Kanada: W imieniu prawdy.

„The most beautiful people we have known are those who have known defeat, known suffering, known struggle, known loss, and have found their way out of the depths. These persons have an appreciation, sensitivity, and an understanding of life that fills them with compassion, gentleness, and a deep loving concern. Beautiful people do not just happen”.

Elisabeth Kubler-Ross.

„Najpiękniejsi ludzie, jakich poznaliśmy, to Ci którzy doświadczyli porażki, cierpienia, zmagania, utraty i którzy odnaleźli swoją drogę z otchłani. Te osoby potrafią doceniać, są wrażliwe i rozumieją życie, co wypełnia ich współczuciem, delikatnością i głęboką kochającą troską. Piękni ludzie nie zdarzają się tak po prostu.”

Elizabeth Kubler-Ross

 

image3

Sam, Robson Square, Vancouver.

Byłam mocno zaskoczona i miło wzruszona odzewem, jaki wywołał mój krótki wywiad, udzielony dla portalu „Kobieta po 30”. Serce rośnie, kiedy słyszy się słowa podziwu i pochwały, dla tego w co włożyłyśmy tak wiele trudu, ofiary i jakże niekiedy ulotnej nadziei. Docenienie tego, co robimy, a nawet chyba bardziej, tego, jak żyjemy, jest balsamem kojącym dla naszej duszy. Jestem wdzięczna za każde słowo, gest i uśmiech, które są wynikiem mojej pracy, pracy nad stworzeniem sobie takiego życia, jakiego pragnę. Pojawiły się przy okazji też słowa niedowierzania, powoływania się na pieniądze, których z założenia muszę mieć bez liku, żeby żyć tak jak żyję, oraz szczęścia, którego większości brakuje. Są chwile, kiedy samej mi trudno w to, co się dzieje i działo, uwierzyć. Moim celem nigdy nie było zadziwić innych, nigdy też nie traktowałam, ani siebie, ani swojego życia, jako czegoś niezwykłego. Teraz jednak, patrząc wstecz, na całą swoją historię i drogę, którą przeszłam, coraz częściej widzę, że mam wiele powodów do dumy, wiele do zaoferowania i jeszcze więcej przed sobą. Cóż, uniosłam jakoś cały ten ciężar, przetrwałam, by się znowu odrodzić. Bez wątpienia mam bardzo dużo szczęścia w życiu, ale też to szczęście bardzo dużo mnie kosztowało i nadal kosztuje. I nie piszę tego, żeby kogokolwiek zniechęcić, ale żeby uświadomić, że to szczęście, o którym tak wszyscy błogo marzą, jest jak wszystko w życiu, bardzo złudne i ulotne w naszym jego wyobrażeniu.

Vancouver.

By Science World, Vancouver.

Pochodzę z małej, robotniczej wsi pod Włocławkiem. Życie tam przez lata kręciło się wokół Cukrowni i kilku okolicznych mieszkań zakładowych. Oboje moi rodzice pracowali tam i oboje w momencie przemian, niemal z dnia na dzień tę pracę utracili. Mama była i myślę, że nadal jest, chociaż niestety już w to zupełnie nie wierzy, osobą ambitną, która chciała realizować się zawodowo. Tata, wychowany w wielodzietnej rodzinie w gospodarstwie rolnym, raczej nigdy nie podzielał jej zapału, do zdobycia czegoś więcej. Jak to w życiu i w tamtych czasach, poznali się na zabawie wiejskiej i przypadkowo, standardowo dla lat ’70 Polskiej Republiki Ludowej, dorobili się bardzo szybko „zamykającego sprawę balastu” w postaci mojej siostry. Marzenie mamy o studiach pedagogicznych odeszło w zapomnienie, liceum ogólnokształcące i matura, w zupełności wystarczyły, żeby mieć w miarę dobrą pracę i spokojne życie. Tacie to nie przeszkadzało, jako mechanik samochodowy, w gronie sobie podobnych naokoło, przy świętej wódeczce każdego dnia po fajrancie, miał wystarczająco, żeby w ogóle nie marzyć. A może tak mi się wydaje? Nie wiem, bo rzadko cokolwiek o sobie opowiada, z domu rodzinnego wyniósł ogromną niezdolność emocjonalno-uczuciową w każdym jednym względzie.

Vancouver.

Bus&Train Station, Vancouver.

