Kanada/USA: Dziewczyna na drodze.

„To zabawa, nie poprawność polityczna jest główną arterią twórczego życia, jego jądrem i rdzeniem. Impuls zabawy jest instynktem. Bez zabawy nie ma twórczego życia. Życie nie będzie twórcze, jeśli usiądzie się grzecznie w kąciku. Uległość i posłuszeństwo w mowie, myśli czy działaniu pozbawia soków twórczych. Każda grupa, społeczeństwo, instytucja czy organizacja, która zachęca kobiety do pogardzania oryginalnością, do podejrzliwości wobec rzeczy nowych i niezwykłych, do unikania żaru, innowacji, do bezosobowości, zmierza do stworzenia społeczeństwa martwych kobiet”.

Clarissa Pinkola-Estes, „Biegnąca z wilkami”.

 

Kanada, prom w pobliżu Revelstoke.

Kanada, prom w pobliżu Revelstoke.

Odkąd zdecydowałam się na objechanie Ameryki Północnej, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, marzyłam o zrobieniu tego na czterech kółkach. Sytuacja finansowa, jak i zbieg różnych okoliczności zewnętrznych, sprawiły, że za każdym razem analizując swoje położenie w bilansie końcowym auto zmuszona byłam wyeliminować. Wynajem za drogi, zakup nieopłacalny, zbyt skomplikowany i ryzykowny, zmotoryzowanego towarzysza podróży brak. Cóż poradzić, realizując marzenia nie zawsze możemy wszystko poukładać dokładnie tak, jak sobie to w najlepszej wersji wyobrażaliśmy, niejednokrotnie trzeba coś poświęcić, z czymś się pogodzić, z czegoś zrezygnować, pójść na kompromis z samym sobą i otaczającą nas rzeczywistością. Jeszcze w Vancouver wierzyłam, ze opcja z samochodem może wypalić, już w Revelstoke wiedziałam, że co za dużo to jednak niezdrowo. Stąd dość szybko zawitał w mojej głowie pomysł z autostopem. Po kilku opiniach zasięgniętych tu i ówdzie, chwilach poświęconych na kontemplację i błogie wyobrażenia, pojawiła się pewność i determinacja, że tego właśnie chcę i będzie to mega zabawa. I była. I może nawet nadal będzie.

USA, Idaho, zaraz za granicą z BC.

USA, Idaho, zaraz za granicą z BC.

Blue Lake w okolicach Bonners Ferry.

Blue Lake w okolicach Bonners Ferry.

O podróżowaniu autostopem krąży wiele legend i jeszcze więcej stereotypów i uprzedzeń. W dzisiejszym świecie i obecnych czasach jest to raczej mało popularny, niezbyt doceniany i przede wszystkim mega ryzykowny sposób przemieszczania się. Autostopowiczom się nie ufa, postrzega się ich jako zdeterminowanych „brudasów”, nieprzystosowanych społecznie hipisów, nader często ćpunów albo złoczyńców i złodziei. W naszej percepcji, niezależnie od strony barykady, zalega zbyt wiele złowrogich opowieści. Na ile prawdziwych? Na tyle, na ile wszystko inne w dzisiejszej rzeczywistości. Ile ludzi, tyle doświadczeń, a właściwie przeświadczeń, niestety rzadko kiedy własnych i zwyczajnie ludzkich. Ot, smutna to rzeczywistość, bo sposób na okazyjne podróżowanie jest wręcz fenomenalny. Nie tylko tani, ale przede wszystkim ciekawy, zaskakujący, uskrzydlający i uszczęśliwiający, wierzę, że i dla tych z wyciągniętym kciukiem, jak i dla tych za kółkiem swojego „wypasionego” lub nie, auta. Bo drogę Drodzy Państwo, jakąkolwiek by ona nie była, w przeważającej części tworzą ludzie i nasze z nimi doświadczenia. Dla mnie bomba pozytywnej energii, jakiej jak dotąd na drodze jeszcze nie doświadczyłam. Bezcenny dar zaufania, do siebie samej, do innych i do tego, może i poplątanego, ale jakże pięknego, świata.. Świata ludzkich serc, które nie znają granic. 🙂

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs, szlakiem Beaver Ponds Loop Trail.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs, szlakiem Beaver Ponds Loop Trail.

