Anglia: Wspomnienia.

Wspomnienie ma w sobie wiele poetyckiej swobody. Opuszcza pewne rzeczy, inne wyolbrzymia (…), pamięć ludzka gnieździ się bowiem głównie w sercu.

Tennessee Williams, „Szklana menażeria”.

***

Warszawa, Polska, Grudzień/Styczeń 2010/2011 r.

Ja z tamtego okresu. Zdjęcie Izy z Barcelony, wiosna 2011 r.

Ja z tamtego okresu.
Zdjęcie Izy z Barcelony, Wiosna 2011 r.

2010 rok rozpoczął się dla mnie i zakończył dramatycznie. Oczywiście należy pamiętać, że moje dramatycznie, przy moim temperamencie, wrażliwości i emocjonalności, nijak się ma do tego, co ktokolwiek inny uzna za prawdziwy dramat w życiu. Dla jednych dramatem jest stłuczenie szklanki, dla innych wojna światowa, dla mnie była to konfrontacja z głęboko skrywanym cieniem samej siebie. Niezależnie od wydarzeń zewnętrznych, które tę burzę we mnie wywołały, cała walka sprowadzała się i nadal sprowadza do tego, co noszę w sobie. Nie umiem, i zdaje się, że nie muszę, ani dłużej już nie chcę, tłumaczyć, samej sobie nade wszystko, dlaczego postrzegam świat i życie poprzez ten pryzmat. Ma to, jak wszystko inne, swoje zalety i wady. Bywa oświeceniem i w dużej mierze zalążkiem wszystkiego, co realizuję w moim życiu, tak samo jak bywa bolączką wielu nieprzespanych nocy, wyobcowania i poczucia inności. Ileż to razy w życiu powtarzałam sobie, gdybym tak urodziła się „nic-nie-rozumiejącą” i niczego nie szukającą kobietą, jak to się mówi i jak to sama często powtarzam z przekorą „prostą, skromną dziewczyną ze wsi”, którą przecież też jestem. Nie miałabym zbyt wielu ambicji, świat ograniczałby się w moim sercu do podwórka gospodarstwa, które prowadziłabym z sobie podobnym mężem rolnikiem. Miałabym gromadkę dzieci i kur do wykarmienia. I zero zastanawiania się nad tym, czy ma to sens, czy nie, po co i dlaczego, ot po prostu dzień za dniem… Oczywiście proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam zielonego pojęcia o tym, co czuje i o czym myśli żona rolnika, każda jest z pewnością wyjątkowa na swój niepowtarzalny sposób. Wyobrażenie to wypływa z mojego dzieciństwa na wsi, z jakże innym życiem, jakie wiodła moja babcia, albo tak jak ja ją postrzegałam. Odnoszę się bardziej do jakiegoś bliżej niesprecyzowanego porządku rzeczy, rytuałów praktykowanych od pokoleń, tradycji, nie podlegającej kwestionowaniu i obowiązków, wykonywanych z poświęceniem, w imię wartości głęboko ukorzenionych w sobie. Zdaje się, że to tego mi brakuje. Chociaż ostatnio, coraz częściej zaczynam rozumieć, że brak mojego ukorzenienia to tak naprawdę brak akceptacji siebie i swojego życia, dokładnie takimi, jakimi jesteśmy, nic więcej. 😉

Anglia, Acton Trussell, Wrzesień 2014.

Anglia, Acton Trussell, teraz.