Mama, co innego, jest wrażliwa, często słyszę, że to po niej odziedziczyłam swoją skłonność nadmiernego analizowania i przeżywania wszystkiego, i nie jest to komplement. Mamę, wychowywała samotnie moja babcia, kolejna niezwykła kobieta o zachwycającej sile ducha, z którą życie obeszło się niestety bardzo surowo. Babcia była w 9 miesiącu ciąży, kiedy zmarł jej ukochany mąż. Wcześniej zdążyła pochować już swojego pierworodnego syna. Miała swój dom, który własnymi rękoma budowała, ramię w ramię, ze swoim tatą, i całe swoje dorosłe życie ciężko pracowała we włocławskiej celulozie. Tam też poznała dziadka i w roku 14 urodzin mamy, wyszła ponownie za mąż, a na świecie pojawił się ich syn. Dziadek był rozwodnikiem, co dla głęboko wierzącej babci, oznaczało permanentne upokorzenie, wynikające z ciemnoty wiejskiej społeczności katolickiej. Komunię Świętą bez wstydu mogła zacząć w lokalnym kościele przyjmować, dopiero w latach swojej oczywistej starości, kiedy podczas spowiedzi, nie wzbudzając podejrzeń, zaczęto ją z tego rozgrzeszać za „niewspółżycie z małżonkiem”. Obaj moi dziadkowie, a także mój tata w pewnym okresie czasu, dużo pili i bywali agresywni po wódce, jak to na chłopa w tamtych czasach przystało. Babcia pamiętała jeszcze wojnę i przymusowe roboty dla Niemców, pamiętała wszystko, o czym nigdy nie mówiła, a co dołożyło się do trudnej do udźwignięcia dla niej samej i dla nas, depresyjno-melancholijnej demencji starczej w ostatnich latach jej życia. Zmarła, w gruncie rzeczy z głodu, nieprzytomna, z żyłami wykluczającymi możliwość wkłucia kolejnej kroplówki. Chociaż ciało już od dawna odmówiło posłuszeństwa, serce do końca zbyt mocno biło. Byłam wtedy w Anglii i nie mogłam uczestniczyć w pogrzebie.

Vancouver.

Robson Square, Vancouver.

Jestem dzieckiem pokolenia Stanu Wojennego w Polsce. Długie przerwy w dostawie prądu, przyzwyczajenie do ciągłego niepokoju i stagnacji społecznej, przyczyniły się bez dwóch zdań do faktu, że rocznik ‘83 okazał się wyjątkowo płodnym. Tata, był mocno zawiedziony faktem, że urodziła się druga córka, a ja chyba instynktownie od małego próbowałam mu to zrekompensować. Wspólne chodzenie na ryby, oglądanie sportu w telewizji i szlakowanie każdego wydania „Wiadomości”, sprawiły, że byłam tak zwaną „córeczką tatusia”, chociaż z faktem mojej kobiecości, raczej zawsze było mu się trudno pogodzić. Dzieciństwo miałam w gruncie rzeczy sielankowe. Wieś, pobliskie jezioro i bajorko, gospodarstwo dziadków w odległości 4 kilometrów od naszego bloku, dostarczały niezliczonej ilości atrakcji i wrażeń, przez co w domu bywało się rzadko, z reguły po późno-wieczornych nawoływaniach Mam z okien. Tata pod koniec lat 80 pracował tymczasowo w NRD, przez co to wtedy właśnie odbyłam swoją pierwszą zagraniczną podróż. Do dziś pamiętam, jak we 3, mama, moja siostra i ja, przeprawiałyśmy się pociągiem, z przesiadką w Kutnie. Wynikiem tego, obie z moją siostrą miałyśmy w tamtym czasie niezliczoną ilość zabawek i słodyczy, o których większość naszych rówieśników mogła tylko pomarzyć. Wszystko się zmieniło po Transformacji ’89 roku. Cukrownia, jak wiele jej podobnych zakładów komunistycznych dość szybko upadła, pozostawiając większość okolicznych mieszkańców, w tym oboje moich rodziców, bez pracy. Rozpoczęło to dla nich okres, trwający w zasadzie do dziś, walki o przetrwanie, pogrzebując na zawsze niemal wszystkie ich nadzieje i marzenia oraz satysfakcję z życia, jako takiego.

image6

Court House, Vancouver.

