Polska: W domu duszy.

„Nauczyłem się odróżniać to, co naprawdę jest we mnie, od tego, co sobie niemądrze uroiłem. Dokonałem rachunku zysków i strat, i tym, co zostaje, jest moje ja – nie kalekie ja, odziane w łachmany i strzępy, nie chore ja, wymagające leczenia dietą, ale duch, który przeszedł przez najgorsze i przetrwał”.

Rabindranath Tagore, „Dom i świat”.

 

Mam paskudny charakter, zawsze miałam. Buntuję się, krzyczę, wyrywam, szarpię, tupię nogami, histeryzuję, przeklinam. Jestem nieposkromiona, nieułożona, „wiecznie” najeżona i niezadowolona. Jak mam coś powiedzieć to, choćby się waliło i paliło, powiem, nie przebierając przy tym w słowach. Jak coś ma się zmienić, to na rękach stanę, wywrócę cały porządek rzeczy do góry nogami, ale to się zmieni. Ludzie mnie męczą na dłuższą metę, swoim narzekaniem, stękaniem i ubolewaniem, swoim łatwo powiedzieć, jakie życie, taka śmierć, nieumiejętnością powiedzenia, o co tak naprawdę im chodzi. Irytuję się z prędkością błyskawicy i zanim zdążę się obejrzeć już coś płonie od mojej złości. Skandalicznie impulsywna, emocjonalnie niezrównoważona, pozbawiona elementarnych zasobów zdrowego rozsądku. Moje stany uczuciowe przechodzą z dnia na dzień z jednej skrajności w drugą, jeśli dzisiaj mam depresję, jutro mnie z pewnością szlak trafi, tylko po to, żeby pojutrze ogarnęła mnie niczym nieograniczona euforia. Czegokolwiek mi nie powiesz, pewnego możesz być tylko tego, że nie posłucham i ze 100% prawdopodobieństwem zrobię na odwrót. Egzemplarz bardzo ciężkostrawny, od lat wczesnego dzieciństwa z poważnym deficytem zdrowia psychicznego, którego do dzisiaj w żaden możliwy sposób, mimo usilnych prób, nie udało się jakoś zapełnić. Silna, niezależna, zdecydowana, wręcz despotyczna. Tak mnie widzą, tak mnie piszą i tak być zdaje się musi. Niezrozumienie odmienności jest przekleństwem ludzkich relacji wszelkiego rodzaju, przy czym każdemu z nas od małego się wmawia, że wszyscy powinniśmy być tacy sami, jacyś z góry zdefiniowani, żyjący i zachowujący się według jednego święcie obowiązującego standardu. Cały proces wychowania, socjalizacji, edukacji wczesno-szkolnej służy nade wszystko jednemu – stworzeniu perfekcyjnie ułożonych konformistów.

Chełmica-Cukrownia.

Chełmica-Cukrownia.

Z przedszkola do historii przeszło moje zdjęcie na małym rowerku, z miną taką, że strach się bać. Poprzedziła je bliżej niesprecyzowana awantura o ten właśnie rowerek i moją na nim kolejność. Nie pamiętam o co chodziło, rodzinna legenda jednak głosi, że to zdjęcie w sposób niezawoalowany i dosłowny przedstawia cały mój charakter. Ze wczesnej podstawówki pamiętam jakąś zabawę andrzejkową na sali gimnastycznej, gdzie zgromadziła się cała szkoła. Brałam udział w inscenizacji uczniowskiej randki w ciemno, na podstawie bardzo popularnego w tamtym czasie programu telewizyjnego. Byłam wybieraną, która na pytanie „co byś zrobiła, gdyby cię chłopak rzucił”, odpowiedziała „dałabym mu w mordę”… Nie dlatego, że tak myślałam, a dlatego, że jakiś diabeł w mojej głowie zamienił to pytanie na „co byś zrobiła, gdyby chłopak się na ciebie rzucił”, a na taki obrót rzeczy tylko to jedno spontanicznie przyszło mi do głowy… Reakcja była oczywiście potępiająco-wyśmiewająca, a ja czerwona jak burak, miałam jak zwykle ochotę zapaść się tylko pod ziemię. Zresztą w podstawówce nie należałam do szczególnie lubianych osób, w sposób dla mnie zupełnie niezrozumiały i absolutnie niezamierzony, niemal zawsze wpakowałam się w jakieś kłopoty i komuś podpadłam. Toteż metodą sprawdzoną i zawsze skuteczną, byłam wyjątkowo rzadkim gościem w otaczającej mnie rzeczywistości. Zamieszkałam w świecie wyobraźni, co sprawy nijak nie ułatwiało, a wręcz pogarszało mam wrażenie, ale jakoś też było jedyną furtką do dobrego samopoczucia. W którymś momencie zupełnie w mojej głowie zatarły się granice pomiędzy tymi moimi światami, i samej trudno mi ostatecznie stwierdzić, który ze światów stał się przyczyną, a który skutkiem….