Swego czasu w Warszawie wybrałam się na dwu dniowe szkolenie NLP (neurolingwistyczne programowanie), podczas którego wykonywaliśmy ćwiczenie, polegające na wyobrażeniu sobie siebie jako drzewa. Prowadzący poprosił nas o zamkniecie oczu i metodą autosugestii, prosił o wyrażenie siebie poprzez drzewo. Chodziło o swobodny przepływ wyobraźni, swego rodzaju trans, pokazujący metaforycznie, co nam w duszy gra. Mnie to drzewo całkiem konkretnie porwało, tak, że zwróciłam na siebie uwagę całej sali i zostałam potem poproszona o podzielenie się swoimi odczuciami. Byłam pięknym, zdrowym, zielonym drzewem z grubym pniem i rozłożystą, liściastą koroną. Stałam sobie sama w pełnym słońcu na porośniętym trawą wzgórzu, pośród wiejskiej okolicy, gdzie praktycznie niczego innego nie było. Byłam szczęśliwym drzewem, wyciągającym swoje ręce (gałęzie) w stronę słońca, szumiącym w rytm pogodnej, letniej bryzy i jedyne, czego intensywnie nie czułam, to korzeni. Z ręką na sercu miałam problemy z utrzymaniem równowagi, jakbym unosiła się do lotu w stronę słońca, bo nie miałam wystarczająco bujnych i silnych korzeni, które trzymałyby mnie na ziemi. Co o mnie mówiło moje drzewo? Czy mówiło cokolwiek? Czy zostałam pozbawiona korzeni, a może po prostu nie przywiązuję do nich, aż tak dużej wagi? Czy szukam korzeni, bo są potrzebne mi w życiu, a może to korzenie są właśnie tym, czego chcę się pozbyć, żeby wznieść się na wysokość nieba? Czy jestem niczym mitologiczny Ikar, który zbliża się zbyt mocno w stronę słońca i zapomina o swojej ziemskiej przynależności? A może było to po prostu zwykłe ćwiczenie, a mnie jak zawsze poniosła wyobraźnia, którą teraz niepotrzebnie interpretuję i o której za dużo myślę? A może to właśnie jestem ja? Zielone drzewo, które myśli? Drzewo, które chce latać? Drzewo, które szuka swoich własnych korzeni? Pytania w moim przypadku się mnożą, a odpowiedzi na nie niemal nigdy nie wyczerpują. 🙂

Kambodża, Siem Reap Luty 2011.

Kambodża, Siem Reap Luty 2011.

Jakimkolwiek drzewem nie jestem, w tamtym momencie mojego życia byłam drzewem uderzonym znienacka przez piorun i boleśnie płonącym. Drzewem, które nie wiedziało, gdzie i jak ma dalej rosnąć, chociaż to właśnie ten moment był momentem największego jego wzrostu. Wiele lekcji od życia, momentów przełomowych, inicjacji odbywa się poprzez największe burze i zawieje. Jest to motyw przewodni wszystkich baśni, wszystkich opowieści ludowych i punkt wyjścia do rozwoju wyższej świadomości. Mówi się o nim przebudzenie, niejednokrotnie gwałtowne i przerażające, ale konieczne dla wywołania odpowiedniego napięcia emocjonalnego i mentalnego, prowokującego, lub wręcz wymuszającego, zmianę, przekierowanie, dojrzewanie. Dobrze jest mieć w tym czasie dobrego przewodnika, mentora, który nas naprowadzi na właściwe ścieżki, pomoże przebrnąć czas mroku i wyciągnąć właściwe wnioski. Bardzo trudno o kogoś takiego we współczesnym świecie i jest to problem, który dostrzegam u wszystkich dookoła. Brakuje nam ostoi, ugruntowania, korzeni właśnie, które zatrzymają nas tu na ziemi i dostarczą witalnych soków, dzięki którym zaczniemy znowu wzrastać. To właśnie w tamtym roku jedna z przyjaciółek przedstawiła mi książkę „Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli-Estes, a ja znalazłam lustro, w którym mogła swobodnie odbić się moja dusza. To w tamtym momencie rozpoczęła się moja przygoda z tą książką i z moim życiem. Trwa ona już ponad 3 lata i w dalszym ciągu słowa, które mnie wtedy tak bardzo poruszyły i pochłonęły, są nieodłącznym punktem odniesienia w moim życiu. Wciąż mnie zaskakują, uczą świata, tego wewnętrznego i zewnętrznego oraz siebie samej, ale przede wszystkim rozumieją jak nikt. To właśnie poprzez nie i dzięki nim, zaczęłam proces mojej indywiduacji, mojego ukorzeniania się właśnie.

„Nie zapomniałam pieśni z tamtych smutnych czasów, hambre del alma – pieśni wygłodniałej duszy. Nie zapomniałam też radosnej canto hondo – pieśni z głębi, której słowa powracają do nas, kiedy pracujemy nad duchowym odnowieniem”.

