USA: Holy Crap*.

„If one were to cease dreaming bold dreams,

then bold actions on earth would also cease.

 Wild dreams are the primary fuel

for the engine of Doing.

 Wild dreams are the golden fuse

for the life-force of Being.

 If it cannot be dreamt,

it cannot be done.

 Rise up!

No pre-empting,

Rather, seed everywhere,

the most beautiful,

the most wild dreams

Roared up by Soul”.

Clarissa Pinkola Estes, „Untie the Strong Woman”.

 

San Diego.

San Diego.

„Jeśli człowiek zaprzestałby śmiało marzyć,

odważne czyny zniknęłyby z powierzchni ziemi.

 Dzikie marzenia są podstawowym paliwem,

dla lokomotywy naszych działań.

 Dzikie marzenia są złotym bezpiecznikiem,

dla życiodajnej siły naszego trwania.

 Jeśli nie potrafimy o czymś marzyć,

nie możemy też tego spełnić.

Powstań!

Nie przesądzaj,

Raczej, rozsiewaj wszędzie,

najpiękniejsze,

najbardziej nieokiełznane marzenia,

Ryczące dziko w Duszy”.

{tłumaczenie własne}

 

Santa Monica.

Santa Monica.

Wczoraj natknęłam się na konkurs „Charakterów” pt. Miłość do siebie powinna być… Temat bardzo mi bliski, na który wyjątkowo ostatnimi czasy jestem uwrażliwiona, żeby nie powiedzieć krytyczna lub uprzedzona. Nie to, że do miłości oczywiście, do wszystkiego, co zastępuje trzy kropki w temacie. Jako słowo się rzekło – jest akcja, jest reakcja. Tak na szybko, tak po prostu. 🙂

Los Angeles, Hollywood - jedyne, co mi się tam podobało... ;)

Los Angeles, Hollywood – jedyne, co mi się tam podobało… 😉

Wolność w dzieleniu się poglądami, przeżyciami i wyciąganymi wnioskami, a także wolność dostępu do informacji, którego głównym przepływem jest Internet, są tak samo błogosławione, jak i zgubne niekiedy. Przeglądając Facebooka, Onet, czy Gazeta.pl natrafiam na nieograniczoną ilość wskazówek dotyczących każdej sfery naszego życia. Nie wspomnę przy tym o mnogości wszelkiego rodzaju dobrych rad: kulturowych, społecznych, religijnych, rodzinnych, przyjacielskich i niekoniecznie tych właśnie. Jak kochać prawdziwie? Jak stworzyć udany związek? Jak być sobą i kochać samego siebie? Jak przeżyć życie? Jak odnaleźć szczęście? Czym jest wolność i jak ją wyrazić? Itp., itd. Na jakiekolwiek pytanie nie szukasz odpowiedzi, cokolwiek cię nie dręczy lub niepokoi, od czegokolwiek nie próbujesz się uwolnić lub uciec, odpowiedź już tam gdzieś jest. Jako osoba głęboko zainteresowana samopoznaniem i samorozwojem, szlakowałam to wszystko, i tylko miłość, zwłaszcza ta do siebie, umykała mi nieustannie, poprzez to i w wyniku tego. Bo miłość, tak jak i szczęście, to takie coś, choć do końca nie wiadomo co, które się czuje, a nie myśli…

Wielki Kanion.

Wielki Kanion.

San Francisco.

San Francisco.