„Małe dziewczynki*, które przejawiają silną instynktowną naturę, często już w młodym wieku doświadczają wielkich cierpień. Od niemowlęctwa są ujarzmiane, na siłę oswajane, nieustannie słyszą, że są uparte, przewrotne i niepoprawne. Ich spontaniczne charaktery wcześnie wychodzą na jaw. Są ciekawe świata, pełne fantazji, mają różne dziwactwa, które jeśli nie zostaną zduszone w zarodku, stworzą podstawę twórczego podejścia na całą resztę życia. Zważywszy, że twórcza fantazja jest wodą i karmą dla duszy, rozwijanie jej jest sprawą najwyższej wagi.

Na ogół wczesne wyrzucenie poza nawias zaczyna się nie z winy dziecka i ulega zaostrzeniu z powodu niezrozumienia, okrucieństwa, ciemnoty albo umyślnej wrogości. Wówczas następują wczesne urazy psychiczne. W takiej sytuacji dziewczynka nabiera przeświadczenia, że jej negatywny obraz przekazywany jej przez rodzinę czy społeczeństwo jest nie tylko absolutnie prawdziwy, ale i absolutnie wolny od uprzedzeń, bezstronny, obiektywny. Dziewczynka zaczyna wierzyć, że jest słaba, brzydka, nieprzystosowana i nie do przyjęcia, i że tak będzie zawsze, bez względu na wszelkie jej starania.

Dziewczynka zostaje odrzucona… W wielu społeczeństwach od dziecka płci żeńskiej już od chwili narodzin oczekuje się pewnych cech charakteru, zachowań zgodnych z uświęconą tradycją, wyznawania stereotypowych kobiecych wartości, jeśli nie identycznych z wyznawanymi przez rodzinę, to przynajmniej z nich wyrastających; oczekuje się, że w żadnym wypadku nie będą sprawiać kłopotów. Te oczekiwania są bardzo precyzyjnie zdefiniowane, kiedy rodzice życzą sobie mieć „anielskie dziecko”, czyli doskonałego konformistę”**.

Chełmica Duża.

Chełmica Duża.