„Biegnąca z wilkami”, Clarissa Pinkola-Estes.

Kambodża, Siem Reap, Luty 2011.

Kambodża, Siem Reap, Luty 2011.

Zrządzeniem losu, zwykłym przypadkiem, a może właśnie kierowana przebłyskiem intuicji, impulsem, będącym głosem duszy, Nowy Rok postanowiłam zacząć od podróży w nieznane, od szalonej przygody, od czegoś zupełnie innego i nowego. Kierowana dosłownie jakąś siłą wyższą, w styczniu 2011 roku zarezerwowałam wyprawę, z poleconego mi przez znajomego biura podróży, pod nic nie mówiącą mi wtedy nazwą „Zaginione Miasta Angkoru”. A w lutym 2011 roku, rozpoczęłam mozolną i niezwykłą, wyczerpującą i mobilizującą, wolną i powolną wspinaczkę na górę własnego przeznaczenia. Wspinaczkę, która trwa do dziś i prawdę powiedziawszy, pewnie nigdy się nie skończy, bo jest ona ściśle z tym przeznaczeniem związana. Zresztą, jak pisał Ryszard Kapuściński, a co odnosi się do każdego rodzaju podróży, także tych duchowych:

„Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety.

W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca”.

I tak też było z tą jedną, wakacyjną podróżą….

 

***

Bangkok, Tajlandia, Luty 2011 r.

Kambodża, Angkor, Luty 2011.

Kambodża, Angkor, Luty 2011.

Przerażenie dopadło mnie w drodze na lotnisko w Warszawie, tak jakbym dopiero wtedy uświadomiła sobie, co ja właściwie robię, przy czym uświadomienie sobie, nijak nie zmieniło faktu, że nie miałam zielonego pojęcia, co ja właściwie robię. Miałam w kieszeni bilet, znałam imię i numer telefonu przewodnika, który miał nas odebrać w Bangkoku, nowo nabyty plecak, zapakowany po brzegi w większości niepotrzebne rzeczy, i pietra, jak nie wiem co. Nikogo z innych uczestników nie znałam, a poznać miałam dopiero w Doha, bo z uwagi na moje „późne” podjęcie decyzji o wyjeździe, biuro nie dało rady zarezerwować mi tego samego lotu, co innym. Muszę przyznać, że nie jestem najlepsza w takie „w ciemno” wyjeżdżanie (o absurdzie! 😉 ) z ludźmi, których nie znam i szczerze mówiąc, chyba to bardziej o tych ludzi chodzi. Z przyczyn różnych, na temat których nie ma co się rozwodzić, bo jak zacznę to przemagluję wszystkie dotychczasowo powstałe teorie psychologiczne, i tylko się zdołuję wielością rzeczy, które nadal są ze mną „nie tak”, jakoś łatwiej i swobodniej przychodzi mi poruszanie się na własną rękę, albo z ludźmi, których już dobrze znam. Perspektywa spędzania 24 godzin na dobę przez najbliższe dwa tygodnie z gronem, wtedy jeszcze nieznajomych napawała mnie bardziej niepokojem, aniżeli ekscytacją. Poza tym był to mój pierwszy egzotyczny wyjazd, do kraju, który znałam tylko z lekcji historii współczesnej i to raczej z mocno nieciekawej strony (dyktatura Pol Pota). Zdradzając jedną z największych tajemnic mojej ignorancji i braku jakiegokolwiek oczytania podróżniczego, nawet Angkor, ze swoją ikoną niemal Angkor Watem, nic mi wtedy nie mówił, a co dopiero cała reszta. Ja naprawdę chciałam po prostu wyjechać, mieć jakieś szalone wakacje, inne niż tydzień all-inclusive nad którymś z europejskich basenów w luksusowym hotelu. Tylko tyle, nic więcej.

Kambodża, Angkor, Luty 2011.

Kambodża, Angkor, Luty 2011.

