Anglia: Krok, a potem następny…

Zapożyczone z FB.

Zapożyczone z FB.

„(…) właściwa młodemu duchowi (…) ufność to wiara, że każda rana jaką otrzyma, zostanie uleczona, to wiara, że nowe życie następuje po starym. To wiara, że we wszystkich drobnych, pozornie błahych rzeczach i zdarzeniach tkwi głębsze znaczenie, że wszystko ma swój sens, że wszystko w życiu człowieka – niedole i bieda, rany i blizny, wesołość i ból – może być przekształcone w życiową energię”.

Clarissa Pinkola Estes, „Biegnąca z wilkami”.

Skrzyżowanie dróg.

Skrzyżowanie dróg – telefon do przyjaciela.

Wczoraj miałam małą tele-konferencję z moją rodziną przez vibera. Byli moi rodzice, siostra, szwagier i siostrzenica. Rozmawialiśmy, co słychać, jak mi się układa, jak się czuję z moim obecnym życiem. Czuję się. To chyba najzdrowsza odpowiedź, jakiej na tym etapie drogi mogę udzielić. Tęsknię, rozważam, irytuję się, szukam, pracuję, zapominam i wracam do punktu wyjścia. Czuję się. Raz lepiej, raz gorzej, raz nieśmiały uśmiech przez łzy, innym razem śmiech i łzy. Tęsknię przeokrutnie za tym, co w domu, tęsknię za tym, co było, za tym, co będzie, za tym, co już nigdy nie wróci i za tym, o czym nawet jeszcze nie wiem, że gdzieś na mnie czeka. Nieokiełznana tęsknota, rozlewająca się na każdy jeden aspekt mojego życia, tak chyba nazwałabym stan emocjonalny w którym teraz jestem. Towarzyszy jej poczucie osamotnienia, smutku, zamyślenia, czasami niepokoju. Jest wyrazem zwykłego sentymentu na wspomnienie czegoś dobrego, do czego warto myślami wracać. Jest marzeniem, ukrytym na dnie każdego serca, błogim złudzeniem przynależności, komfortu miłości, życia w kokonie nieświadomości. Moja tęsknota to nie tylko brak najbliższych obok, to także głębokie poczucie przemijania, ale też nadziei, kiełkującej gdzieś w oddali, choć wciąż niepewnej, nieuchwytnej, niesprecyzowanej. Moja tęsknota jest moim dojrzewaniem, bo prowokuje zadawanie pytań najważniejszych i uczy tego, bez czego jesteśmy niczym więcej, aniżeli chorągiewkami na wietrze, wiary i towarzyszącej jej dyscypliny. Moja tęsknota to głębokie i trochę bolesne zrozumienie cykli życia i śmierci, oraz drogi, tej najważniejszej, która tak naprawdę nigdy się nie kończy…

Stafford

Stafford

Kiedy rok temu byłam w Bangkoku, totalnie owładnięta radością swojej wolności i tym, jak żyję, miałam krótką i nieprzyjemną wymianę zdań z jedną z bliskich mi osób. Sprowadzało się to między innymi do mojego odejścia od wiary chrześcijańskiej (chociaż tak naprawdę ja bardziej odeszłam od Kościoła, aniżeli od wartości chrześcijańskich jako takich) oraz wyjazdu w nieznane i pozostawienia za sobą domu i rodziny. Usłyszałam wtedy, że ona życzy mi, żeby mi się nie udało, bo odchodzę tą drogą od korzeni i tradycji, a te są bardzo ważne w życiu. Zabolało, ale też utkwiło na długo w mojej pamięci. Nasz kontakt się urwał, chociaż ostatnio znowu go nawiązałam, bo niezależnie od tego jak wtedy to odebrałam i przeżyłam, i nieważne jak wiele jest rzeczy, które nas w którymś momencie podzieliły i nadal różnią, w jednym zgadzam się bezapelacyjnie: korzenie są ważne, zawsze były ważne i zawsze będą ważne w moim życiu. Pisałam wcześniej o wartościach takich jak przyjaźń i rodzina, pisałam o bożonarodzeniowej tradycji, teraz odwołuję się do mojej tęsknoty za domem. Sposób w jaki komunikuję pewne rzeczy bywa czasami nadto kategoryczny, zabarwiony emocjonalnie głosem nieznoszącym sprzeciwu. Swego czasu jeden znajomy z pracy zarzucał mi, a właściwie sugerował, że na tym polega mój główny problem w relacjach, że jestem zbyt kategoryczna, czarno – biała. Nie jestem i mało jest rzeczy, które są w moim życiu kategoryczne, ale zapewne przedstawiam, albo sprawiam wrażenie osoby, która właśnie tak postrzega świat i życie, trochę zero – jedynkowo. Cóż, nie jestem doskonała i nigdy nie będę. Jestem uparta, bywam do bólu zdyscyplinowana i tak, bywam kategoryczna. Mam problemy w komunikowaniu, zwłaszcza w bliskich relacjach. Ponoszą mnie często emocje i daleko mi do potulnej i grzecznej damy, która załatwia wszystko dokładnie tak, jak należy. Nie umiem okazywać uczuć, słowa kocham cię, tęsknię nie przychodzą mi łatwo. Wiele rzeczy przemilczam z obawy, a może z przyzwyczajenia, przed niezrozumieniem. Tak, bez dwóch zdań bywam „trudna”, ale … Jak kocham to całą sobą, nie ma takiej rzeczy, której nie zrobię, żeby pomóc. Troszczę się o to, co mi bliskie, na tyle na ile mogę. Jak w coś wierzę, to nie odpuszczam, choć czasami pewnie i byłoby to zdrowsze. Przejmuję się, myślę, denerwuję, tęsknię i zawsze wracam. Staram się. Staram się dla tych, których kocham, bo to oni są najważniejsi, bo korzenie są dla mnie ważne. Staram się, żeby było dobrze tak dla mnie, jak i dla wszystkich zainteresowanych. Staram się robić wszystko, co robię, jak najlepiej. I szarpię się, nieustannie, zagubiona w całym tym galimatiasie, który jest moim życiem. I nie wiem, naprawdę nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, albo jak inaczej miałoby ono wyglądać. I to jest jedyny problem, który mam – za bardzo się staram. Z całą resztą, jak zawsze, radzę sobie świetnie. 🙂

