Indie: U źródła.

„Miejsce do którego powołuje nas Bóg jest tam, gdzie spotyka się twoja największa radość i największy głód całego świata”.

Frederick Buechner.

 

Delhi

Delhi

Od momentu, kiedy pierwszy raz natknęłam się na cytat powyżej nie przestaję zastanawiać się nad jego znaczeniem. Nie jestem w stanie do końca sprecyzować dlaczego, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób kojarzy mi się z całą esencją Indii właśnie. Kiedy podzieliłam się nim z przyjaciółkami jedna z nich zapytała: „no to gdzie jest teraz twoje miejsce?”, a ja bez zawahania odpowiedziałam: „dokładnie tu, gdzie jestem”. W książce, którą teraz czytam na temat Zen i jego historii znalazłam ostatnio wyjaśnienie tej zagwozdki, które wywołało uśmiech zrozumienia w „niezrozumieniu” na mojej twarzy. Otóż jedynym sposobem na zrozumienie pewnych rzeczy jest zaprzestanie usilnego próbowania zrozumienia ich. {„This is undoubtedly true. The effect of comic parody on logic is so telling that the only way to really understand the message is to stop trying to understand it”. Thomas Hoover, The Zen Experience.} I tak właśnie podchodzę do Indii, i do mojego podróżowania, i do tego jak żyję.

Trasa

Trasa

W Indiach spędziłam niecałe 2 miesiące, co daje mniej więcej 54 dni. Podróż tą zaczęłam i zakończyłam w Delhi. Odwiedziłam 6 stanów: Radżastan (Agra, Jaipur, Pushkar, Jodhpur, Jaisalmer i Udaipur), Maharashtra (Mombaj), Goa (Margao i plaża Palolem), Kerala (Ernakulam, Fort Kochi, Vypin, Alappuzha, Varkala, Kovalam, Munnar), Tamil Nadu (Kanyakumari, Madurai i Ooty) i Uttar Pradesh (Varanasi). Przejechałam łącznie około 8.051 kilometrów i spędziłam doprawdy niepoliczalną ilość godzin w indyjskich pociągach wszystkich klas i autobusach (google maps pokazuje na przejechanie tej trasy 132 godzin i uznaję tą estymację za mocno optymistyczną, sam przejazd z Ernakulam do Varanasi trwał całe 2 i pół dnia – sic!). Z Fortu Kochi na Vypian i wzdłuż wyspy dzielnie pedałowałam, a w Alappuzha nawet wiosłowałam. Za wyjątkiem Radżastaniu, całą resztę miejsc objeżdżałam spontanicznie i bez większego planowania. Jak mi się gdzieś podobało zostawałam dłużej, jak nie jechałam dalej. Każdy region w Indiach jest inny i każdy wspominam inaczej. Za najlepszą decyzję ze wszystkich uważam pozostawienie na koniec Varanasi, które stanowi w moim przekonaniu kwintesencję tego kraju i jego obyczajowości.