Dla odzyskania przynajmniej odrobiny równowagi psychicznej, pierwszym, co zrobiłam na lotnisku w Warszawie był telefon do przyjaciółki, wszak nie ma lepszej metody na okiełznanie lęków, aniżeli się wygadać. Obśmiała mnie oczywiście niesamowicie, no bo jakże inaczej można zareagować na telefon o 7 rano, gdzie ktoś piskliwym głosem zapytuje „powiedz mi, bo jak nie ty to kto, co ja właściwie robię???!!!”. Jako, że przyjaciółka z gatunku „psychologicznych” (w nomenklaturze, co niektórych „mentalnych”), tak jak i ja, odpowiedź mogła być tylko jedna „jak na mój gust to po prostu się boisz” i śmiech, bo obie doskonale wiedziałyśmy, że obie wiemy… Raz, bo naturalne, że dopada nas odrobina stresu przed czymś nowym, spontanicznym, kompletnie dotąd nieznanym, dwa, bo jakby nie patrzeć w drodze na wakacje byłam, wakacje mojego życia (nie najtańsze zresztą..), strachy na lachy, wiatr w żagle, uśmiech i hej ho przygodo. Któż wtedy mógł przypuszczać, jak wiele te dwa tygodnie zmienią w moim życiu, że będą początkiem całkowicie nowej ery w mojej percepcji spraw, szerokości horyzontów, podejścia do życia i postępowania. Nikt. A najmniej ja sama.

Kambodża, Angkor, Luty 2011.

Kambodża, Angkor, Luty 2011.

Lot jak zwykle był co najmniej wyczerpujący. Najpierw do Londynu, potem dłuższa chwila czekania na Heathrow, wreszcie Doha, kolejne bramki i odprawy, i ostatnie połączenie do Bangkoku. Kiedy dotarliśmy do mety, zdążyłam zaznajomić się z paroma osobami, a grupa postanowiła trzymać się razem na lotnisku, więc przynajmniej nie musiałam się tak od razu odnajdywać i skupiać, mogłam jeszcze chwilę przeczekać w kokonie własnych rozmyślań i lęków. Poza tym byłam po prostu wykończona, wyglądałam marnie i tak też się czułam, ekscytacja kompletnie ustąpiła pod naporem niepokoju i zwykłego zmęczenia fizycznego. Marzyłam tylko, żeby wreszcie znaleźć się w hotelu, w czystym łóżku i odpłynąć do krainy wiecznego spokoju, bo koszmarów raczej nie miewam, a nawet jak miewam, to mi one nie przeszkadzają. Uwielbiam spać, a jeszcze bardziej uwielbiam się wysypiać. Z takim oto nastawieniem i stanem umysłu, jak zwykle w moim przypadku pracującego na pełnych obrotach, podążałam dzielnie za grupą, odprawiłam się, ogarniałam bagaż, który na szczęście nie zgubił się nigdzie po drodze i szłam długimi lotniskowymi korytarzami. Mały robocik, programowany siłą kolejnej listy rzeczy do odhaczenia po prostu, aż do ostatniego przystanku, gdzie czekał na nas nasz przewodnik wycieczki.

Kambodża, Tonle Sap, Luty 2011.

Kambodża, Tonle Sap, Luty 2011.

I wtedy go zobaczyłam po raz pierwszy. I wierzcie mi lub nie, ale miałam ten jeden z motywów wszystkich komedii romantycznych, kiedy w zwolnionym tempie kamera pokazuje jak spotykają się dwa spojrzenia i świat, znaczy ujęcie, na chwilę się zatrzymuje, i każdy wie, że chodzi o „TO” właśnie. W rzeczywistości chwila ta to ułamek sekundy, kiedy napięcie energetyczne, impuls, dreszcz, zaćmienie umysłu, czy po prostu bliżej niesprecyzowane „coś” przemknie ci przez umysł. Można to określić zdaje się intuicją, można znakiem, prawda jest taka, że określasz to, kiedy sobie to „coś” po tym „czymś” uświadomisz i nazwiesz w zakresie dostępnego tylko tobie poznania i percepcji własnej, najczęściej jednak machniesz ręką i zapomnisz, porwany przez całą resztę zdarzeń następujących później. Do mnie dotarło to na długo potem i można przypuszczać, że mi się tylko przyśniło, albo sobie to wmówiłam. A może wtedy po prostu nie chciałam się do tego przyznać? W tamtym momencie poszłam dalej, zachowując się jak gdyby nigdy nic, całą sobą udając, że właściciel spojrzenia jest mi co najmniej obojętny. Nic dziwnego, że Anglia mnie tak przyciąga, jestem jak wypisz wymaluj wszystkie bohaterki osiemnastowiecznych historii pióra Jane Austen, z „Dumą i uprzedzeniem” na czele. Gatunek co najmniej „old-schoolowy”, jak to się mówi, w tych sprawach. Bez dwóch zdań! 😉