Moje wizyty w świecie poza moją głową, choć rzadkie i doprawdy niezaplanowane, a jednak wiadomo, że nie uniknione, zawsze zamieniały się w jakąś nową, opłakaną katastrofę. Każda jedna utwierdzająca mnie w głębokim i szczerym przekonaniu, że ja się do tego świata nie nadaję, że jestem przekleństwem dla całej ludzkości i doprawdy rzeczą nieprawdopodobną jest, że się tutaj, znaczy na planecie ziemi, znalazłam, żyję i oddycham. Zdolność do przerysowywania była i jest moją kolejną, zdolnością nie przystosowawczą niestety. Boże, jak ja kochałam i kocham ten mój świat wewnętrzny. Gdyby nie fakt, że jestem jednak człowiekiem, żyję i mam swoje czysto ludzkie potrzeby, z ręką na sercu darowałabym sobie jakąkolwiek rzeczywistość. Jak do dupy była, tak do dupy jest, i nijak nie mogę się tego przekonania pozbyć. W każdym razie tak sobie trwałam, jako świr totalny do momentu, kiedy nie zaświtała w mojej głowie, jakże twórcza myśl, a jakby można było jakoś stąd uciec? Długo chodziła mi po głowie myśl o śmierci, ale jednak zbyt mocno chciałam żyć, bo tchórzem w gruncie rzeczy jestem, a do tego optymistycznym… 😉 Potem zaświtała w mojej głowie myśl o wstąpieniu do klasztoru i zostaniu zakonnicą, a może nawet misjonarką. No, ale naoglądałam się filmów romantycznych, jak jakiś osioł i rezygnacja z miłości wydawała mi się ceną ponad miarę moich możliwości. Kombinowałam dalej. A może da się jakoś wyleczyć? A może mogłabym, jakoś tak zupełnie niewyobrażalnie coś zmienić i byłoby inaczej? I może byłabym nawet szczęśliwa? Zainteresowałam się psychologią i rozpoczęłam proces zgłębiania jej tajników i nieustającej pracy nad sobą samą. Pracy tak samo błogosławionej, jak i zgubnej. Miałam wtedy może jakieś 18 lat i zaczęłam mozolną, wyczerpującą, nie zawsze w pełni przekonaną i nadal nieukończoną pracę nad moim wyjściem „spod ziemi”. Pracę, która zupełnie przypadkowo rozpoczęła we mnie wojnę pomiędzy pełnosprawnym, silnym i inteligentnym umysłem, a krnąbrną, niezgłębioną i jakże kreatywną duszą…

Szkoła Podstawowa w Cypriance.

Szkoła Podstawowa w Cypriance.

Co znamienne, tak jakoś zupełnie obok, całkiem normalnie funkcjonowałam w tej rzeczywistości. Radziłam sobie z życiem obiektywnie rzecz biorąc całkiem nieźle, a jak sobie nie radziłam z czymś.. No cóż, zawsze tuż obok były małe drzwiczki, które w każdej chwili mogłam otworzyć, przejść i już mnie nie było. Niezależnie od okoliczności, sytuacji, tego, co działo się dookoła, otwieram drzwiczki i świat przestaje istnieć, a ja wraz z nim. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że zbyt często się zapominam i mi się te światy zupełnie mylą i mieszają. Jak słusznie zauważyła Anita w ostatnim czasie, ja je stworzyłam w opozycji do siebie i nader często, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, tak do nich podchodzę. Jeden jest zły, drugi dobry, jeden mnie wyklucza, drugi się zachwyca, jeden odbiera, drugi daje. Nie da się do końca skutecznie funkcjonować przy takiej polaryzacji wewnętrznej, nieuniknione są ciągłe konflikty wewnętrzne, rozdarcie i zagubienie, permanentne poczucie wyobcowania i osamotnienia. Bo widzicie ten mój świat wewnętrzny rozrósł się niesamowicie, a ja wraz z nim. To z niego pochodzi cała paleta barw, której używam w tworzeniu tego, co na zewnątrz, odwaga, rozmach, nigdy niewykorzystane połacie miłości, spontaniczności i radości. Cała szarzyzna tego, co na zewnątrz jest nieustannie mielona i przekształcana w coś twórczego, odkrywczego i niezwykłego, a jednak tylko mojego. Świat zewnętrzny kojarzy mi się z tym, co odrzucam, wypieram, czego dla siebie nie chcę, tylko niestety nie da się zadowolić tylko tym, co w środku, życie wtedy utyka, osiada na mieliźnie, a ja żyję wyobraźnią, choć piękną i nieograniczoną, to jednak tylko wyobraźnią. Zaczynam zatem proces przemycania, ostrożnie, po trochu, żeby zobaczyć co z tego może wyjść, a jak coś nie wyjdzie, wracam za swoje magiczne drzwi, które zatrzaskuję z wielkim hukiem i już mnie nie ma i znowu znikam na długo, bardzo długo. I znowu jestem bezpieczna, cicha i tak bardzo spokojna, dopóki znowu się nie odważę wychylić nosa przez dziurkę od klucza. I znowu zaczynam od początku, jak małe dziecko, które nieustannie walczy o przetrwanie w niebezpiecznym dla niego świecie. No bo tak zupełnie przypadkiem, okazało się, że jakość mojego świata wewnętrznego nijak się innym w głowach nie mieści, i nadal w tłumie uchodzę za niereformowalną „wariatkę”… A może tylko tak mi się nadal wydaje…

„Przyzwoici ludzi chcą, byś postępowała logicznie i konsekwentnie.