Przedszkole i szkoła nie były dla mnie zbyt sprzyjającym otoczeniem i było mi trudno się tam odnaleźć, za to czas poza nimi, był czasem ciągłej włóczęgi na łonie natury, co wyjątkowo przyczyniło się do rozwoju mojej wyobraźni. W wieku 11 lat zaangażowałam się w działalność Uczniowskiego Klubu Sportowego i kolejne 4 lata upłynęły pod znakiem treningów, zawodów i obozów sportowych. Nie byłam, jakoś szczególnie utalentowana, ale od zawsze lubiłam ruch i jestem bardzo wdzięczna za wspomnienia i lekcje, przede wszystkim wytrwałości i ducha walki, z tego okresu. W okresie mojego dojrzewania było nam bardzo ciężko związać koniec z końcem. Trudności w przystosowaniu do zmian i ograniczone zasoby, odbiły się mocno na kondycji psychicznej rodziny. Mama bardzo długo zmagała się z depresją, a z tatą jedyne, co ją wtedy łączyło, to ciągłe awantury i obwinianie siebie nawzajem, o trudności finansowe. Skutkiem mojej wrodzonej empatii, był mój głęboki smutek, powracające histerie i wycofanie wewnętrzne, które sprawiły, że do dziś wspominam ten czas jako wyjątkowo traumatyczny. Miałam 15 lat, kiedy w moim zbuntowanym i pełnym zawiści sercu urodziło się bardzo butne postanowienie, na pewno tutaj nie zostanę, nie powtórzę życia mojej mamy i babci, a pieniądze, żebym nie wiem co, nigdy nie staną na drodze mojego własnego szczęścia.

image7

Vancouver.

Zrządzeniem losu, może szczęściem, w roku mojej matury, otworzono we Włocławku Wyższą Szkołę Zawodową, co rozwiązało finansowo wątpliwą kwestię mojej dalszej, dziennej nauki. Dostałam się na kierunek „Stosunki Międzynarodowe”, które z uwagi na wspomniane powyżej „nieustannie szlakowane Wiadomości”, okazały się mi być bardzo bliskie. Pokochałam studiowanie, naukę, ciągłe poszukiwanie informacji, odnalazłam przyjaciół i powoli, bardzo powoli zaczęłam wierzyć w swoje marzenia. Po obronie pracy licencjackiej jednak, podjęłam decyzję o odłożeniu studiów magisterskich w czasie, co było kompletnym zaskoczeniem dla moich bliskich. Nie pamiętam dokładnie w którym momencie urodziła się nowa inicjatywa w mojej głowie, pamiętam jednak, że była niczym objawienie i wiedziałam, że tędy droga. Najpierw powiedziałam mamie, na ławce przed blokiem, że zamierzam kolejny rok spędzić na stażu zawodowym, zaoszczędzić trochę, zrobić prawo jazdy i wyszlifować angielski, tak, żeby móc potem wyjechać zagranicę i zarobić pieniądze na moje nowe życie, już w Warszawie. Dokładnie tak też zrobiłam. Krok, po kroku, sumiennie, z pełnym przekonaniem i jeszcze większą determinacją. Pracowałam w lokalnym Urzędzie Gminy, najpierw jako asystentka w dziale świadczeń socjalnych, potem na umowę zlecenie w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej. Zarabiałam grosze, ale jako, że nadal mieszkałam z rodzicami, udało się mimo wszystko co nieco odłożyć i przede wszystkim samemu opłacić kurs prawa jazdy. Angielskiego uczyłam się sama, będąc regularnym gościem Gminnej Biblioteki Publicznej, która jak się okazało miała całkiem interesujące zasoby z tej dziedziny, i ówczesnego portalu Gazety Wyborczej „Polish your English”. W międzyczasie jeden z braci mojego taty, dostał przydział w holenderskiej jednostce NATO. Toteż w czerwcu następnego roku, jak się okazało ostatecznie, pożegnałam mój dom rodzinny i wyjechałam spróbować swojego szczęścia w Holandii.

image8

Train Station, Vancouver.