Dla dziewczyny takiej, jak ja, znaczy stwarzającej pozory w miarę normalnej, drobnej, czysto i schludnie ubranej, samotnej (sic! i LoL!) złapanie okazji to łatwizna. Nie zdarzyło mi się czekać dłużej niż jakieś półgodziny, najczęściej zabiera to około 15 minut i paręnaście mijających mnie samochodów. Dla chłopaka takiego jak Josh, którego poznałam w Yellowstone, w podartych dżinsach i długich włosach, sprawa bywa trudniejsza i zajmuje niekiedy nawet kilka godzin. Dla pary takiej, jak ja i Josh, bo tak się złożyło, że przez 6 dni podróżowaliśmy razem, reguły zdaje się nie ma, czasem minuty, czasem godziny. Bez wątpienia czas szybciej mija w dobrym towarzystwie, a i uśmiech i entuzjazm utrzymują się dłużej przy obopólnym wsparciu. Jedno jest pewne, przy odrobinie cierpliwości i masie pozytywnego nastawienia, prędzej, czy później, ktoś się w końcu zatrzyma. Jak masz szczęście (ja zdaje się jestem wyjątkową szczęściarą, zdaje się, że cały Wszechświat jest w tym przedsięwzięciu po mojej stronie) to wystarczy raz i cała droga z głowy, a i jeszcze cię nakarmią po drodze, jak nie, to bywa, że i 6 razy stajesz na poboczu, przemieszczając się małymi kawałkami. Zawsze jednak docierasz do celu, a jak nie do tego celu, który sobie z początku wyznaczyłeś, to do tego lepszego, który los ci właśnie zesłał. Wszystko jest kwestią otwartości umysłu, polegania na instynkcie, szybkiej weryfikacji sytuacji, zaufania do własnych decyzji i nieprzywiązywania się do planów, ba właściwie to nietworzenia żadnych planów, bo myk polega na tym, żeby się poddać drodze i czerpać z niej jak najwięcej, niezależnie od tego, co ta ze sobą niesie. Piękny sposób na życie, twórczy i oszałamiający, radosny i sprzyjający, pozbawiony oporów i uprzedzeń, pełen umiejętności radzenia sobie z lękiem i własnymi słabościami, odkrywczy i bardzo pouczający. Same plusy, jakkolwiek na to nie patrzę.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

A po kolei? Oj, po kolei i niepomijając niczego będzie trudno, bo ilość nagromadzonych doświadczeń, przeżyć i przygód, przerósł już po trzech dniach możliwości mojej własnej wyobraźni (a tej mam co nie miara) i zostałam wciągnięta w totalnie nieprawdopodobny wir przypadków i zdarzeń, które zakręciły mną na tyle, że zupełnie straciłam poczucie czasu i rzeczywistości. Mówi się, że przyciągasz to o czym śnisz i myślisz, a skoro tak, to wolę nie śnić i nie myśleć, co jeszcze może się wydarzyć! Bo to kompletnie i dosłownie przerażające jest… Jak powiedział mi kiedyś ś.p. Kacper, możliwości są dużo bardziej przerażające, niż rzeczywistość… LoL. 😀

Yellowstone, Old Faithful.

Yellowstone, Old Faithful.

Grand Canyon of Yellowstone.

Grand Canyon of Yellowstone.