Miłość do siebie powinna być i zamiast trzech kropek, postawiłabym na końcu tego zdania jedną, zamykającą wszelkie rozważania. Ba, wykreśliła bym nawet słowo „powinna”, bo powinność też mi się z nią kłóci, a być, zastąpiła jest. Miłość do siebie jest. Koniec, kropka. Ona jest, nie jakaś, nie doskonała, nie raz na zawsze. Ona jest, we łzach i pomimo łez, w naszych staraniach i na przekór naszym błędom, w każdym uśmiechu, smutku, sukcesie, porażce, wspomnieniu i marzeniu. Nie łatwa, choć wcale nie trudna, nie nazwana, choć o milionie imion, nie nauczona, a praktykowana, nie w głowie, chociaż poprzez głowę, w sercu i w duszy. Tak w słowach, jak i w czynach. W porannym wstawaniu, piciu kawy i ruszaniu w nowy dzień. W wieczornej gonitwie myśli, nieprzespanej nocy, pod poduszką codziennych spraw. Niewymuszona, pozbawiona jakiejkolwiek presji, niewarunkowana. W Tobie, Twoja i taka jak Ty.

Napa.

Napa.

Kiedyś w chwili kolejnego kryzysu emocjonalnego nad moimi własnymi rozważaniami w tym temacie napisałam:

Nie wiem o co w życiu chodzi i jaki jest tego wszystkiego sens. Jedyne czego nauczyły mnie moje błędy i niezliczone porażki bytowania, to „idź dalej, posuwaj się naprzód”.
I nie wiem czym jest miłość. Jedyne, co wiem, to droga, którą przeszłam, i nieustanne zastanawianie się, być może istota miłości jest taka sama? Skoro tylko ja znam cenę, jaką zapłaciłam za wyzwania życia z którymi się zmierzyłam, tylko ja wiem jak ogromna musi być moja miłość do siebie, żeby się nie poddawać, po prostu iść dalej, każdego kolejnego dnia, w stronę własnych marzeń.

I w tym właśnie momencie, największej mojej słabości, zniecierpliwienia i bezsilności, ostatecznie siebie pokochałam.

Portland.

Portland.

Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z wilkami” napisała o miłości, że potrzebuje ona serca i nade wszystko serca, które nie boi się rodzić i umierać w nieskończoność, które nie boi się ludzkich słabości, lęków i dziwactw, które jest cierpliwe, niewinne i niezniszczalne. Tak, więc miłość do siebie już w nas jest, wystarczy tylko się jej poddać, umierać i żyć, „tak jak oddychamy, przyjmując i oddając wszystko”. W procesie własnej indywiduacji, prędzej czy później, rozplątując węzeł własnych uczuć, zrozumiemy istotę, tak miłości, jak i życia, oraz przyczynę dla której przeżyte one muszą być przez kości*.

Seattle.

Seattle.

Nie przestawaj marzyć. Nigdy! Pomimo wszystko, na przekór wszystkim. Niezależnie od wieku, pozycji społecznej, stanu cywilnego i statusu materialnego. Zawsze i wszędzie. Bez względu na ilość błędów i porażek. Niczym głupiec, którego życie nadal nic nie nauczyło. Jak niesplamiony doświadczeniem dorosłości trzylatek. Marz i śnij. Dopóki masz marzenia, dopóty piłka w grze. I uwierz mi na słowo, marzenia są najlepszą częścią ciebie, tak samo jak największym możliwym wyrazem miłości do samego siebie. Kochaj siebie poprzez marzenia, kochaj marzenia, które nosisz w sobie. 🙂

Holy Crap! Look, where you got! – to wszystko, co mam w tym momencie w myślach, kończąc moją ponad 3 tygodniową wędrówkę po USA. Holy Crap… 🙂

 

W San Francisco.

W San Francisco.

*W potocznym użyciu wyrażenie przetłumaczyłabym jako „jasna cholera”, na potrzeby tego wpisu pozostanę jednak przy tłumaczeniu dosłownym „święte pierdoły”. 🙂

**Clarissa Pinkola Estes, „Biegnąca z wilkami”, rozdz. 5 „Połów: kiedy serce to samotny myśliwy”. Nad tym rozdziałem intensywnie pracuję w tym momencie, a będąc zupełnie szczerą pracuję nad nim od ponad 4 lat, kiedy to miałam pewien sen… Męsko-żeńskie, Żeńsko-męskie się pisze, ale to już na nowy etap podróży, w Kanadzie… 😉

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s