USA: Logika zmysłów, czyli o bieganiu z wilkami.

„Jeśli kiedykolwiek twierdzono, że jesteście nieposłuszne, przekorne, niepoprawne, zuchwałe, przebiegłe, zbuntowane, niezdyscyplinowane, narwane, niepokorne, to jesteście na właściwym tropie. Dzika Kobieta jest przy was.

Jeśli nigdy was tak nie nazwano, to jeszcze jest na to czas. Bądźcie Dzikimi Kobietami. Andele! Nie rezygnujcie”.

Clarissa Pinkola-Estes, „Biegnąca z wilkami”.

Santa Fe, Nowy Meksyk.

Santa Fe, Nowy Meksyk.

Książkę „Biegnąca z wilkami” po raz pierwszy przeczytałam w wieku 26 lat. Nie rozumiałam wtedy jeszcze zbyt wiele. Przesłanie było dla mnie bardziej poetyckie i romantyczne, aniżeli uzmysłowione i zracjonalizowane. Nie wiedziałam, ani dlaczego, ani po co, ani którędy droga. A jednak wrażenie, jakie na mnie ta lektura wywołała było porywające. Czułam ją wręcz na wskroś. Poruszała wszystkie te struny w zakamarkach mojego wnętrza, na których dopiero miałam nauczyć się grać. Budziła najgłębsze tęsknoty, wszystkie nieuświadomione, a zalegające w środku zmysły i natchnienia. Przemawiała bezpośrednio do mojej duszy i wypełniała najbardziej skrywane porywy mojego dzikiego serca. Była o mnie, była dla mnie, była mną. A ja z czasem swojej mozolnej tułaczki przez kolejne 6 lat mojego życia, powoli i sumiennie, stawałam się nią. Motywy przewodnie zawarte w „Biegnącej z wilkami” studiowałam nieprzerwanie od mojego pierwszego kontaktu z tą książką. Czytałam fragmenty rano, na pół śpiąco, z kubkiem kawy w ręku, zanim wychodziłam do pracy. Wracałam do niej po powrocie do domu, niesystematycznie, tak jak akurat wypadło, pobieżnie, a jednak namiętnie. Mniej lub więcej, rzadziej lub częściej, skrupulatnie i na „łapu capu”. Od początku do końca, od środka do początku, od końca do gdzie-nie-bądź. Otwierałam przypadkowo strony z zamkniętymi oczami i wodziłam palcem w poszukiwaniu nowych znaczeń. Wracałam do ulubionych fragmentów, analizowałam i zadawałam niekończącą się ilość pytań na temat siebie, swojego życia, innych, kultury świata, w którym żyję. Będąc na kursie z autorką książki, Clarissą Pinkolą-Estes, w Loveland w Kolorado, u podnóża Gór Skalistych miałam największe dotychczas przebudzenie w moim życiu. Spojrzałam w gwiaździste niebo, wsłuchałam się w pomrukującą ciszę nocy i przejrzałam się w lustrze własnego przeznaczenia. Zrozumiałam. Drogę, którą przeszłam, moment w którym jestem, cel, w kierunku którego zmierzam. Zachwyciłam się pięknem odbicia.

Santa Fe.

Santa Fe.

W odwiedzinach na jednej z teksańskich farm.

W odwiedzinach na jednej z teksańskich farm.

Byłam „Brzydkim Kaczątkiem” i wątpię, czy kiedykolwiek przestanę nim być, chociaż coraz częściej zaczynam się utożsamiać z łabędzim jego śpiewem. W swoich marzeniach skupiam się na zbieraniu kości, niczym „La Loba”. Tańczyłam zwariowany taniec w czerwonych trzewikach mojego warszawskiego życia, jako „Kobieta udomowiona” oraz na nowo uczyłam się przeczuć i wsłuchiwania w głos intuicji, by być niczym „Mądra Wasylisa”. Długo i wytrwale zmagałam się z wewnętrznymi i zewnętrznymi prześladowcami z baśni o „Sinobrodym”, na nowo przerażając się i płacząc nad swoją własną komnatą z zamordowanymi żonami. Uczyłam się głębokiej, prawdziwej i szczerej miłości, bazując na „Połów, kiedy serce to samotny myśliwy”, wreszcie nieprzerwanie snułam swój sen o partnerze, który byłby moim własnym Manawee. Przez dwa lata podróżowania szukałam swojej własnej „Skóry foki”, brodziłam na mieliźnie własnej przeszłości, by niczym „La Llorona”, odnaleźć i ocalić na nowo moje twórcze dzieci. Podążając śladem „Włosa niedźwiedzia” pracowałam nad własnym gniewem i uczyłam się trudnej sztuki wybaczania. Stałam się pełnoprawną członkinią „Klanu blizn” i błądziłam długo i wytrwale w ciemnym lesie własnego uzdrawiania wewnętrznego, niczym „Bezręka dziewczyna”. Zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na swoje ciało po prostej prawdzie, którą dała mi „Kobieta motyl” i uśmiechałam się na wspomnienie niejednokrotnych rozmów z moimi przyjaciółkami, czytając o obscenicznych boginkach. Nieustannie dokopywałam się do swojej własnej „pieśni w głębi” i czerpałam natchnienie z „Rzęsy w oku wilka”.