Chcą, żebyś dziś była dokładnie taka sama jak wczoraj. Chcą, żebyś się nie zmieniała z każdym dniem, żebyś była taka sama jak na Początku Czasu.

Zapytaj rodziny, czy chcą od ciebie konsekwencji, a odpowiedzą twierdząco. We wszystkim? Nie, powiedzą, tylko w znaczących sprawach. Cokolwiek się liczy w ich systemie wartości, najczęściej jest przekleństwem dla dzikiej natury kobiety. Na nieszczęście, ich „znaczące sprawy” są sprzeczne ze sprawami znaczącymi dla spontanicznego dziecka. (…)

{W którymś momencie kobieta} składa przysięgę wierności nie rodzinie, lecz wewnętrznej Jaźni. I dlatego czuje się rozdarta. Można powiedzieć, że jej wilcza matka złapała ją za ogon, a doczesna rodzina za ramiona i każde ciągnie w swoją stronę. Niebawem zapłacze z bólu, zacznie warczeć, gryźć siebie i wszystkich naokoło, aż wreszcie zapadnie martwa cisza. Spojrzysz w oczy i zobaczysz ojos del cielo – oczy pełne nieba; oczy osoby, której już tu nie ma”.

Chełmica-Cukrownia.

Chełmica-Cukrownia.

Największym kłamstwem, jakie sama sobie wmówiłam jest to, że to, co robię, moje zanegowanie schematu i wyjście przed szereg, wynikało z faktu, że coś ze mną jest nie tak, a całe moje życie poprzez to było pasmem niepowodzeń i udręki. W jakiś totalnie niezbadanych zakamarkach mojej głowy wymyślałam, że jest to jedyne akceptowalne wytłumaczenie. Tymczasem od dłuższego czasu tym, co mi przyświeca jest fakt, że ja po prostu chcę więcej, chcę inaczej, lepiej i uważam, że w pełni na to zasługuję. Nie mówiąc już o tym, że niby od kiedy muszę się komukolwiek z czegokolwiek tłumaczyć? W którymś momencie zatrzymałam się w punkcie tego poronionego (a w moim przypadku najzwyklej „poranionego”) równania do średniej, żeby nie być już tą zahukaną i delikatnie mówiąc „psychiczną” dziewczyną z mojej młodości, kompletnie nie zauważając, że tym razem to równanie stanowi mój regres, zamiast rozwoju. Tak bardzo, niemal od zawsze pragnęłam miłości i akceptacji, że zupełnie zgubiłam ich sens. Bo tak właściwie, jeżeli na tym one mają polegać, to ja serdecznie dziękuję i pozostaję tym „nieszczęsnym odszczepieńcem” w mojej własnej i błędnej nomenklaturze. Bo nawet jeśli jestem inna, myślę inaczej i w zgodzie z tym postępuję, to nie oznacza, że jestem w błędzie. Sam fakt, że to ja jestem, ja tak myślę i ja tak postępuję w swoim życiu, jest jedyną odpowiedzią jakiej potrzebuję i jedynym dostępnym mi punktem odniesienia. Tym, co robię jest nie tyle poszukiwanie siebie i swojego miejsca, co odbudowywanie duszy i życia w zgodzie z nią, jakkolwiek nie będzie ono wyglądać i gdziekolwiek nie będzie się toczyć.

Chełmica Duża.

Chełmica Duża.

Czasami wystarczy tylko się zatrzymać w pół drogi i odseparować myśli i słowa, uczucia i intencje, przyświecające działaniom. Myśli są domeną umysłu, uczucia należą do serca, a intencje i działania do duszy. Tak być ma i tak być powinno, jakkolwiek nie oduczam się tego słowa. 😉 Nie ma większej tragikomedii w życiu dorosłego człowieka, jak jego dezintegracja na poziomie tych trzech. Nic nie łamie naszego serca bardziej, aniżeli walka jaką toczą pomiędzy sobą silny umysł i spontaniczna dusza. Każdy poszukiwacz znajdzie prędzej czy później prawdę i zrozumie, gdzie ukryty jest problem. Każda osoba na drodze własnej indywiduacji, odnajdzie wreszcie swój unikalny skarb, głos własnej duszy. Zacznie łączyć, zamiast dzielić i przemycać. Siłę swojego umysłu i niezmierzone pokłady wrażliwości w sercu odda tam, gdzie ich miejsce, na służbę swojej duszy.

