Kanada: Czego pragnie kobieta?

„Kobieta nie może poprawić stanu świadomości społeczeństwa, mówiąc po prostu: „Zmień się”. Może jednak zmienić swój stosunek do siebie, nie przyjmując obraźliwych projekcji. Dokona tego, akceptując na powrót swoje ciało. Dokona tego, nie wyrzekając się radości ze swojej naturalnej urody, odmawiając pędu za powszechnym złudzeniem, że szczęście należy się tylko osobom o pewnej sylwetce czy w pewnym wieku, nie ograniczając siebie w żaden sposób, przystępując do działania, żyjąc prawdziwie i na pełnych obrotach. Taka dynamiczna samoakceptacja i szacunek dla siebie dadzą początek zmianie postaw dominujących w społeczeństwie”.

Clarissa Pinkola Estes, „Biegnąca z wilkami”.

Revelstoke, BC, Kanada.

Revelstoke, BC, Kanada.

Kobieta współczesna wydaje się być wreszcie wolną. Ma prawo decydowania o samej sobie, kształcenia, robienia kariery, układania sobie życia wedle swoich własnych zasad. Ma prawo wyboru, jest chroniona wielością ustawowych zasad równości płciowej i braku dyskryminacji społecznej. Wielokrotnie słyszałam od mężczyzn, a także i kobiet, że nie wiadomo o co nam, wszystkim feministkom, jeszcze chodzi, dostałyśmy to czego chciałyśmy przez stulecia pomniejszania i upodlenia. Samo słowo „feministka” stało się obecnie swoją własną karykaturą. Banda niespełnionych, niekochanych, rozkapryszonych kobiet, zaprzeczających naturalnemu porządkowi życia społecznego, sprzeniewierzających się świętej pobożności i religijności, wyrzekających się własnej kobiecości. Dywagacje na temat „gender”, w których  wielu ochoczo się wypowiada, kompletnie nie rozumiejąc o czym mówi, bo kierując się głęboko zakorzenionymi stereotypami, uprzedzeniami i projekcjami, sprowadzającymi całą argumentację do podprogowego skwitowania „kolejna fanaberia dzisiejszych czasów i współczesnych rozhisteryzowanych kobiet”, oraz udowadniając w ten sposób, jak bardzo ta dziedzina nauk w Polsce jest potrzebna.

Revelstoke.

Revelstoke.

Cały zeszły rok był w gruncie rzeczy moją własną wewnętrzną pracą nad odpowiedzią sobie na pytanie, czego sama tak naprawdę pragnę, i walką, nierówną walką, z kompleksami i stereotypami, tak głęboko zakorzenionymi, a zdawałoby się niewinnymi, że większość czasu upłynęła mi, na samym ich rozpoznaniu. Kiedy po obronie pracy magisterskiej dzwoniłam do swojej babci, usłyszałam, jakże znamienne „no bardzo się cieszę, ale”… Czegokolwiek w swoim życiu nie robiłam, jakkolwiek się nie starałam i niezależnie od tego, jak wiele osiągnęłam, towarzyszyło temu, zawsze i wszędzie, to jedno nieubłagane, prześladujące mnie „ale”. „Ale” – co z rodziną, co ze związkiem, co z dziećmi, co z tradycją, co z religią, co dalej… W czasie tegorocznych świąt bożonarodzeniowych usłyszałam, jakże znamienną wypowiedź jednej z ciotek, „wiesz Madziu, nie zmienisz tego, że każda matka chce dla (choć pewnie bardziej od) swojego dziecka przede wszystkim ustatkowania, czyli wnuków”. Przy wspólnym stole moja siostra w pierwszej kolejności usłyszała, że to nieodpowiedzialne, że pije alkohol, ma przecież dziecko, którym musi się zająć. Nieważne, że w domu było 20 innych dorosłych osób, w tym także ojciec dziecka, atak był jasny i przejrzysty „co z ciebie za matka”. Na całe szczęście siedziałam obok, nie pijąca i mocno uwrażliwiona na tego rodzaju uwagi i komentarze, zamykając sprawę jednym zdaniem „jest tu też matka chrzestna dziecka, która nie pije i bardzo chętnie siostrę zastąpi”.

Revelstoke.

Revelstoke.