Wieczorem poszliśmy na spacer po okalających nasz hostel uliczkach i był to mój pierwszy prawdziwy kontakt z Azją, z jej esencją i niezwykłym urokiem. I było to moje kolejne tego dnia, zakochiwanie się od pierwszego spojrzenia zakochiwanie się dosłownie we wszystkim. W ulicznym gwarze i zapachach. W uśmiechach przechodniów i jedzeniu. W pełnej feerii kolorów i przepychu. W zaduchu i skwarze bijących od zatłoczonych i zaśmieconych chodników. Z niemal każdym państwem azjatyckim, które miałam okazję zobaczyć, a było ich kilka, pierwszy kontakt wygląda zawsze tak samo mam wrażenie, albo kochasz, albo nienawidzisz. Ja pokochałam i nie przestanę już kochać. Azja jest dla mnie miejscem niezwykłym, wręcz idealnym na wszystkie nowe początki. Jest jak dziecko, które mimo brudu i ubóstwa, nie przestaje się śmiać, bawić, tańczyć i śpiewać. Kiedy wyjeżdżałam w tym roku, wiedziałam, że moja z nią przygoda, która trwała jakby na to nie patrzeć prawie 3 lata na tą chwilę się kończy i jak każdy koniec przeżyłam to głęboko. Nie powiedziałam żegnaj i dalej myślę, że było to tylko „do widzenia”, ale czuję, że nie wrócę tam tak szybko, a powrót już nigdy nie będzie ten sam. Tęsknię za Azją niemal każdego dnia w sposób zupełnie irracjonalny, bo przecież wiem, że mogłabym wrócić. Wiem też jednak, że nie wrócę, że ten etap mojego życia czas zamknąć i zrobić miejsce na nowy. Czas poznać inne rejony świata, czas po prostu ruszyć dalej. Azja wyryła mi w sercu tatuaż na całe życie. Kolorowy tatuaż. Przepełniony miłością, choć trudną. Radością, choć niejednokrotnie przez łzy. Wolnością, chociaż nie zawsze pełną. Tak bardzo wypełniony mną, choć tą samą, już na zawsze inną.

 ***

Kambodża, Luty 2011 r.

Kambodża, Sihanoukville, Luty 2011.

Kambodża, Sihanoukville, Luty 2011.

Wszystko, co wydarzyło się w przeciągu następnych dwóch tygodni było dla mnie jak jeden wielki sen, w który do dziś dnia czasem trudno mi uwierzyć. I nie, nie to, że było idealnie, bo nie było. Myślę, że wspominam to tak po prostu dlatego, że nigdy wcześniej nie byłam, aż tak szczęśliwa, nigdy dotąd nie czułam się, aż tak bardzo sobą. „W życiu piękne są tylko chwile” śpiewa Dżem i tylko te dzisiaj pamiętam, i tylko te czasami mam. Chwile tak ulotne i doskonałe w naszym w nich zachwycie, że aż brakuje nam tchu.

Pamiętam zachód słońca w Angkorze, pot spływający mi po każdej jednej części ciała w trakcie wspinania się na szczyty kolejnych świątyń, w mistycznej atmosferze, nieco mniej mistycznym tłumie i wręcz onieśmielających widokach. Pamiętam dzieci, dużo dzieci, atakujących cię niemal na każdym jednym kroku ze świecącymi, jakże dużymi w ich wychudzonych twarzach, oczami i świętym okrzykiem „one dolar, one dolar”. Pamiętam pobudkę o 4 rano w celu uczestniczenia w obowiązkowym punkcie programu, jakże pięknym i wzniosłym, któremu na imię wschód słońca zza (dosłownie) Angkor Watu. Zimny wiatr przeszywający niemiłosiernie niewyspane ciało w pospiesznej i szalonej (jednej z wielu) drodze tuk-tukiem, tłumne zgromadzenie turystów, w większości Chińczyków, w miejscu przeznaczenia i jakże irytujący, nieustający dźwięk aparatów „klik”, „pstryk”. Pamiętam nawet to słońce, chociaż tego dnia akurat się zbuntowało i nie wzeszło…