Polska była już wtedy członkiem Unii Europejskiej, ale nie wszystkie kraje członkowskie, w tym niestety także Holandia, otworzyły swoje rynki pracy dla Polaków. Po miesiącu zawiedzionych nadziei, podjęłam decyzję o zmianie na Wielką Brytanię. Powróciłam do Polski, zapisałam się do agencji Au Pair w Warszawie, dopełniłam wszystkich formalności i już w sierpniu tego samego roku, siedziałam, „obsrana ze strachu” (pierwszy lot samolotem i pierwsza podróż na własną rękę 😉 ), w samolocie do Londynu. W Anglii byłam rok, z jedną tylko przerwą – bożonarodzeniową – w domu. Zajmowałam się dwójką dzieci, siedmioletnim Alexem i jedenastoletnią Charlotte, uczęszczałam na kurs angielskiego, kończący się Certyfikatem Cambridge, oraz dorabiałam sprzątając regularnie w dwóch pobliskich domach. Nie było mi łatwo przyzwyczaić się do nowego otoczenia. Mimo, że rodzina u której mieszkałam była naprawdę w porządku i mogę powiedzieć, że się z nimi zaprzyjaźniłam, nie czułam się zbyt komfortowo mieszkając w czyimś domu i makabrycznie tęskniłam za bliskimi w Polsce. Dzieci, jak to dzieci, potrafiły dać się we znaki, zwłaszcza Alex, którego nadpobudliwość i rozrabiacki temperament, doprowadzały mnie niekiedy do szewskiej wręcz pasji. Ilość generowanego prania i prasowania w domu, jak i godziny odwożenia i przywożenia dzieci ze szkoły, przy dodatkowej pracy u innych, sprawiły, że od poniedziałku do piątku żyłam w ciągłym biegu, padając wykończona wieczorem spać. Lubiłam szkołę, gdzie poznałam kilka fajnych międzynarodowych osób, z którymi udawało się czasami gdzieś wybrać w weekend, intensywnie pracowałam nad swoim angielskim i wyrywałam codziennie przynajmniej godzinę na spacery z psami po okolicznych wiejskich ścieżkach. Oszczędzałam, ile się dało i wyobrażałam sobie, jak wreszcie ułożę swoje życie, tylko po swojemu, po moim upragnionym przyjeździe do Warszawy. Skreślałam dzień za dniem w kalendarzu, odliczając czas do wybicia wreszcie godziny „0”.

image9

Hamid, Richmond, Vancouver.

Po dwóch tygodniach, spędzonych po powrocie w domu, zrozumiałam ostatecznie, że to już nie jest moje miejsce i Chełmicy powiedziałam raz na zawsze „żegnaj”. Moja siostra już wtedy mieszkała z mężem we wsi pod Warszawą, gdzie miałam swój tapczanik w ich małym mieszkanku na dobry początek. Pracę udało mi się znaleźć stosunkowo szybko, warszawski rynek przeżywał wtedy swój boom rozwojowy, a moja znajomość angielskiego była wtedy bardzo pożądanym atutem. Nie było idealnie, ale też nie tego szukałam, potrzebowałam pracy i tylko to się liczyło. Zatrudniono mnie na umowę zlecenie i zaoferowano pensję, co najmniej niewystarczającą na przeprowadzkę do stolicy, w zastępstwie za dziewczynę odchodzącą na urlop macierzyński w międzynarodowej korporacji z branży IT. Codziennie wstawałam o 6 rano, żeby w półgodziny dojść na przystanek, busem przeprawić się na Dworzec Wileński i potem tramwajem na Wolę, 9-17 sumiennej pracy administracyjnej, i z powrotem, żeby przy sprzyjających wiatrach do domu wrócić przynajmniej około 19. Nie narzekałam, pracę w sumie polubiłam i starałam się jak mogłam sprawdzić jak najlepiej. Kiedy przejeżdżałam przez Stare Miasto linią 26 w głowie miałam tylko jedną myśl „Boże, jestem tutaj, jestem w Warszawie”, i niezależnie od wszystkiego sama się do siebie uśmiechałam. Sytuacja ta jednak nie mogła trwać zbyt długo i była, czego miałam pełną świadomość, rozwiązaniem tylko tymczasowym. W grudniu udało mi się znaleźć inną pracę, w biurze tłumaczeń na Pradze Południe, lepiej płatną i z normalną umową. Odmówiłam. Coś podpowiedziało mi, że lepiej się jeszcze przez chwilę wstrzymać, zacisnąć zęby i przeczekać. Pod koniec stycznia dziewczyna, którą zastępowałam złożyła wniosek o urlop wychowawczy, udało mi się przekonać korporację do zmiany mojej umowy, na pełnoprawną „umowę na zastępstwo”, ze wszystkimi świadczeniami socjalnymi, dostałam podwyżkę, o której nie śniłam i dodatkowo premię za wzorowo przeprowadzoną przeprowadzkę naszego biura w wysokości 1000 Euro. Po wyjściu z gabinetu szefa poszłam do toalety, żeby zadzwonić do mamy i ze łzami w oczach powiedzieć jej „Mamo, uwierzysz, takie pieniądze?”. Wynajęłam małą kawalerkę na Ursusie i wreszcie zapisałam się na upragnione studia magisterskie, których nigdy w swoim sercu nie porzuciłam. Wybrałam Akadamię Leona Koźmińskiego i „psychologię w zarządzaniu”, i zaczęłam odliczać dni do początku semestru w październiku, a moje życie, tak mi się przynajmniej wydawało, wreszcie wyszło na prostą.

image10

North Vancouver.