Kanayakumari

Kanayakumari

Spacer brzegiem Gangesu od pierwszego Gathu do ostatniego jest szeregiem doświadczeń natury życia – śmierci – życia i idealnym odzwierciedleniem wierzeń hinduistycznych i samych Indusów. Wprawia w niewyobrażalny stan zadumy i wywołuje w całej swej kontrastowości uczucie kompletnie niewytłumaczalnego spokoju i wręcz transcendentalnego zrozumienia ludzkiej egzystencji. Od rytualnych kąpieli w świętej rzece, poprzez codzienne i zachwycające w swej prostocie „nadrzeczne pralnie”, świątynie z obrazami kamasutry i napotykane, co chwilę symbole lingam z nieodłącznym ich atrybutem yoni (lingam symbolizuje Shivę, jako symbol energii męskiej, natomiast yoni jego żonę Shakti i energię żeńską, połączenie obu w uproszczeniu jest wyrazem jedności obu energii, jako wzajemnie się uzupełniających i kreujących jednocześnie), błogosławieństwa „nietykalnych” (najwyższa indyjska kasta) i nagabywania żebrzących, wreszcie po kremacje zmarłych. Jedno obok drugiego. Co chwilę znajdujesz się w innym wymiarze życia, któremu nieodłącznie towarzyszy gdzieś na drodze śmierć. Hindusi wierzą, że Ganges i Varanasi są najlepszymi miejscami przejścia i karmicznego oczyszczenia duszy, toteż wielu z nich przyjeżdża tutaj tylko w oczekiwaniu na śmierć. Nad brzegiem rzeki są dwa miejsca kremacji, mniejsze przeznaczone dla wyznawców wszystkich religii i większe tylko dla Hindusów. W każdym z tych miejsc codziennie pali się od 60 do 70 ciał. Na małych stosikach ułożonych z drewna układa się ciało owinięte w wiele warstw tradycyjnych indyjskich tkanin (każdy członek rodziny musi dać jakąś część „garderoby” od siebie), mężczyzna w białych szatach (z reguły najbliższy zmarłemu) zakupuje święty płomień w świątyni (który nie gaśnie od ponad 3000 lat) i po obejściu „stosu” trzykrotnie go podpala. Dla rozniecenia ognia używa się tylko i wyłącznie naturalnych składników np. polewając ciało tłuszczem. W ceremonii udział biorą tylko mężczyźni, bo płacz, a wiadomo kobiety są bardziej tkliwe, nie sprzyja karmie duszy. Ciało płonie od 3 do 4 godzin. W przypadku mężczyzn spaleniu nie ulega klatka piersiowa, a kobiet biodra, te elementy ciała są topione następnie w rzece. Prochy zbiera się na jedną kupkę, która co rano jest rozsypywana w rzece przez „nietykalnych”. Wszystkie rzeczy zachowane i znalezione wśród prochów, najczęściej żeńska biżuteria, należą automatycznie do nich. Nie pali się dzieci do lat dwóch i kobiet w ciąży, które jako mające w sobie nieskalane życie nie wymagają oczyszczenia karmicznego. Ich ciała zawozi się łódką na środek rzeki i po prostu wrzuca do wody. {Wszystkie informacje zostały mi przekazane przez lokalną ludność w miejscach spalenia lub też są wynikiem moich obserwacji, stąd też nie gwarantuję, że usłyszałam i zapamiętałam je z dokładnymi szczegółami.} Obserwacja tego rytuału jest tak samo fascynująca, jak i odstręczająca w całym jej ekshibicjonizmie marności ludzkiego ciała, do którego tak bardzo przywiązujemy się za życia w naszej kulturze. Stanowi także bezpośredni i niemal namacalny kontakt ze śmiertelnością, od którego ostatnimi czasy zachód tak bardzo ucieka w swoim jakże złudnym poczuciu niezniszczalności.