„… kiedy złe czasy są już za nami, pora zakwitnąć, a to oznacza, że trzeba wykorzystać wszelkie możliwości, czerpać światło, pożywienie i rozwijać się, wypuszczać gęste, bujne kwiecie i dorodne listowie. Czy nie lepiej nadawać sobie imiona, które rzucają wyzwanie, i wzrastać jako wolne stworzenie? Na tym polega rozwój i pełnia. To jest to, co było nam przeznaczone.

Zatrzymanie się na etapie dziecka walczącego o przetrwanie zbyt mocno przywiązuje do archetypu rannego wojownika. Kiedy w pełni zdamy sobie sprawę z doznanych urazów, kiedy je uczcimy i upamiętnimy, otwiera się przed nami droga pełni i rozwoju. A właśnie do rozwoju jesteśmy stworzone. Pełnia życia, nie tylko jałowe trwanie jest przyrodzonym prawem kobiety”..

 

A skoro tak to tylko jedno dręczy mnie coraz częściej pytanie.. Skoro żyjąc tylko namiastką swoich możliwości i dzielnie walcząc, zamiast rozkwitać, osiągnęłam tak wiele i jakby mimo chodem żyłam, tak jak żyłam i żyję, co może się wydarzyć, kiedy ostatecznie się uwolnię z klatki własnych lęków i niepokojów o nieprzystosowanie? Kim mogłabym być, gdybym porzuciła wszelkie ograniczenia, zapomniała o kompleksach i przeszłości, popuściła wodze wyobraźni, tudzież pozbyła się ich całkowicie? Kim jestem, gdybym tylko się tym kimś być nie bała? Jak będzie wyglądało moje życie, kiedy zacznę wreszcie żyć jego pełnią i będę łączyć, zamiast dzielić? I uwierzcie mi lub nie, są to zupełnie przerażające mnie, choć przecież nieznane, odpowiedzi. A jednak, tak zupełnie dla odmiany postanowiłam je poznać.. Bez ograniczeń, bez strachu, bez nieustannie krwawiących ran, bez przemycania i zaciemniania, bez wspomagaczy, postanawiam wyjść z ukrycia i zacząć żyć pełnią życia. Postanowiłam, że Nowy 2015 Rok, 32 rok mojego życia będzie wreszcie należał do mnie, dokładnie takiej jaką jestem. I złożyłam sobie, tak jak i teraz składam Wam, następujące świąteczno-urodzinowo-noworoczne życzenia:

Jak najwięcej czasu na miłość,

Jak najmniej czasu na strach,

Jak najwięcej spełniania marzeń,

Jak najmniej rozmyślań i gdybania,

I tylko tyle ile trzeba pracy i pieniędzy.

Bo niby o co innego nam wszystkim w życiu chodzi?

 

* O silnej zależności pomiędzy wewnętrznym dzieckiem i wewnętrzną matką pisałam w poprzednim wpisie. Pamiętajmy, że nasza nieświadomość jest uwarunkowana i w pewnym sensie „prowokowana”, tak przez zewnętrzne otoczenie, jak i, wewnętrzne konstrukty (przekonania, wierzenia, ukształtowane w większości w czasie dzieciństwa przez rodzinę, społeczeństwo, kulturę, religię itp. oraz wrodzone cechy charakteru). Oba światy, wewnętrzny i zewnętrzny, się przeplatają i wzajemnie na siebie silnie oddziałują, rozróżnienia bywają niejasne i nader często niezrozumiałe, dlatego doświadczenia poprzez nie odzwierciedlane najczęściej nie są dosłowne (sic!).

**Cytaty pochodzą z rozdziału „Brzydkie kaczątko” {w:} „Biegnąca z wilkami”, Clarissa Pinkola – Estes.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s