Zaczęłam w Revelstoke 2 lipca około 10 rano. Luie-Marc, u którego mieszkałam i pracowałam przez te ponad dwa miesiące tam, podwiózł mnie na drogę wylotową w stronę Nelson w południowej części British Columbia w Kanadzie. Przeszłam kawałek, bijąc się z myślami i obawami, po czym, trudno nie darmo, wyboru nie miałam, więc raz kozie śmierć. Pozbawiona bagażu, który umieściłam w odległości jakiegoś metra od drogi, stanęłam i zaczęłam machać łapką w kierunku mijających mnie samochodów. Pierwszy zatrzymał się chłopak, ale jechał tylko w stronę szlaku wspinaczkowego w niewielkiej odległości od miejsca w którym stałam, więc tylko wymieniliśmy kilka zdań i uśmiechów. Potem zatrzymał się lokalny mieszkaniec Reveltoke, jechał też niedaleko, ale zawsze jednak kawałek i to pod górkę, więc się zabrałam. Wreszcie zatrzymał się Corry, 40 letni Kanadyjczyk, w drodze do domu, oddalonego jakieś pół godziny od Nelson i… Pierwsze, co zrobił, jak już wsiadłam to poinformował mnie, że właśnie zamierzał zapalić jointa i czy mam ochotę. Super, jak się ma szczęście to po całości.. A tak na poważnie, po pierwsze w Kanadzie (zresztą tak jak i w Stanach), marihuana jest bardzo popularna (w Vancouver możesz nawet dostać na nią receptę od… psychologa… ;)), choć nie do końca legalna, i absolutnie, ale to absolutnie jej palenie nie świadczy o człowieku wiele więcej, aniżeli zamiłowanie do zimnego piwa w gorący letni wieczór. Po drugie, ja oczywiście odmówiłam, nie dlatego, żebym miała coś przeciw, ale w Vancouver miałam zły „trip” po paleniu, które kompletnie ścięło mnie z nóg, a jako, co by nie było, rozsądna autostopowiczka, przede wszystkim muszę zachować czystość umysłu i pełną świadomość swojego ciała i otaczających mnie wydarzeń. Tym samym niezbyt poruszona, jechałam dalej, ale dalej była historia o więzieniu, utracie wszystkiego i zaczynaniu swojego życia od początku. I tu zaczyna się kłopot, bo umysł zaczyna pracować na 100% obrotach, z jednej strony słuchasz opowieści, widzisz człowieka, który nie wzbudza w tobie większych podejrzeń, a wręcz przeciwnie, ale z drugiej jedyne, o czym myślisz i co w swojej głowie procesujesz, to odpowiedź na pytania „czy jestem bezpieczna, czy można mu zaufać, czy powinnam grzecznie, a jednak tak szybko jak się da podziękować i wysiąść”? Człowiek toczy sobie swoją własną historię, ciekawą bez dwóch zdań, ale ty toczysz swoją i na niej się skupiasz.

Yellowstone River.

Yellowstone River.

I właśnie na tym polega cała sztuka zaufania. Po pierwsze ufasz tylko sobie i własnym ocenom, polegasz na instynkcie samozachowawczym i pewnej, wewnętrznej ocenie sytuacji. Nie ma takiego zaufania w zewnętrznym świecie, które nie wypływałoby z wewnątrz. Nie możesz prawdziwie zaufać nikomu i niczemu, jeśli nie ufasz samemu sobie. Kiedy zostajesz, to uspokajasz umysł, nie potrzebujesz produkowanego przez niego stresu. Kiedy tak czujesz, choćby przez najmniejszy ułamek sekundy, w pierwszym sygnale z nieświadomości, uciekasz bez odwracania się za siebie i nigdy, ale to nigdy, tego nie kwestionujesz. Zostałam. Tak czułam. Dojechałam do samego Nelson, przy okazji poznając człowieka bliżej i zaliczając dość oczywisty, aczkolwiek neutralny, podryw. Na propozycję noclegu, odpowiedziałam nie, bo wolałam i chciałam zostać w hostelu i nie prowokować losu, jeszcze bardziej. Jeśli coś zbudowałam przez te ostatnie 2 lata podróżowania, to głęboką i niezachwianą pewność siebie i wewnętrzną siłę. Pewność siebie nie w sensie arogancji i niczym niezmąconej wiary w zdolność „przenoszenia gór” („shit” wciąż „happens” i nic do końca pewnym nie jest), ale właśnie zaufania do decyzji, które podejmuję, życia, którym żyję, uczuć, które przeżywam i wyborów, których dokonuję, tylko i wyłącznie w zgodzie z sobą. Siły, która nie jest postawą nieznoszącą sprzeciwu, opartą na mięśniach, czy jakichkolwiek dogmatycznych przekonaniach (nadal wiem, że w gruncie rzeczy nic nie wiem), nie nosi kamiennej twarzy, nie ma potrzeby przekonywania do siebie innych i nie wyrzeka się błędów, ale takiej, która wie, że to, co wie i kim jest w zupełności jej w życiu wystarczy. Jeśli upadnę, to wiem, że się podniosę. Jeśli zabłądzę, to wiem, że się odnajdę. Jeśli sama się pokaleczę, albo pokaleczy mnie ktoś inny, to wiem, że tę ranę wyleczę. Wreszcie, co ostatnimi czasy przytoczyła mi moja przyjaciółka Aneta, jeśli napotkam problem z którym sobie nie mogę poradzić lub którego nie potrafię rozwiązać, to znaczy, że to nie jest mój problem. 😉

Pinedale, Wyoming.

