Polska/Anglia: Persona Non Grata.

„Twoja wizja stanie się jasna i klarowna, tylko gdy spojrzysz w swoje serce. Ten kto potrafi sięgnąć poza swoje marzenia i do głębi swojego serca BUDZI SIĘ”.

Carl Gustaw Jung.

 

Xawery Dunikowski, "Dusza wychodząca z Ciała"; Królikarnia w Warszawie.

Xawery Dunikowski, „Dusza wychodząca z Ciała”; Królikarnia w Warszawie.

W świecie zdominowanym przez kapitalizm i wszędobylski konsumpcjonizm bardzo łatwo przychodzi nam pomylić szczęście z pozytywnymi doznaniami. Właściwie nawet nie pomylić, zwykliśmy mówić, że szczęście to bliżej niesprecyzowany i niedostępny byt, a na życiowy bilans składa się miara pracy i pieniędzy oraz osiągnięć i przyjemności. Szukamy wartości dających zaspokojenie tu i teraz, jednocześnie narzekając i wyrzekając się wszystkiego, co staje na ich drodze. Błądzimy, myśląc, że w świecie ludzkich spraw wartość rzeczy sprowadza się do zarobków, statusu społecznego, popularności, coraz to nowych wyzwań, które zaprezentujemy na „słonecznych” facebookowych fotografiach. Przyjemność stała się miarą wszechrzeczy. Niech będzie pięknie, łatwo i przyjemnie, niech słońce świeci, morze opływa, a wino grzeje. Bawmy się, życie samo w sobie jest wystarczająco trudne i przygnębiające, żeby się niepotrzebnie smucić i zastanawiać. Wszystko ma ścisły związek z nieświadomością, błogą nieświadomością, że szczęście jest sumą przyjemności. Tymczasem prawdziwa, wewnętrzna satysfakcja i towarzyszące jej szczęście przychodzą z głębi, mrocznej, trudnej, skomplikowanej i najczęściej unikanej. Z głębi twojego serca i duszy, z głosu prześladującego niedającym ci spokoju pytaniem „czego tak naprawdę chcę, czego pragnie moje najgłębsze ja?”*.

Królikarnia, Warszawa.

Królikarnia, Warszawa.

Nie mówię, że przyjemności są złe, bardzo daleka jestem od ich negowania, tudzież unikania w imię jedynie słusznej prawdy. Skrajności w podejściu do nich dość wyraziście obrazują historie pisane piórem wszelkiego rodzaju dogmatów religijnych, w tym kościoła katolickiego i gwardii „wszystkich świętych”. Nie mówię o winie i karze, o dręczących nas spazmatycznymi wyobrażeniami „piekła” wyrzutach sumienia. Na wszystko w naszym życiu jest czas i miejsce, właściwy czas i jak najbardziej właściwe miejsce. Wszystko w naszym życiu, w tym także przyjemności, podlega naturalnym prawom życia, przemijania i umierania. Wszystko mierzy się miarą serca, które wie, co naszemu życiu sprzyja, a co mu szkodzi. Mówię o jedynym „zdrowym rozsądku” wszechrzeczy, dostępnym każdemu poznaniu, tak bardzo odległym w naszej kulturze, a jednak najbliższym. Mówię o kompasie naszego szczęścia, sterowanym siłą wiatru przeznaczenia i kierunku naszych uczuć. Mówię o tym, w imieniu czego zdecydowanie za wiele się mówi, za mało słucha i jeszcze mniej robi. Mówię o głosie wewnętrznym, pomrukującym szepcie o prawdzie własnej duszy. Współczesny świat jest jak dżungla, w której każdy potrzebuje mądrego wewnętrznego przewodnika dla własnej duszy.

Acton Trussell, Anglia.

Acton Trussell, Anglia.