Przed wakacjami okazało się, że firma w której pracowałam została przejęta przez większą korporację IT, a nasze polskie biuro, na 31 piętrze nowego biurowca z widokiem na Centrum, w urządzanie którego włożyłam mnóstwo wysiłku i jeszcze więcej serca, w najbliższym czasie zostanie zlikwidowane i połączone z oddziałem firmy przejmującej na Mokotowie. Moje stanowisko, kierownika administracyjnego, o czym doskonale wiedziałam, choć nikt mi tego wprost nie powiedział, straciło rację bytu, a ja w konsekwencji miałam stracić pracę. I znowu, znalazłam inną, i znowu, poczułam, że lepiej poczekać, i znowu postawiłam wszystko na jedną kartę i zagrałam w ciemno, i znowu wyszło na dobre. W nowej firmie udało mi się dostać pełnoetatowe, pełnoprawne i samodzielne stanowisko „asystentki działu sprzedaży”, na którym, z różnymi wewnętrznymi turbulencjami i nowymi inicjatywami, pracowałam przez kolejne 4 lata, aż do nazywanego przeze mnie – „O, Zgrozo!” – awansu na stanowisko sprzedawcy. Kolejne podwyżki i coraz wyższe premie, studia, w które zaangażowałam w zupełności resztki energii, po nadgodzinowej i nad-starannej, pracy, która była przez bardzo długo jedynym, co w gruncie rzeczy w Warszawie miałam. Samotność. Ogromna, nieujarzmiona, zatykająca niekiedy oddech w płucach i przeszywająca odrętwieniem całe ciało, samotność, była rzeczywistością mojego pierwszego roku życia na swoim w Warszawie. Nie znałam tam właściwie nikogo, a ludzie z którymi pracowałam w większości mieli swoje, dorosłe i poukładane życie. Nigdy nie lubiłam dyskotek i szlajania się po klubach, zresztą w tych warszawskich nie sądzę, żeby można było znaleźć, czy to wartościową przyjaźń, czy też wartościowy związek. Poświęciłam się pracy, a potem nauce, i trwałam, i trwałam, i trwałam…

image11

Planetarium Park, Vancouver.

Po roku nowej pracy przeprowadziłam się na Ochotę, skąd miałam tylko półgodziny drogi spacerem do biura, kupiłam rower, zaczęłam powoli zdobywać przyjaciół, najpierw Anetę, którą poznałam na studiach, wreszcie z czasem, Dorotę i Izę, z którymi choć długo mijałyśmy się na korytarzach w firmie, dopiero po chwili się odkryłyśmy. W miedzyczasie udało mi się namówić rodziców na przeprowadzkę do Warszawy i pomogłam im, jak mogłam, żeby żyli w przynajmniej względnym komforcie. Nie są jeszcze tam, gdzie chciałabym ich widzieć, ale nie przestaję i o tym marzyć… W którymś momencie na początku tej drogi nawiązałam swój pierwszy w życiu romans, który zamienił moje wytrwale szyte własnymi nićmi życie w koszmar. Załamanie nerwowe, poślizg emocjonalny, przymusowy pobyt na oddziale zamkniętym warszawskiego psychiatryka. Upadek na samo dno i mozolne wdrapywanie się z powrotem do góry. Dla odzyskania równowagi, krótki wakacyjny wyjazd do Włoch z moją siostrą i szwagrem. Intensywna praca wewnętrzna, psychoterapia, obrona pracy magisterskiej i jeszcze większe zaangażowanie w pracę. Kolejna próba, kolejna porażka. Wreszcie wyprawa do Kambodży i Azja. Azja, która jest w moim życiu od tamtej pory każdego jednego dnia, choćby na ułamek sekundy, napełniając moje serce rozrzewnieniem i nieustającą tęsknotą. Azja, która była moim osobistym początkiem i końcem. Azja, która dając mi wszystko, wszystko też odebrała.

image13

Sky Train Station, Downtown, Vancouver.