Miejsce pracy.

Miejsce pracy.

Któregoś z ostatnich wieczorów, siedziałam sobie przed komputerem i przeglądałam tego bloga, wracając do tekstów, które opublikowałam. Miałam momenty zdziwienia i zaskoczenia: czy to naprawdę ja to napisałam? Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam satysfakcję z tego, co robię i radość, bo pomyślałam, hm to jest naprawdę niezłe. Cały poprzedni rok był rokiem trudnym dla mnie, ale był też rokiem wielkich zmian i mojej własnej transformacji wewnętrznej. Jest mnóstwo rzeczy, które „spieprzyłam” po drodze, ścieżek, które w wirze emocjonalnych rozterek, zgubiłam, planów, których w wyniku płytkich dystraktorów nie zrealizowałam. Nawet na chwilę nie przestałam nad sobą pracować, nawet na chwilę nie pozwoliłam sobie siebie docenić, bo zawsze znalazłam coś, co było nadal nie tak, wciąż dalekie od perfekcji. „Żyjemy na Planecie Ziemi, nie na Planecie Perfekcji. Piękno i miłość, powroty do domów, do centrum czasu, raz za razem, są naszą siłą i oparciem psychicznym” napisała ostatnio na FB Clarissa Pinkola-Estes. Planeta Ziemia jest naszym powołaniem, to o nią się rozbijamy i od niej się odbijamy, to Ona jest naszym domem i miejscem w którym możemy manifestować swoje życie. Nawet najwznioślejsza idea, pozostanie tylko ideą, jeśli nie znajdzie wyrazu w naszym codziennym życiu, tu i teraz, nie gdzieś tam, w odległej przyszłości. Potrzebujemy dyscypliny, żeby nie zatracić tego, o co tak naprawdę nam chodzi. Dyscyplina ta to nie tylko odhaczanie pozycji na naszej liście rzeczy do ogarnięcia, to także panowanie nad myślami, dialogami wewnętrznymi, pilnowanie równowagi pomiędzy światami, wewnętrznym i zewnętrznym. Tej jednej dyscypliny mi brakowało, tej jednej potrzebuję jak wody do kontynuacji, do życia, jakim chcę żyć, tak w kwestii marzeń, jak i wartości, które są mi bliskie, drogi i celu, pracy i świętowania, zarabiania i wydawania. Dyscyplina to nie nasz wróg, który zmusza nas tylko do tego, co trudne i wymagające. Dyscyplina to nasz przyjaciel, który nam przypomina o tym, czego pragniemy i pomaga nam to osiągać każdego dnia.

Miejsce pracy nr 2.

Miejsce pracy nr 2.