W Anglii jedynym, co mnie tak naprawdę wyprowadzało z równowagi i sprawiło, że wróciłam wcześniej, niż podpowiadał mi racjonalizm finansowy, był brak swojego miejsca. Jak już pisałam z uwagi na wysokie koszty utrzymania i mój plan zaoszczędzenia jak najwięcej się da, zdecydowałam się na zamieszkanie z kimś. Mężczyzna po pięćdziesiątce, emerytowany policjant, obecnie biznesmen, rozwiedziony, bezdzietny, samotny w swoim za dużym, ładnym domu na wsi, poszukiwał dziewczyny, która w zamian za utrzymanie i drobne kieszonkowe, będzie sprzątała, gotowała i, jak wyszło po czasie, dotrzymywała mu towarzystwa, stanowiąc swego rodzaju substytut żony, choć sam nigdy w życiu się do tego nie przyzna… I oto trafiła się mu dziewczyna ze wschodu, pracowita, z typowo wiejsko-polskim „wychowaniem”, co jak posprząta to na błysk, a jak ugotuje i poda, to od razu chce się jeść (usłyszałam jednego dnia, jakże „uroczy komplement”, że mama mnie dobrze przysposobiła…), a jednak o „swędzących stopach” podróżnika, inteligentna, niezależna i doskonale wiedząca czego chce, zbuntowana (też typowo po polsku ;)) i o krnąbrnej naturze… Konflikt interesów był nieunikniony, z niczyjej, doprawdy niczyjej, winy… Od samego początku wiedziałam na co się decyduję i rozpoznawałam nieuświadomione aspekty „gry”, przy czym podkreślę nie było tutaj żadnych podtekstów seksualnych, raczej dwie ścierające się energie, i to we mnie, żeby było jasne… Zupełnie przypadkowo, układ ten wyraźnie odzwierciedlał, kim jestem i czego chcę. Chociaż czy rzeczywiście można odciąć seksualność w takim położeniu? Czy przypadkiem racji nie ma psycholog Paweł Droździak, na którego wypowiedź natknęłam się ostatnio w „Wysokich Obcasach”:

„Seksualność jest nieuczciwa. Seksualność jest bliska instynktu, a instynkt jest zwierzęcy. Dlatego jest w nas ludziach, pęknięcie, którego nie da się skleić. Nie da się i koniec. I ono zawsze będzie generować konflikt pomiędzy kobietą i mężczyzną, który nie ma końca. Po prostu”.

Acton Trussell, Anglia.

Acton Trussell, Anglia.

Tak, rozwiązanie, które wybrałam było ryzykowne i jak najbardziej dziwne, niekomfortowe i trudne, od początku tymczasowe i mocno uciążliwe, a jednak potrzebowałam tej pracy, nie tylko ze względu na pieniądze, nade wszystko potrzebowałam czasu, żeby wszystko na spokojnie sobie poukładać, a miejsce ku temu było idealne. Wieś, ładna okolica, dom w którym miałam pokój i wyżywienie, pięć minut drogi do pracy, którą szybko polubiłam, wreszcie Laura, która mogła mnie systematycznie odwiedzać, a całą resztę było stosunkowo łatwo znosić. Do czasu… W moim przypadku godzinę „0” zawsze wybijają emocje, czy mi się to podoba czy nie, a nade wszystko czy się to podoba, choć najczęściej nie, innym… Jakkolwiek i czegokolwiek sobie nie wytłumaczę, niezależnie od wszystkich „za” i jak najbardziej przemyślanych argumentów, wystarczy to jedno „przeciw”, żeby „szlak trafił” całą dyscyplinę i zdrowy rozsądek. No i cóż ja biedny żuczek mogę? Nie powstrzymasz płynącej rzeki, ona zawsze znajdzie drogę do morza… Czy można ją za to winić? Zresztą dzisiaj jedyne, co myślę, to, że jest to już za mną i jestem wdzięczna za kolejną życiową lekcję oraz doświadczenie samopoznania.

Pomnik poświęcony zwierzętom biorącym udział w I Wojnie Światowej, Londyn, Hyde Park - Oxford Street, Anglia.

Pomnik poświęcony zwierzętom biorącym udział w I Wojnie Światowej, Londyn, Hyde Park – Oxford Street, Anglia.