Od dwóch lat w podróży. Od dwóch lat goniąc swoje własne cienie i odkrywając swoją duszę i serce na nowo. Od dwóch lat w ciągłej niepewności, ukrytej pośród niepoliczonych chwil czystej i nieskalanej radości i zachwytu. Od dwóch lat w ciągłej, wytrwałej tułaczce wewnętrznej, na barykadzie broniącej mnie przed powtarzającymi się ciągle atakami z zewnątrz. Od dwóch lat, które są najpiękniejszymi i najbardziej satysfakcjonującymi latami mojego życia, aczkolwiek wymagającymi ciągłego skupienia i ostrożności. Od dwóch lat na pełnych obrotach emocjonalnych i fizycznych, bez żadnej gwarancji, bez jakiejkolwiek pewności jutra. Od dwóch lat w drodze. Wietnam, Laos, Tajlandia, Malezja, Indonezja, Sri Lanka, Indie, Polska, Bali, Borneo, Polska, Anglia, Polska, Kuba, Meksyk, USA, Kanada. Od dwóch lat większość czasu tylko z samą sobą i drogą przez życie w najczystszej swojej postaci. Od dwóch lat pozbawiona elementarnych zasobów poczucia bezpieczeństwa i przynależności, a jednak w ekstazie wolności, której wielu mi tak bardzo zazdrości. Od dwóch lat z daleka od rodziny i przyjaciół, podążając ścieżką przeznaczenia, o którym wiem już na pewno, że nie istnieje, jeśli sama o nim nie zdecyduję. Od dwóch lat w świecie pomiędzy światami, w domu miłości, który mam tylko w swoim własnym sercu.

image12

Richmond, Vancouver.

Myślisz, że wymaga to odwagi i siły na jaką niewielu zapewne stać? Tak, ale też życie mnie tej siły nauczyło, ba, ono ją na mnie wymusiło. Myślisz, że mam szczęście? Tak, ale to szczęście wyjątkowo dużo kosztuje. Myślisz, że jestem godna podziwu? Tak, ale nie zapominaj, że ten podziw jest bardzo wymagający. Myślisz, że tobie nie może się udać? Może, ale nie jest to kwestia pstryknięcia palcami i dotyku czarodziejskiej różdżki i nawet ta wymarzona wygrana w Totolotka jest niczym w konfrontacji z rzeczywistością ludzkich uczuć. Można przejść milion różnych dróg przez życie, a na początku każdej kolejnej nadal będzie towarzyszył ci strach i obawa przed nieznanym. Możesz stworzyć sobie najlepszą wizję przyszłości, ale nie uchroni cię ona przed niespodziewanymi zakrętami po drodze. Od prawie dwóch tygodni jestem w Kanadzie, okupując kanapę u Sama, mojego przyjaciela z Bali, i jego taty, Hamida (swoją drogą to właśnie ludzie są czasami twoim największym kapitałem – i nawet nie chce mi się poruszać przy tej okazji uprzedzeń mojego taty, że zatrzymałam się u Arabów, bo obaj pochodzą z Iranu! sic !) i szukając drogi wyjścia z impasu, który pogrzebał moje wcześniejsze plany związane z tym wyjazdem. Po raz kolejny muszę wziąć się z życiem za bary i znaleźć swoją własną ścieżkę w kierunku marzeń. Możesz myśleć o pozytywnym myśleniu i szczęściu, które wszystko za ciebie załatwi, a którego ci brakuje, ale żadne z nich nie zastąpi twojej własnej wytrwałości, determinacji i siły ducha. Jeśli już więc musisz myśleć cokolwiek, nie patrz na mnie, a pomyśl o prawdzie, którą nosisz w swoim własnym sercu, zamiast powoływać się nieustannie na niesprzyjające okoliczności zewnętrzne. Jak już pomyślisz i zrozumiesz w czym cała istota rzeczy, nie zapomnij, że samo myślenie to za mało. Krok, a zaraz po nim następny, niezależnie jaką drogą wędrujesz. Z wiarą, z nadzieją i z miłością. Ty sam decydujesz o kierunku, ale też nader często, tylko o nim…

Wszystkie zdjęcia zamieszczone we wpisie należą do Sama, jeśli jesteście zainteresowani zapraszam na: Life of Sam Babaei na Instagramie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s