W owym czasie przez Polskę przetoczyła się, nie pierwsza zresztą, fala dyskusji na temat statusu nauczyciela. Moja siostra jest nauczycielką, więc tak, z pewnością można powiedzieć, że zaangażowałam się w nią także emocjonalnie. Nie będę się wypowiadać, jakoś szczególnie w tej kwestii, głęboko zasmucało mnie tylko jedno, cała ta debata przede wszystkim prezentowała mi ludzką zawiść i zazdrość w myśl świętej zasady „dlaczego ktoś ma mieć lepiej niż ja i to za moje podatki”, niezależnie od najbardziej racjonalnych argumentów. Kiedy rozmawialiśmy o tym w czasie Świąt, siostra w sposób naturalny wyraziła swoją osobistą frustrację z tego powodu, bo ma tego pecha, że jest nauczycielką z powołania, zawsze o tym marzyła i mocno angażuje się w swoją pracę, taka „Siłaczka” trochę. Została za to zbesztana do granic, jakiejkolwiek wrażliwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Zdeptana nie do przebicia ocenami „naiwna, nieprzystosowana, nierozgarnięta”. Ja mam to szczęście, że prezentuję dość mocny charakter, potrafię odbić piłeczkę z prędkością błyskawicy i to w sposób na tyle dosadny, że mało kto ma odwagę, choćby próbować oceniać to, jak żyję. Podprogowo oznacza to, że dawno już zostałam spisana na straty w kwestii mojego „przystosowania” i nie ma po co niepotrzebnie „kruszyć kopi”. Co się za tym kryje, no proste przecież, gdybym chłopa miała „szajba” by mi, aż tak do głowy nie uderzała… I nie mówię tutaj o „kto ma rację, a kto nie”, to co wyczuwam niemal natychmiast jest energia poglądów i dyskusji. Jestem chodzącym radarem energetycznym, od razu wiem, co jest mówione z zabarwieniem „negatywnym”, a co „pozytywnym”, gdzie w każdej równej dyskusji zabarwienie winno być „neutralne”. „Neutralnego” zabarwienia w polskim życiu publicznym, rodzinnym i nawet przyjacielskim, ze świecą szukać.

Revelstoke.

Revelstoke.

Podczas wyprawy do Meksyku dużo rozmawiałam z Dorotą, co oczywiste, o tym czego szukamy, pragniemy, co nas boli i co nam doskwiera. Bardzo wiele nas łączy, ona także przyjechała do Warszawy z małej miejscowości, ma „tradycyjnie” nadwątloną historię rodzinną, kocha podróżowanie, podobne doświadczenia związkowe, identyczne błędy naiwności emocjonalnej i tą samą naturalną spontaniczność. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale Dorota jest jedną z tych niewielu osób przy których czuję totalną swobodę „bycia”. Jest „neutralna” właśnie w stosunku do wszystkiego, o czym jej mówię i co robię. Piękna cecha, której sama wciąż się uczę. W każdym razie któregoś wieczoru powiedziałam jej o uwadze, którą usłyszałam przed wyjazdem, od jednego z kolegów. Chodziło o warszawski rynek matrymonialny, który jak się okazuje jest dość jasno w męskim świecie zdefiniowany i nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, o co gra się toczy. Otóż, kobiet takich jak my w Warszawie jest bez liku, ambitnych, które wyrwały się ze skapciałych wsi i próbują układać sobie nowe, lepsze życie. Problem polega na tym, że ich ilość nie odpowiada ilości im podobnych mężczyzn. Sama mogę potwierdzić, że z mojego rocznika wielu zostało, tam gdzie było, pijąc nadal to samo piwo pod wiejskim sklepem. Wszystkie one w sposób naturalny szukają także miłości i chciałyby stworzyć normalny, udany i partnerski związek. Tylko gdzie tu szukać, jak nie bardzo jest w czym wybierać? „Ryczące trzydziestki w których można przebierać jak w ulęgałkach, walczące miedzy sobą o każdego chłopa, niezależnie od jakości, jaką ten sobą reprezentuje”, taka była konkluzja tamtej wypowiedzi, takie miało być postrzeganie mężczyzn. Z wielkim smutkiem i niewyobrażalną wręcz bezsilnością w głosie tego pamiętnego wieczoru w Meksyku powiedziałam, „rozumiesz Dora, jesteśmy niczym więcej, jak ulęgałkami”… A potem, zwyczajowo, się wściekłam.

Revelstoke.

Revelstoke.