Pamiętam pierwszą podróż tuk-tukiem, przez wypełnione po brzegi ulice Bangkoku, szaloną, przerażającą, podnoszącą adrenalinę do punktu krytycznego wrzenia, niezapomnianą. Pamiętam grillowaną żabę, którą jadłam w restauracji w Siem Reap do której poszliśmy oglądać przedstawienie tradycyjnego khmerskiego tańca. Pamiętam robaka, taką jakby glistę upieczoną, którą zjadłam na jednym z wielu straganów i pamiętam, że właściwie bez smaku była, w teksturze zbyt „spopielała” jak dla mnie. Pamiętam mój pierwszy kontakt z zupą Tom Yum ostrą jak nie wiem co, z nieco kwaśnym posmakiem trawy cytrynowej i słodkim z mleczka kokosowego, którą musiałam popijać piwem, w celu ugaszenia ognia i powstrzymania łez. Chang, ach, pamiętam Changa, który jest typowym tajskim piwem dla turystów i tylko dla turystów, bo jak się dowiedziałam dopiero, gdy robiłam kurs angielskiego w Bangkoku dwa lata później, wśród ludności lokalnej ma opinię taniego i dla biedaków. Dla mnie jednak, niezależnie od opinii Chang pozostanie Changiem, jednym z wielu nieodłącznych smaków Azji Środkowo-Wschodniej. Obok indonezyjskiego Bintanga, wietnamskiego Hanoi, singapurskiego Tigera, laotańskiego Lao, tajlandzkiego Singha, kambodżańskiego Angkora, filipińskiego San Miguela i indyjskiego Kingfishera oczywiście. Wszak nic nie ostudzi cię bardziej, pod każdym jednym względem, i to nie tylko w Azji, jak dobry, jasny i pełny browar.

Kambodża, Tonle Sap, Luty 2011.

Kambodża, Tonle Sap, Luty 2011.

Pamiętam wizytę w najgorszym z więzień reżimu Pol Pota Tuol Sleng (S22), po którym oprowadzała nas drobna Kambodżanka, kończąca każdą opowieść, jednym, poruszającym każdą strunę w twoim sercu i duszy, zdaniem: „to moi rodacy, moi rodacy zrobili to moim rodakom” w rytm, jakże dobrze nam wszystkim znanego zdania Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Każde wrażliwe serce wie, że nic nie boli bardziej, niż ta właśnie świadomość. Pamiętam Pola Śmierci i drzewa, które w tamtym czasie były środkiem do dokonywania bestialskich zbrodni, bo to o ich pnie, nie naruszając koron nawet odrobinę, rozbijano, niczemu niezawinione i niczego nieświadome, głowy niemowlaków, na oczach ich matek i ojców. Pamiętam ciszę. Przejmującą ciszę własnego milczenia, bo zabrakło mi słów, żeby opisać, co wtedy czułam. Pamiętam niepełnosprawnych na ulicach Phnom Phen i Siem Reap, obnażających z premedytacją swoje braki i ubytki, żebrzących o odrobinę litości, wyrażoną choćby najmniejszym groszem, godne pożałowania „pozostałości” tamtych okrutnych czasów, które żywymi duchami wciąż jeszcze straszą. Mijanie ich bez słowa, spojrzenia i choćby odrobiny uwagi było pierwszą z wielu lekcji emocjonalnej obojętności, którą codzienne azjatyckie obrazy wymuszają, i która stanowi niemal naturalny instynkt samozachowawczy, być może smutny, ale potrzebny i prawdziwy. Pamiętam ledwo utrzymujące się na powierzchni chaty z bali kambodżańskich rybaków i ich rodzin w trakcie spływu w kierunku jeziora Tonle Sap, największego w Azji Południowo-Wschodniej, łączącego się bezpośrednio z rzeką Mekong. Pamiętam skromne, z perspektywy zachodnio-europejskiej opłakane i porażające, warunki w jakich ludzie tam egzystują, niezmiennie od pokoleń.