Na luizjańskich bagnach.

Na luizjańskich bagnach.

Houston. Teksas.

Houston. Teksas.

Otrzymując wizę do Kanady i rozmyślając o podróżowaniu przy okazji po Stanach Zjednoczonych, wiedziałam, że jest to niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju okazja pójść za tym, co szło za mną przez te wszystkie lata. Na szkolenie z Clarissą Pinkolą-Estes, zapisałam się w listopadzie zeszłego roku. Nie było to do końca to, czego pragnęłam (w pierwszym momencie zapisałam się na „Misterium” pod jej przewodnictwem), nie miałam zielonego pojęcia jak sfinansuję ten niebagatelny wydatek, przy wciąż rosnącej wartości amerykańskiego dolara, i nie miałam żadnego pomysłu na to, jak to połączyć z planami na Kanadę i nieokiełznaną wciąż potrzebą podróżowania przy okazji, jak najwięcej. Jak zazwyczaj podjęłam decyzję w przeciągu 10 minut i poszłam w to, płacąc od razu zaliczkę, co by w wyniku zmierzającej już w moim kierunku gwardii wątpliwości, nie zrezygnować. W grudniu przeszłam wywiad kwalifikacyjny z organizatorami kursu, a dokładnie z Noną, którą miałam okazję poznać w Loveland, w celu weryfikacji mojej znajomości angielskiego i uzyskania pewności, co do przeznaczenia szkolenia. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o planie, realizowanym przez Clarissę Pinkolę-Estes, uczenia innych, jak uczyć na bazie „Biegnącej z wilkami”. Radość była niewysłowiona, niczym małe dziecko nie mogłam usiedzieć na miejscu, a moje rozentuzjazmowanie, bardziej Nonę przyprawiało o wątpliwości, aniżeli o tą samą pewność, która właśnie zakwitła w moim sercu. No, ale uparta w końcu jestem i przy takiej dawce optymizmu, raczej nie da mnie się już powstrzymać. Słowo się rzekło i było jedynym, co mnie trzymało w ryzach przy zmaganiu się przez 6 miesięcy z dość wyboistą drogą w tym właśnie kierunku.

Nowy Orlean.

Nowy Orlean.

To było moje miejsce, to był mój czas, to było moje „dobrodziejstwo przynależności”. Pięć dni, schodzenia schodami w dół przeznaczenia i wynurzania się na powierzchnię z coraz większą pewnością i radością w sercu. Zgromadzenie niezwykłych, choć zwykłych, nieprzeciętnych, mimo, że tak bardzo przeciętnych kobiet i mężczyzn. Całe mnóstwo wzruszeń, pomysłów i natchnień. Wreszcie spotkanie z samą Clarissą Pinkolą-Estes, tak samo guru, jak przyjaciółką, ramię w ramię, bez najmniejszego poczucia skrępowania, czy mniejszości. Kobietą taką jak ja, kobietą taką, jak każda inna kobieta. I spokój w duszy. Tak wielki, pobrzękujący bezbrzeżną, dochodzącą z samej głębi tęsknotą i miłością, napełniającą moje oczy łzami zrozumienia. Akceptacja. Nic więcej. Nie cele, które chcę osiągnąć, nie marzenia, które każdej nocy snuję, nie chciejstwa i zachcianki. Akceptacja. Nie przez innych, nie wynikająca z dumy ego, nie domagająca się walidacji przez otoczenie. Akceptacja siebie w najczystszej postaci. Akceptacja przeszłości w całej swej okazałości i nagiej prawdzie. Akceptacja chwili, która trwa w niewyobrażalnym wewnętrznym pomrukiwaniu „tędy droga, idź dalej, tam, gdzie cię nogi poniosą”. Akceptacja rzeczywistości, która mnie otacza i świata, którym wciąż, mimo wszystko nie przestaję się zachwycać. Akceptacja niewinnej miłości do ludzi, nie dlatego, że nie widzę, jakimi są, ale właśnie dlatego, że doskonale widzę. Pokój w sercu, duszy i umyśle, choćby nic więcej już nie miało się wydarzyć.