Po miesiącu mojej pracy w barze nastąpiło starcie pierwsze. Mimo, iż już w moim liście aplikacyjnym zaznaczyłam, że warunkiem bezwzględnym jest możliwość dodatkowej pracy, bo oszczędzam na następną podróż, i wielokrotnie słyszałam zapewnienia, że dopóki w domu będzie czysto, a jedzenie będzie ugotowane, mogę ze swoim czasem robić to, co chcę, okazało się, że moja praca koliduje z potrzebami i oczekiwaniami pracodawcy. Jak sam przyznał, nie spodziewał się, że tak szybko znajdę inną pracę na pełny etat i się jej poświęcę. OK, być może rzeczywiście mówię po chińsku, bo już nie pierwszy raz wyszło na to, że jak coś mówię to jest w porządku, a jak to robię to już niekoniecznie… Rozumiem fakt, że większość ludzi ma problem z przejściem od słów do czynów, jakkolwiek ja do nich nie należę. W każdym razie pooddychałam głęboko, przełknęłam gorzką prawdę i przyznałam, że chociaż z pracy w barze nie zamierzam rezygnować, to nijak nie mam gdzie pójść… A jakby na to nie patrzeć to jego dom i jego święte prawo do decydowania, co w nim akceptuje, a czego nie. Grzecznie zapytałam, co w takim razie możemy zrobić, a „niegrzecznie” na spokojnie i milcząco, zaczęłam szukać innego miejsca. Nie przestaje mnie zadziwiać, jak ludzie wierzą, że kiedy kobieta milczy, to oznacza, że się zgadza, a jak się boi i robi tak jak jej karzą, to oznacza, ze pozostaje uległą. Nic bardziej błędnego… „Uzgodniliśmy” tym samym, że pozostanie tak jak jest, a ja z uwagi na moje nadmierne zaangażowanie w pracy w barze stracę kieszonkowe. Układ jak najbardziej fair, jak przyznała moja bardziej układna strona, toteż pozostałam gdzie byłam, mimo, iż bardzo szybko znalazłam to inne miejsce… Jasnym jednak okazało się, że każdy kolejny tydzień był przeciąganiem struny, toteż z końcem września poddałam się własnym uczuciom i zarezerwowałam bilet do domu. W międzyczasie dwoiłam się i troiłam pracując ile się da w barze, „gospodarując” domem, pozostając miłą i spokojną wobec współlokatora (samoistnie nasuwa mi się egoistyczne określenie „intruza”, który tylko czeka na moje potknięcie, zdecydowanie lepiej, choć pewnie zbyt przerysowanie, obrazujące to, jak go instynktownie odbierałam), wreszcie załatwiając wizę do Kanady, pisząc i nadal wytrwale się wewnętrzne układając z samą sobą…

Park Dreszera, Warszawa.

Park Dreszera, Warszawa.

W przeddzień mojego wyjazdu na kolację serwowałam, wręcz uwielbiane, przez niego mielone. Ugotowałam ziemniaki, zrobiłam sos pieczarkowy i marchewkę z groszkiem. Byłam wdzięczna za gościnę i dobre intencje. Uśmiechnięta, zadowolona, choć bez wątpienia już wycofana, usiadłam do stołu i zaczęliśmy rozmawiać, jak to już nie raz bywało. O tym i o owym, o świecie, ludziach, myślach i planach. W którymś momencie padło pytanie, „czy się kiedyś zatrzymam, czy może jak spotkam kogoś miłego, to przestanę jeździć, czy też liczą się dla mnie tylko podróże?” Rzeczowo odpowiedziałam, że „nie wiem, nie stanęłam jak dotąd przed takim pytaniem, więc nie widzę powodu, żeby zastanawiać się nad odpowiedzią”. „Hm, no tak, ale chyba myślisz o tym, wszyscy w końcu szukamy…” Przyjęłam postawę w tym momencie już zdecydowanie obroną i dyplomatycznie ominęłam szczerą odpowiedź, wspominając rodzinę, przyjaciół i mieszkanie w Polsce i wtedy usłyszałam, „acha, czyli ty cały czas jesteś na wakacjach”… I to była ta jedna, jedyna kropla, która przelała czarę goryczy… I to był ten moment, kiedy zrozumiałam, że każdy z nas ma swoje rzeczy święte, z którymi należy obchodzić się co najmniej ostrożnie, po których nie ma mowy o zachowaniu milczenia i spokoju… Coś we mnie drgnęło, coś zabulgotało, coś jakby ugryzło. Bo niby, że jego prostacka i ograniczona łepetyna to jest to słońce w którym się właśnie wygrzewam? Bo niby, to moja wina, że jedyne na co miałam wtedy ochotę to rozmiażdżyć na niej te pyszne, typowo polskie, kotlety mielone? Niby nic takiego nie powiedział, niby wszystko da się wytłumaczyć i jak zawsze zracjonalizować, a jednak ton tej rozmowy, atmosfera, która już od dawna była napięta, wreszcie moje zmęczenie sytuacją, wszystko naraz spowodowało, że poczułam się znowu nie widziana, nie słyszana i po prostu zaatakowana. Mocno i zdecydowanie odpowiedziałam „NIE, TO JEST MOJE ŻYCIE” i odeszłam od stołu, bo są rzeczy, których się nie tłumaczy, nigdy i nikomu, a już na pewno nie komuś, kto nie traktuje ich poważnie. Wtedy też ostatecznie dotarło do mnie, że moje emocje, choć być może nie tak inteligentne, jak na „dorosłą” przystało i dość karkołomne w swojej swobodnej sile wyrazu, są zawsze po mojej stronie i nie wolno mi ich bagatelizować, tudzież oceniać. I pomyślałam o tych wszystkich kobietach, które w tym momencie czują się dokładnie tak jak ja się czułam, ale w przeciwieństwie do mnie nie mają w kieszeni biletu samolotowego na już za chwilę, już za moment… O tych, które jeszcze bardzo długo pozostaną ciche i spokojne…