Pinedale, Wyoming.

Z Nelson przekierowałam się prosto w stronę granicy z USA, i była to jedna z najdłuższych i najbardziej wyczerpujących dróg. Przemieszczałam się powoli, małymi kawałkami, łącznie zaliczając 6 podwózek. Granicę po raz kolejny przekroczyłam pieszo i znalazłam się na pustkowiach Idaho w najgorszy z możliwych dni, bo 4 lipca, kiedy wielu Amerykanów podróżuje i ciężko znaleźć w małych miasteczkach jakikolwiek nocleg. Ostatnia zabrała mnie starsza Pani, skonsternowana mocno moja sytuacją, która za swój własny cel przyjęła znalezienie mi jakiegoś noclegu. Zatrzymywała się przy każdym motelu, hotelu, czy kampingu, żebym mogła sprawdzić dostępność miejsc. Była w swoim postanowieniu zakwaterowania mnie jak najszybciej, dużo bardziej zdeterminowana, niż ja, co było tak samo urocze, jak i irytujące. Koniec końców dopięła swego, a ja wylądowałam na kampingu nad Niebieskim Jeziorem, w pobliżu Bonners Ferry, spędzając noc pod chmurką, na hamaku, bo wtedy jeszcze namiotu nie posiadałam. Następnego dnia wyszłam na drogę w przekonaniu, że przez Sandpoint, chcę dojechać i zatrzymać się w Coeur d’Alene. Zabrała mnie przesympatyczna kobieta z nastoletnim synem, jadąca do miasta w poszukiwaniu przenośnej lodówki, której potrzebowała do przechowywania produkowanego przez siebie koziego sera, podczas jego sprzedawania na okolicznym targu. Obwiozła mnie dookoła całego miasta w poszukiwaniu jakiegoś hostelu, którego jak się okazało nigdzie, ale to nigdzie w tych okolicach znaleźć się nie da. To największy ból tej podróży, w całym Idaho, Montanie i Wyoming coś takiego, jak hostel nie istnieje, a ludzie nie wiedzą nawet o co pytasz. W takich okolicznościach zdecydowałam się ruszyć dalej, w kierunku Missoula już w Montanie. Z autostrady zabrał mnie młody chłopak, który jako kolejny zawiózł mnie dalej, aniżeli miejsce do którego sam zmierzał, tylko dlatego, że mnie polubił i spodobało mu się moje towarzystwo. LoL! 🙂

Pinedale, Wyoming.

Pinedale, Wyoming.

Dotychczasowe szczęście, które miałam podczas tej drogi, postanowiło mnie zaskoczyć dnia następnego, przerastając moje najśmielsze oczekiwania. Od samego początku wiedziałam, że główną atrakcją, jaką chcę zaliczyć w czasie tej podróży jest Park Yellowstone. Zakwaterowana w motelu w Missoula szukałam najlepszej opcji wylotowej i stawiałam na Jackson w Wyoming. Ceny były porażające, ja kompletnie niezorientowana i przerażona. W którymś momencie się poddałam, zamknęłam komputer i powiedziałam sobie, jakoś to będzie, jakoś na pewno sobie poradzę jak już na miejscu się znajdę, i zobaczę to, co chcę zobaczyć. Z takim nastawianiem następnego rana umiejscowiłam się na drodze wylotowej w kierunku południa i, nie zdążyłam się nawet odwrócić, a zatrzymał się Paul zmierzający ze swoim młodym pomocnikiem i 10-letnim synem do pracy we wschodnim Wyoming. Paul zakłada podłogi w szkolnych salach gimnastycznych, zwłaszcza tych posiadających boisko do koszykówki, podróżując przy tym po różnych stanach. Bardzo szybko przeanalizował drogę, którą planowałam przejechać i plan, który chciałam zrealizować, po czym zaproponował, że zabierze mnie do Gardiner w Montanie wprost do północnego wjazdu do Parku. Ba, jako, że dla niego droga w sumie nie stanowiła większej różnicy postanowił wjechać do samego parku, przez co jeszcze tego samego dnia umiejscowiłam się w Mammoth Hot Springs Campground, dorabiając się wreszcie własnego namiotu i poznając, biwakującego obok Australijczyka Josha, z którym połączyłam dalszą wędrówkę.