Nowy Meksyk.

Nowy Meksyk.

No, ale życie trwa, płynie dalej, a my wraz z nim. Już pierwszego dnia na kursie do lamusa wyrzuciłam pomysł z dojechaniem do Nowego Jorku drogą lądową prosto z Kolorado. Nie czułam tego. To, co czułam było dalej na południe. Nowy Meksyk, Teksas, od tak dawna upragniona Luizjana. Sprawdziłam połączenia lotnicze pomiędzy Nowym Orleanem i Nowym Jorkiem. Były tanie!!! Wystarczająco tanie, żeby nie zastanawiać się więcej. Zabukowałam bilet i wyznaczyłam trasę dalszej wędrówki. Ot tak, po prostu. Ot tak, ponieważ. Ot tak, bo tak właśnie czułam i tego właśnie chciałam. I nie chcę nawet myśleć, jak innym byłoby moje życie dzisiaj, gdyby nie ten jeden, krótki moment wątpliwości i czystego szaleństwa. Bo życie, jak to życie, postanowiło mnie znowu zaskoczyć. W najmniej oczekiwanym momencie, w absolutnie niewyobrażonym scenariuszu, w najgorszej z możliwych konfiguracji planów i marzeń. Czyż nie tak właśnie sobie to wyobrażałam? Czyż nie nad tym pracowałam przez cały ten czas? Nad drogą, która poprzez siebie, prowadzi do świata zewnętrznego i innych? Nad drogą miłości, do siebie samej, życia i drugiego człowieka? Pokochałam siebie, pokochałam swoje życie, wreszcie też się zakochałam… LOL! 😀

Luizjana.

Luizjana.

Nowy Orlean.

Nowy Orlean.

Podróż na południe nie zaczęła się dla mnie zbyt pomyślnie. Z jedną z uczestniczek szkolenia zabrałam się do Boulder i chciałam tam zostać przynajmniej 2 dni. Niestety, Boulder, choć urocze nie oferowało żadnej stancji, na jaką na szybko mogłabym sobie pozwolić. Maszerując dzielnie przez godzinę dookoła, udałam się zrezygnowana na dworzec autobusowy i pojechałam do Denver. Zanim znalazłam się wreszcie w hostelu późnym wieczorem, szwendałam się zmarnowana i zmęczona do granic wytrzymałości dookoła, nabijając sobie kilka konkretnych siniaków upadając pod ciężarem bagażu w jednej z toalet publicznych.. Są takie chwile w podróży, kiedy przytłoczona zbiegiem okoliczności zewnętrznych, własną słabością i przerażeniem, jak i dezorganizacją planowania drogi, wszystko gdzieś w oddali umyka. Podczas tej drogi było ich kilka, od tej mozolnej tułaczki przez Denver, przez godziny wystawania w upalnym słońcu na teksańskich drogach, po grożące mi z ręką na sercu żebranie o parę dolarów na nowojorskich ulicach, co by przynajmniej na lotnisko jakoś dojechać. Tak, są takie chwile, kiedy przyparta do muru strachu, jedyne co wiem o życiu, to oddychaj, oddychaj głęboko, i po prostu trwaj. Trzeba to zrozumieć o sobie samym i życiu, nie ma żadnych prostych recept, nie ma czasami nic innego do robienia, aniżeli trwanie. Oddech za oddechem, minuta za minutą, emocja za emocją i myśl za myślą. Dopóki rozwiązanie samo do nas nie przyjdzie, dopóki nie roziskrzy się płomień w naszym duchu i nie zaczniemy działać i mimo wszystko pójdziemy dalej i znowu, w prostej konsekwencji dokądś dojdziemy. Nie ma lepszej medytacji i uspokojenia chaosu, aniżeli bycie w chwili, która trwa.