Actom Trussell, Anglia.

Actom Trussell, Anglia.

Nasze marzenia, te najskrytsze, najbardziej wytęsknione, budzące nas w środku nocy z niepokojem w sercu, są bezpośrednimi wysłannikami naszej duszy, których nie wolno nam ignorować. Te marzenia są jak nasze dzieci. Nasze myśli, ideały, wartości w które wierzymy są jak nasze dzieci. Nasze uczucia, emocje, pragnienia są jak nasze dzieci. Nasz trud, wysiłek i praca w kierunku zbudowania swojego własnego życia w zgodzie z tym wszystkim, zasługuje na należny mu szacunek. Wszyscy gdzieś głęboko w sobie jesteśmy jak dzieci w naszym codziennym zmaganiu się ze światem i życiem. Dzieci zagubione, zaniedbane, opuszczone, ze złamanym sercem i duchem, osierocone z prawd najprostszych w dorosłym „wyścigu szczurów”. Niewinni, pełni marzeń, szukający dobra i miłości, ograniczani nieustannie poprzez wszelkiego rodzaju powinności, bezduszne zasady gry i ignoranckie postawy „wypada, a nie wypada”. To od traktowania i dbania o to dziecko, zależy, jak żyjemy i postępujemy jako dorośli. Wszystko zaczyna się, kiedy sami jesteśmy dziećmi i trwa, dopóki nimi pozostajemy. Nie mamy wpływu na to jak wyglądało nasze właściwe dzieciństwo, nie wybieramy sobie rodziców, ani kultury jaka w dużej mierze nasz kształtuje. Wszyscy zaczynamy tak samo, zadziwieni światem, prości i swobodni, w naszym postrzeganiu i odczuwaniu. A potem na nasze nieszczęście dorastamy w powszechnej dorastania definicji, wypierając się naszego wewnętrznego dziecka. Tymczasem dużo zdrowiej i lepiej byłoby to dziecko pokochać i samemu się nim zaopiekować.

Londyn, Anglia.

Londyn, Anglia.

Natura dziecka (dziecko = instynkt, sic!) we mnie była zawsze wyjątkowo silna, ze wszystkimi jej pozytywnymi i negatywnymi odruchami. Nauczona latami wychowania i socjalizacji pozostawała w nieświadomym ukryciu, samotna i niezrozumiała. Matkowałam jej, tak samo jak my wszystkie na początku tej drogi, po omacku. W jakiejś części samej siebie, byłam matką, która ignorowała swoje dzieci, zbyt słabą, żeby je obronić, wykarmić, żeby się nimi zainteresować. Matką, skrzywdzoną na tyle, że nie potrafiła kochać nawet własnych dzieci. Matką, która dawała do jedzenia namiastkę, kawałek czerstwego chleba i dziwiła się, że dziecko płacze, histeryzuje, wymyka się spod kontroli. Matką, która w najciemniejszych zakamarkach swojej psychiki wyrzekła się dzieci, które sama wydała na świat. Matką do bólu wymagającą, a jednocześnie nieświadomą odpowiedzialności za delikatną tkankę uczuć dziecka. Matką, która nie zdawała sobie sprawy, że warunkuje własną troskę, że ją reglamentuje i sabotuje, że jej w gruncie rzeczy zaprzecza. Matką niedojrzałą, która musiała wreszcie dorosnąć i pojąć sens, zrozumieć i nauczyć się trudnej, choć także instynktownej, sztuki macierzyństwa.