Pinedale, Wyoming.

Pinedale, Wyoming.

Przez Yellowstone podróżowaliśmy w sumie 5 dni, spędzając 4 noce na kampingach, gdzie zamarzałam na śmierć i ledwo spałam. Wszystko to rekompensowały widoki, zachwycająca różnorodność natury i niesamowite dzikie życie. Udało mi się wreszcie zobaczyć niedźwiedzia, najpierw czarnego w drodze do Grand Yellowstone Canion, i wreszcie w samym kanionie gryzli. Ostatnią noc spędziliśmy już za Old Faithful, gdzie jak się okazało nie ma kampingu, a które jest siedliskiem największej liczby gejzerów, które przez to tylko pobieżnie udało nam się zobaczyć, w Grant Villege. Były trekkingi, było wspólne piwo i opowieści, było granie w karty i popalanie tego i owego.. Piękne miejsce, dobre towarzystwo, cudowne chwile. Z samego Yellowstone wydostaliśmy na przyczepie vana, w deszczu, wietrze mrożącym krew w żyłach, struchleli z zimna, a jednak z uśmiechem na twarzy. Niesamowite jest jak to życie się toczy. Dotarłam w końcu do Jackson, jak początkowo planowałam, spędziłam z Joshem noc w motelu (i chwała losowi za to, bo ceny tam były tragicznie, przy czym podzielone na dwa, choć ciężko, jednak znośne), zaliczyliśmy prawdziwy kowbojski bar, wreszcie się porządnie umyłam i wyspałam. Następnego dnia planowaliśmy spróbować dostać się jak najbliżej Denver i Colorado. Mnie czas gonił ze szkoleniem w Loveland, Josh chciał dotrzeć do pierwszej świątyni buddyjskiej w USA w Boulder i zatrzymać się tam na kilka dni. Trzy podwózki i znaleźliśmy się w Pinedale w Wyoming, gdzie odbywało się coroczne rodeo i … zostaliśmy literalnie porwani przez wóz konny z grupą białych Indian i piwem lejącym się jednym, niekończącym się strumieniem. No wiecie, pewnym okazjom się nie odmawia, nigdy! I tak zaliczyliśmy prawdziwe amerykańskie rodeo, super imprezę, noc w namiotach na stronie, a Josh nawet udział w pokerze z bykiem (Bull Pocker). Marzenie, po prostu marzenie, o którym nigdy nie marzyliśmy. 😉

Pinedale, Wyoming.

Pinedale, Wyoming.

Następnego rana ustaliliśmy, że ruszamy dalej. Poszłam do miasta po kawę i jakieś śniadanie, a Josh miał w tym czasie posprzątać namioty i przygotować się do drogi. Kiedy wróciłam już go nie było. Namioty stały nieruszone, a chłopak przepadł jak igła w stogu siana. Najpierw martwiłam się, że coś mu się stało (ja – naiwna kobieta, która dalej wierzy w męskie poczucie odpowiedzialności ;)), trochę szukałam, pytałam ludzi, czekałam jakieś 1,5 godziny. Wreszcie ktoś doniósł mi, że widział go w mieście pod jednym z pubów. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy jednak wściekać. Cóż przepadł to przepadł, mężczyzna, jak to mężczyzna, jak i się znalazł, tak i się zgubił. Spakowałam się i ruszyłam dalej sama. Dość szybko udało mi się złapać podwózkę do Rocky Springs, gdzie po wspólnym lunchu z około 30 letnimi Nickiem (jakoś tak w większości przypadków jestem podwożona przez samotnie podróżujących mężczyzn, ciekawe dlaczego? ;)), wylądowałam na stacji benzynowej na drodze wylotowej w stronę Cheyenne, leżącym niemal na granicy Wyoming i Colorado. Podszedł tam do mnie chłopak z dolarem w ręku, prosząc o papierosa. Oczywiście dałam, pieniędzy nie wzięłam i zapytałam, wszak to rzecz podstawowa, gdzie jedzie, bo ja potrzebuję tam i tam. Niby nie po drodze, ale jak na pytanie skąd jestem odpowiedziałam, że z Polski, co się okazało? Ano, Polak, Krzysiek z Białegostoku, mieszkający w Chicago od 17 lat i jeżdżący po całych Stanach na ciężarówce. Tym sposobem do Cheyenne dojechałam w prawdziwym, wielkim amerykańskim truck’u w rytm polskiego, jarego i nadal tak samo pociesznego dico-polo! LoL!!!!! 😀