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Po Denver ruszyłam prostą drogą do Santa Fe, znowu wybierając autostop. Najgorsze w podróżowaniu autostopem jest wydostawanie się z dużej metropolii, pół dnia czasem schodzi zanim dobrniesz do punktu z którego możesz wreszcie liczyć na jakąś sensowną podwózkę, czyli innymi słowy dostaniesz się na drogę wylotową. Bo zdawałoby się proste machanie łapką, wymaga opracowania strategii i planu, skąd nią masz machać, żeby dojechać tam, gdzie chcesz. Warto się przy tym zastanowić, czy przygotować jakiś mały baner wskazujący kierunek. Osobiście uważam, że nie jest to dobry pomysł. Dlaczego? Ano, dlatego, że ludzie to zazwyczaj proste stworzonka, widząc, że jedziesz w konkretne miejsce, nie zatrzymają się, jeśli sami zmierzają gdzie indziej. Większe szanse daje przemieszczanie się, choćby niewielkimi kawałkami, a jednak zbliżającymi cię do celu, aniżeli godzinami czekanie na tzw. złoty strzał. Przy czym zasada ta dotyczy bardziej długiej podróży, kiedy istnieje ryzyko, że jeden dzień to może być za mało. W każdym razie, ja koncentruję się na znalezieniu, jak najlepszego miejsca na łapanie okazji i nie przygotowuję banerów. Sama podróż z Denver ułożyła mi się nader pomyślnie, jechałam z 4 różnymi osobami, znowu poznając przy tym fantastycznych ludzi i dowiadując się trochę więcej o tej wcale nie medialnej rzeczywistości USA. Doprawdy zastanawiam się, dlaczego ja wcześniej na ten autostop się nie zdecydowałam, źródło poznania fenomenalne, a jaka frajda przy tym! 😉

Santa Fe.

Santa Fe.

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Z drogi do Santa Fe najbardziej zapamiętałam rozmowę z Jhonem, który wiózł mnie swoją starej daty ciężarówką przez dobre 5 godzin, otwierając przede mną swoje serce i szukając odrobiny wsparcia i pocieszenia w swojej własnej podróży przez życie. Nie wiem, jak to działa, myślę, że muszę jakoś wibrować specyficznie, kiedy jestem w sobie poukładana, czy coś, ale ludzie najczęściej mi ufają i lubią, chętnie się zwierzają i w gruncie rzeczy najczęściej cieszą się z mojego towarzystwa w czasie drogi. Taki chyba już mój urok i jestem mu bardzo wdzięczna, bo wypełnia moje serce wielką radością. W Teksasie ilość okazanej mi dobroci była wręcz porażająca, nie tylko spędzałam miło czas w drodze, nie tylko byłam karmiona i pojona i dopytywana o moje własne samopoczucie, ale także chciano mnie dofinansowywać, zabierano mnie do własnych domów i dawano dość niezwykłe czasami prezenty… Nie wiem na jakim świecie większość ludzi żyje, ten po którym ja podróżuję jest światem prostych prawd. Uśmiech i pozytywna energia są twoim największym atutem, dobra jest więcej niż zła, za twoje dobro inni ci się dobrem najczęściej odpłacą, i nie jest to kwestia szczęścia czy pecha, a zwykłej ludzkiej statystyki. No i wreszcie, tylko serce już wypełnione miłością, może na miłość się otworzyć… Tego samego dnia wieczorem siedziałam sobie już uśmiechnięta i zrelaksowana przed hostelem w Santa Fe. Bardzo niezdrowo wcinając chipsy, popijając piwo i paląc papierosa, grzebałam jak zwykle na przemian, a to w telefonie, a to w gwiazdach na niebie. I wtedy właśnie dołączył do mnie Jeffrey, ze swoim sympatycznym uśmiechem i miłym głosem, i mimo wcale nie prostej i nie od razu oczywistej drogi, już się nie odłączył…

Nowy Jork.

Nowy Jork.

Samo Santa Fe było urocze, dużo pedałowałam i jeszcze więcej się wspinałam, przekraczając coraz to nowe progi mojej własnej wyobraźni. A potem było Amarillo i samotne biwakowanie przy Kanionie Palo Duro, Forth Worth, Austin i Houston. Wreszcie Luizjana i Nowy Orlean, a na koniec Nowy Jork. I szczerze mówiąc nie bardzo wiem, co więcej o tej drodze napisać, bo i moje myśli znowu tylko uciekają w stronę zupełnie nowych rejonów. I znowu chwila, która trwa i przyszłość, która się planuje, zupełnie wypiera przeszłość i towarzyszące jej wspomnienia. To była niezwykła podróż. Obfitująca w liczne przygody i piękne widoki, niespodziewane spotkania i przypadkowe zwroty akcji, cudowne marzenia i zwykłe namiętności. Pełna życia i wręcz na wskroś ludzka. Natknęłam się ostatnio na powiedzenie, nieznanego mi autorstwa, że „to nie wiara czyni cuda, ale ludzie, którzy nie tracą wiary”. I chyba coś w tym jest. Ale…, żeby nie było, jeszcze wam o tym opowiem, bo te cuda wciąż się tworzą, a ta podróż nadal trwa…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s