W konsekwencji wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu przez ostatnie dwa lata, byłam przez cały grudzień, i w sumie także styczeń i luty, na granicy własnej wytrzymałości, „wkurwiona” na otaczającą mnie rzeczywistość tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Był to zdecydowany postęp, już nie pogrążona w depresji i melancholii, nie dokopująca się nieustannie problemu w sobie, i przykro mi bardzo za słownictwo, ale nie byłam też ani zdenerwowana, ani poirytowana, ani zawiedziona czy sfrustrowana, a „wkurwiona”. Najzwyklej w świecie „wkurwiona”, w dupie mając powiedzenie, że „złość urodzie szkodzi”, bo nader często złość tej urodzie sprzyja. W którymś momencie do wybuchu doprowadził mnie głupi i bezmyślny post na Facebooku, prezentujący zdjęcie stołu z dwoma nakryciami, dwie lampki wina i dwa talerze spaghetti, oraz kota siedzącego naprzeciwko domyślnej kobiety, podpisany „Kolacja silnej i niezależnej kobiety”. Trafiał w samo sedno prześladującego mnie odkąd pamiętam „ale”, w samo sedno moich kompleksów, lęków i obaw, w sposób oczywisty zawsze wywołujących w moim wnętrzu głos podkopujący i kwestionujący mnie samą, karcący, podważający moje poczucie wartości i obniżający radość z całej reszty. Potrzebowałam siły własnego gniewu, żeby ten głos ostatecznie rozgromić. Potrzebowałam własnych emocji, tych najciemniejszych, instynktu samozachowawczego wypływającego z mrocznej nieświadomości, który skopałby przeciwnika do jego ostatniego tchu, zamieniając go w popiół i uwalniając mnie raz na zawsze od wszelkiego rodzaju projekcji, czy to własnych, czy też kulturowych. Podważyłam wszystko, zaczęłam zadawać pytania na które dotychczas brakowało mi odwagi, kwestionowałam dla zasady każdą jedną generalizację na jaką się natknęłam. I znalazłam odpowiedź na tytułowe pytanie, „czego kobieta tak naprawdę pragnie”.

„(…) wiele kobiet ma wewnątrz „głodną kobietę”. Ale nie jest to głód konkretnych wymiarów, sylwetki czy wzrostu, nie jest to pragnienie dopasowania do stereotypu. To głód elementarnego szacunku ze strony otaczającej kultury. Owa „głodna” w kobiecie łaknie poszanowania i akceptacji, a nie ciągłego przyrównywania do stereotypów. Jeśli rzeczywiście można mówić, że kobieta w środku krzyczy, to krzyczy ona, by inni zaprzestali pogardliwego rzutowania swych projekcji na jej ciało, twarz, wiek”.

Clarissa Pinkola Estes, „Biegnąca z wilkami”.

Revelstoke.

Revelstoke.

Każda kobieta, niezależnie od tego, jaką ma pracę, status społeczny i finansowy, czy też wykształcenie, pragnie przede wszystkim jednego, szacunku. Szacunku dla tego kim jest, jaka jest i jak wygląda. Szacunku dla tego, co robi, co czuje i co myśli. Szacunku dla swoich emocji, rozważań i konkluzji. Szacunku dla własnych starań, wysiłków, błędów i upadków. Szacunku dla osiągnięć, wyborów i drogi, którą przeszła i którą idzie. Szacunku dla jej pragnień, oczekiwań i marzeń. Szacunku dla wartości w które wierzy i które są jej drogie. Elementarnego szacunku i akceptacji dla człowieka, którym przede wszystkim jest. I najważniejsze, każda kobieta w pierwszej kolejności sama sobie musi ten szacunek dać. Mówić o nim głośno, wyraźnie i bezkrytycznie w swojej własnej głowie, sercu i duszy. Podnosić wysoko głowę w jego imieniu i pewnie krocząc swoją własną drogą. Domagać się go od innych, prezentując postawę szacunku do samej siebie w każdym miejscu i każdej sytuacji. Zadawać pytania, nie bać się ciemności, kwestionować, co tylko się da i formułując swoje własne odpowiedzi, konkluzje i światło, rozjaśniające największe mroki. Ty sama dla samej siebie możesz zmienić to, co tylko chcesz. To jest twoje życie, bądź tym kim jesteś i bądź z tego, do jasnej cholery, dumna!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Kanada: Czego pragnie kobieta?

  1. Magg pisze:

    przeczytalam do konca, wrecz z ciarkami na skorze 🙂 super, potrzebowałam takiego tekstu!

  2. Justyna pisze:

    Trafiłaś w samo sedno!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s