Pamiętam moje czerwone i niemiłosiernie piekące stopy, którymi machałam sobie na łódce w drodze z Siem Reap do Phnom Penh, przez dwie godziny w pełnym tropikalnym słońcu, bez choćby odrobiny kremu przeciwsłonecznego na sobie… Pamiętam niemal dziewicze plaże Sihanoukville, gdzie można było błogo robić nic, a ciszę przerywały tylko krążące w tą i z powrotem Kambodżanki, oferujące masaże, owoce, parea, biżuterię, a nawet szybką, sprawną i bezbolesną depilację nitką każdej z części ciała. Pamiętam szaloną noc, bilard w pubie, tańczenie w klubie, wreszcie nocne pływanie w zawsze ciepłym morzu. Pamiętam piasek, dotyk, spojrzenie, wynurzenie i zanurzenie, namiętność. Pamiętam też niemiłosiernego kaca następnego dnia i uśmiech, bo każda część mojego ciała krzyczała na cały głos „żyję”! Pamiętam rozmowy, długie, krótkie, urywane, ale zawsze głębokie. Pamiętam czapkę z daszkiem i zielony podkoszulek. Pamiętam wreszcie pożegnanie w progu pokoju hotelowego. Ciche, spokojne, przepełnione bezsłowną akceptacją chwili, która chociaż mijała i miała nigdy nie wrócić, pozostawiała po sobie, jakiś nieuchwytny, głęboki ślad.

Kambodża, Sihanoukville, Luty 2011.

Kambodża, Sihanoukville, Luty 2011.

Pamiętam. I dzisiaj chyba już tylko to się liczy i to jest wartością bezcenną. Kiedy wróciłam do biura i rozmawiałam o tej podróży z sidzącym wtedy jeszcze przy biurku obok, Kacprem, powiedział mi, ze swoim niezapomnianym uśmiechem od ucha do ucha, „i co pani Magdo, to nie tutaj jest życie?”. A ja się uśmiechnęłam, bardziej do siebie niż do niego, i trochę już wtedy nieobecnym głosem odpowiedziałam: „nie, nie tutaj”. W podróży żyję każdą jedną cząstką siebie. W podróży jestem i staję się sobą jednocześnie. A potem podróż, każda inna, staje się trochę mną i żyje sobie gdzieś obok, sprawiając, że niezależnie od okoliczności się uśmiecham, bo pamiętam…

Anglia, Acton Trussell, Wrzesień 2014.

Anglia, Acton Trussell, Wrzesień 2014.

O przeszłości mówi się, że jest niezmienna, że nie ma co nią żyć i lepiej opanować sztukę zapominania. I jest to, tak jak wszystko inne, tak samo prawda, jak i nieprawda. Życie to sztuka pamiętania, a nie zapominania, jeśli ją opanujesz prostotą swojego serca, wszystko stanie się wyborem właściwej dla ciebie perspektywy. Prawda o prawdzie jest bowiem taka, że każdy wybiera swoją. Złudzeniem jest to, że można zapomnieć. Nie zawsze można i najczęściej nie warto, ale można i warto wspominać rzeczy takimi, jakimi chce się je pamiętać. Staną się wtedy twoim wytchnieniem w codzienności i drzwiami do tworzenia kolejnych wspomnień w przyszłości. „Wolność jest wszystkim, a miłość to cała reszta”… Odkąd natknęłam się na ten cytat stał się on moim mottem życiowym, stał się esencją mnie. Nic dla mnie nie łączy tych dwóch w sposób bardziej nierozerwalny niż podróż, jakąkolwiek by ona nie była. Wolność i miłość. Niech one tworzą to kim jesteś, jak żyjesz i co, i jak, i kiedy tylko chcesz, wspominasz.

***Tekst jest fragmentem książki nad którą właśnie pracuję. Książki, która będzie wspomnieniem „jednej” miłości.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s