Pinedale, Wyoming (Bull Pocker).

Pinedale, Wyoming (Bull Pocker).

Już na miejscu, w jednym z moteli w Chayenne, wreszcie dokładnie sprawdziłam dokąd właściwe zmierzam (wszak na kurs zapisałam się niemal rok temu i jakoś wcześniej nie było, ani czasu, ani powodów ;)) i ku memu wielkiemu zdziwieniu odkryłam, że Loveland, gdzie mam kurs, znajduje się mniej więcej w połowie drogi do Denver, więc pomysł z dotarciem tam od początku był chybionym. Rano zadzwoniłam do centrum konferencyjnego i zarezerwowałam pokój na dodatkową noc, po czym ruszyłam w kierunku autostrady, bo muszę przyznać podróżowanie autostopem jest wyjątkowo uzależniające. Po około 10 minutach zatrzymał się Meksykańczyk, któremu dobrze z oczu patrzyło i który zmierzał nie gdzie indziej, jak do Loveland właśnie. Loveland to całkiem sporej wielkości miasto, z urokliwym jeziorkiem w samym centrum i drogą wprost do Parku Narodowego Gór Skalistych (Rocky Mountain National Park). Sunrise Ranch, w którym odbywa się kurs, jest u samego podnóża gór, na dalekim krańcu miasta. Wysadzona w odległości wciąż kilku konkretnych mil od miejsca przeznaczenia i nieświadoma jego rzeczywistego położenia, zaczęłam dzielnie dreptać przed siebie, by po 5 minutach zainteresować sobą, przejeżdżająca obok swoim małym kabrioletem, Marry. Zatrzymała się, zapytała, gdzie zmierzam i choć nie wiedziała, gdzie to, to planów własnych nie miała, a mój plecak wydawał jej się wystarczająco ciężkim, żeby zaoferować pomoc. I tak, po 11 dniach podróży siedzę sobie, jak się okazało, w centrum spirytualnego odnowienia i piszę to, co piszę, choć mi samej wciąż w większość tych opowieści trudno uwierzyć.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Yellowstone, Mammoth Hot Springs.

Mapa.

Mapa.

Życie bywa fascynująco zaskakujące. Czasami wystarczy się poddać, odpuścić planowanie i kontrolowanie przepływu zdarzeń, a droga sama nas poprowadzi. Największe zrozumienie istoty życia, przychodzi wtedy, kiedy nie próbujemy go zrozumieć. Największym uzdrowieniem dla naszego ducha jest pozwolenie mu wykonać całą pracę za nas. Największą radością z tworzenia, jest dać się pochłonąć sile zdarzeń i zaufać ścieżce własnego przeznaczenia. Największą inspiracją w drodze przez życie jest spontaniczność, zabawa, ruch, taniec w rytm muzyki zwariowanego serca i pozytywnej energii, która przez nas przepływa. Podróż autostopem, tak bardzo przerażająca, niosąca tak duże ryzyko i budząca niepokój o mnie wśród najbliższych mi osób, okazała się moim największym dotychczas szczęściem. Moje szaleństwo, moje błogosławieństwo. Moje życie, którego nie zamieniłabym na żadne inne. Wystarczy tylko odrobina odwagi i serce wypełnione miłością. Czy zatrzymasz się kiedyś na drodze i dasz się zadziwić losowi?

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Kanada/USA: Dziewczyna na drodze.

  1. Moniqua pisze:

    Podziwiam! Podziwiam za odwagę i pewność swoich decyzji!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s