błędów absolutnie nie wolno popełniać. Uczono mnie randkowych sztuczek i trików udanego flirtu, ale nikt nigdy nie dał mi kłucza do drzwi twojego serca, a ten do własnego nauczyli mnie skrzętnie ukrywać. Nie zawsze potrafię ocenić, co i kiedy należy powiedzieć, co i kiedy okazać, do czego i kiedy się przyznać. Wiem, że chcę nadal próbować. Wiem, że prawdę odnaleźć można tylko w prawdzie, że intymność odziera nas z wszelkiej prawdy. Wiem, że chcę nadal wierzyć i chcę być w tej swojej wierze szczerą, taką jaką jestem, ze wszystkimi dobrymi i złymi tego przejawami. Wiem też, że na standardy współczesnego świata, wymagam bardzo wiele, czasem myślę, że być może zbyt wiele.. I nie dlatego, że oczekuję doskonałości, wręcz przeciwnie, bo niczego nie pragnę bardziej, aniżeli spontanicznej niedoskonałości. Pokaż mi swoją ciemną stronę i bądź moim własnym cieniem, żebym mogła nauczyć się prawdziwej miłości, żebym mogła wzrastać i rozwijać się w miłości. Pomóż mi uwierzyć, że to w co wierzę nie jest nierzeczywiste. Nie uciekaj, choćbyś bardzo chciał, poczekaj. Zdejmij maskę proszę, zdejmij tę cholerną maskę…

Revelstoke.

Revelstoke.

Opublikowano Spotkania - wpisy. | Otagowano | 2 Komentarze