https://www.youtube.com/watch?v=vlE0upX88ug

Królikarnia, Warszawa.

Królikarnia, Warszawa.

Ponad rok zajęło mi pojęcie, zdawałoby się prostej prawdy, że to, co myślę, że robię nie zawsze jest tym, co w rzeczywistości robię, a to, co w rzeczywistości robię nie ma wiele wspólnego z tym, co inni myślą, że robię…. Ponad rok zajęło mi dojrzewanie, że droga, którą idę i cel w kierunku, którego zmierzam, oddalają się z każdym krokiem w stronę nieposkromionych żądzy, małostkowych przyzwyczajeń i szeregu zgubnych przyjemności. Wyleczyłam się z nienawiści, nauczyłam się trudnej sztuki wybaczania, przeszłam drogę przez mrok. Spojrzałam w oczy śmierci i wytrwałam w tym, co czułam i co widziałam. Na zgliszczach własnego serca ocaliłam prawdę i odnalazłam zagubioną miłość. Miłość do marzenia, które przed rokiem straciłam. Pozostała nadzieja, że choć nie wiem w jakiej postaci, kiedyś je odzyskam. Pozostała wierność ideałom, od których wszystko tak naprawdę się zaczęło. W zakamarkach mojej duszy wciąż czai się lęk, że znowu się zgubię w ciemności, że w chwili zapomnienia utracę sens siebie. To ten lęk daje mi siłę, by walczyć z wrogami, by wytrwać w postanowieniu, by pokonać nałogi, by nie zboczyć z drogi, która choć niepewna, jak dotąd nie przestała mnie prowadzić w stronę upragnionego światła.

Będąc w Indiach w 2013 roku napisałam:

Kochać znaczy być cierpliwym, ufnym i wytrwałym. Nie ulegać podszeptom naiwnego ego, szukającego tylko wygód i przyjemności. Chłonąć i cyklicznie wydalać wszystko, całą dostępną naszemu poznaniu paletę barw. Nie poddawać się własnym potknięciom i upadkom, lękom i wątpliwościom, wierzyć na przekór wszystkim i wszystkiemu. Miłość „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”. {„Hymn do miłości”, 1 List do Koryntian} Zdecydowana większość z nas na jakimś etapie swojego życia szuka miłości, marzy o niej i za nią tęskni. Mało kto jednak zadaje sobie pytanie o jej istotę i zdaje sobie sprawę z tego, że żeby jej doświadczyć najpierw samemu trzeba się nauczyć kochać. Tego chciała ode mnie moja dusza – moje wyższe ja. Chciała, żebym nauczyła się prawdziwej, szczerej i głębokiej miłości. Do siebie samej, do życia, wreszcie do drugiego człowieka**. I się jej uczę. Każdego jednego dnia od nowa. Na pamięć. „Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość – te trzy; z nich zaś największa jest miłość”. {dz. cyt.} Tylko tyle, nic więcej.

Niech, więc trwają, a ja cierpliwie nadal będę je „znosić”. Jestem gotowa wyjść z mroku i zacząć jeszcze raz. Uważaj, nie idę sama, w ślad za mną podąża mój cień o czterech łapach, który już od jakiegoś czasu ostrzy kły… 🙂

*”BzW”; Clarissa Pinkola-Estes. Tekst jest w gruncie rzeczy wypadkową wielu rozdziałów, najbardziej jednak rozdz. 4 „Towarzysz życia: jedność z drugim człowiekiem”.

**Kolejność nie jest przypadkowa… 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s