Postępowanie w zgodzie z sobą to nie tylko działanie oparte o nasze chciejstwo i dobre samopoczucie na tu i teraz. Czasami wymaga ono samodyscypliny, trzymania w ryzach egoistycznych (wypływających z ego) impulsywnych decyzji i zachowań. Wymaga determinacji przejścia drogi trudniejszej, ciemniejszej, ale w perspektywie czasu bardziej satysfakcjonującej, opartej nie tylko na marzeniu o upragnionym shangri-la, ale także na wartościach, poświęceniu i wytrwałości. Tylko tak zbudujemy spokój wewnętrzny, uśmiech serca, dający przekonanie, że jesteśmy na właściwej ścieżce, że wykonujemy „dobrą” pracę i dumę z bycia tym, kim jesteśmy. Postępowanie w zgodzie z sobą wymaga nie tylko poznania siebie, ale także zaufania do siebie i do życia. Miłości do tego, co tworzymy i kim jesteśmy, niezależnej od naszych wad, błędów i niedoskonałości. Wiary, że cokolwiek nam się nie przydarzy i jakkolwiek się po drodze nie pogubimy i nie pokaleczymy, mamy w sobie siłę, żeby wrócić do siebie, bo to, co najlepsze jest w nas i nawet jeśli chwilowo tego nie widzimy, to zawsze możemy to odnaleźć. I odnajdziemy, bo to także nas szuka. Na tym polega powrót do domu, na odnalezieniu i poukładaniu tego, kim i czym jesteśmy. To wtedy czujemy się cali, poskładani, czujemy się sobą, niezależnie od tego, jak wymagające jest nasze życie na tu i teraz. To właśnie to daje mi Anglia. Siłę i wiarę, dyscyplinę i powrót do siebie. Pracuję i odkładam pieniądze na przyszłą drogę, którą już teraz intensywnie planuję i której wyobrażenie daje mi radość. Piszę. Od początku tej podróży chciałam napisać książkę, miałam w związku z nią różne pomysły, planowałam czas i wykorzystanie przestrzeni, koniec końców nawet nie zaczęłam. Teraz do tego wracam, bo każdy moment jest tak samo dobry, a ten dostępny w dniu dzisiejszym zawsze najlepszy. Planuję powrót na święta do Polski, już myślę o prezentach dla najbliższych, o tym , jak spędzimy wspólnie czas. Tak, odliczam dni do spotkania z przyjaciółmi, ale nie tracę przy tym mojego czasu na użalanie się nad sobą, chociaż i ono mi się zdarza. Ba, głęboko w sobie wiem, że właśnie tego czasu potrzebuję, że jest konieczny tak dla moich zamiarów, jak i dla mnie samej. Czuję. Myślę. Obserwuję. Działam. Żyję w zgodzie z sobą i z tym w co wierzę. I jest to dobre życie, ludzkie i ziemskie, choć tak bardzo niedoskonałe.

Znaki drogowe.

Znaki drogowe.

Każdy podróżnik, niezależnie od drogi, którą w danym momencie podąża, musi wierzyć, że każda ścieżka dokądś prowadzi. Każdy podróżnik zaczyna od pierwszego kroku, który jest dyscypliną wiary, a potem stawia następny i następny, każdy jeden będący dyscypliną przeznaczenia. Jako, że poruszamy się tutaj po krainie zmysłów i ducha, a nie materii, jedynym, do czego tak naprawdę dążymy jest zrozumienie wszystkiego poprzez pryzmat cykli, woli i radości uczestniczenia. Wiosna, lato, jesień, zima. Krok, a potem następny. Z wiarą, nadzieją i miłością. Nie ma mety, nie ma królestwa spełnienia, niebo i piekło nie istnieją. Stąd tęsknota, stąd bolesna świadomość, ale i nadzieja, bo wiele jeszcze różnych ścieżek przed nami, mnóstwo różnych doświadczeń, wiele radości, choć pewnie i wiele smutków, i nasz taniec pośród burz i zawiei, w słońcu i w deszczu. Jak zamierzasz tańczyć ten taniec? Świadomie, w rytm muzyki swojego serca i duszy, czy tak jak inni ci zagrają? Całą sobą, bez tchu i z pasją, czy pląsając nogami nieśmiało? Z gracją, pewnością siebie i zaufaniem do życia, czy ze spuszczoną głową, wtedy, gdy nikt nie patrzy? Na tylko jednym parkiecie, czy na każdym dostępnym twojemu poznaniu? Są to jedyne pytania na które możemy sobie odpowiedzieć i są one najważniejsze. Tańcz, tak jak ci w duszy gra, w uniesieniu, pewności i zachwycie. Tańcz tango, polkę i walca, dopóki gra muzyka, w takt swojego serca. Jak mawiał świętej pamięci Kacper: „jedzenie jest do jedzenia, ludzie są do kochania, a śmierć nie istnieje”. Dodałabym od siebie, a świat to parkiet, a życie to taniec; „niech żyje bal” w każdej ze swoich odsłon!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s