Kanayakumari

Kanayakumari

Oprócz spaceru brzegiem Gangesu nieuniknionym jest obserwacja wschodu słońca nad brzegiem rzeki oraz medytujących w różnych pozycjach w tym czasie. Od jednego z Indusów usłyszałam, że są dwie rzeczy, których nie można przegapić w Indiach: wschód słońca w Varanasi i jego zachód w Kanyakumari. Widziałam oba, ale nie podjęłabym się, aż takiej ich oceny. Pewnie dlatego, że każdy wschód i zachód słońca, niemal wszędzie, może być tak samo piękny i głęboko doświadczany. Bez wątpienia jednak przyznam, że oba te miejsca podobały mi się najbardziej ze wszystkich przeze mnie odwiedzonych, nie dlatego, że są tak urokliwe, bo takich miejsc w Indiach jest bez liku, ale dlatego, że były jakoś „inne”, pozbawione całego turystycznego splendoru tudzież „zachodnich” naleciałości, na wskroś indyjskie w moim odczuciu i poprzez to właśnie najbardziej fascynujące. Do własnej listy „Top 5” tej wyprawy dodałabym jeszcze niezmiennie Pushkar i Udaipur, oraz trekking przez okoliczne wioski w Ooty. Z reguły staram się nie porównywać i nie oceniać odwiedzanych miejsc, ale w tym przypadku jakoś tak samo do mnie przyszło. I nie jest tak, że zapomniałam o pięknych, gorących i mocno „chill-outowych” plażach Goa czy Kerali, po prostu te są indyjskimi „targowiskami próżności” dla zachodnich turystów i dlatego były mnie w stanie zmęczyć zaledwie w przeciągu kilku dni. Polecam je zdecydowanie tym, którzy gustują w tanich, pełnych zabawy i relaksu, urlopach typu niemal „all-inclusive” nad brzegiem ciepłego morza, wylegując się na plaży, biegając po okolicznych ryneczkach pełnych indyjskich pamiątek i przesiadując w plażowych barach, upijając się i jedząc pyszne i świeże owoce morza. Pod tym względem, miejsca takie jak Palolem na Goa oraz Varkala i Kovalam w Kerali są wręcz idealne, a zdaje się, że przez Polaków mało rozpoznawane, bo najczęściej wybieramy Grecję czy Egipt, tudzież z miejsc bardziej egzotycznych Bali albo Tajlandię, a Indie kojarzą nam się potocznie z jakby innym podróżowaniem. Błąd! 🙂

Kovalam

Kovalam

Idiami straszono mnie niemal zewsząd od momentu, kiedy się na nie zdecydowałam. Że niebezpieczne dla samotnie podróżującej dziewczyny, że głośne, śmierdzące i męczące, jak żadne inne miejsce na ziemi. Z takim podejściem i przekonaniem tam pojechałam i takie też były moje pierwsze wrażenia i doświadczenia z tej podróży dopóty, dopóki nie uświadomiłam sobie, że błąd w odbiorze leży po mojej stronie. Zmieniłam swoje nastawienie, oswoiłam fakt, że jako samotnie podróżująca, młoda Europejka zawsze będę wzbudzała zainteresowanie wśród lokalnej ludności i postrzegana, jako swego rodzaju „dziwadło” przez innych, tak kobiety, jak i mężczyzn. Zaakceptowałam i przyjęłam Indie takimi jakimi są i wszystko wokół zaczęło się zmieniać. Teraz, kiedy patrzę na tą podróż widzę tylko cudowne miejsca, jakie odwiedziłam, niesamowite doświadczenie, jakże innej kultury oraz szereg wspaniałych i pouczających przygód. I mimo, że póki co organizuję sobie przystanek w innym miejscu tuż po Nowym Roku, jestem gdzieś w środku niemal pewna, że kiedyś do Indii powrócę. A przyczyna jest banalna, bo uważam, że warto, a kraj ten z uwagi na swoją wielkość i różnorodność pozostawia wciąż niebagatelną ilość miejsc, które chciałabym kiedyś zobaczyć.

Ooty

Ooty

Jako, że jest to ostatni mój wpis w tej, trwającej już ponad pół roku podróży, postanowiłam napisać trochę o samotnym podróżowaniu jako takim. Wcześniej podróżowałam albo w zorganizowanych grupach, albo z przyjaciółmi i muszę przyznać, że jednak samotna droga jest najbardziej inspirująca i ciekawa. Oczywiście każda z form podróżowania ma tak swoje zalety, jak i wady, i każdy indywidualnie decyduje, co jemu pasuje najbardziej. Jedno jednak w przypadku samotnego podróżowania jest pewne, nic innego nie daje ci poczucia, aż takiej wolności i w konsekwencji wiary we własne możliwości. Sam jesteś sobie sterem i okrętem, wszystko robisz tylko tak, jak ty chcesz i w sposób nieunikniony i niezwykle naturalny otwierasz się tak na zewnątrz, jak i na wewnątrz, jak nigdy przedtem. Podróż taka uczy cię siebie i życia w najczystszej postaci w moim przekonaniu. Najbardziej fascynujące jednak pozostają relacje, które jej towarzyszą. Poznajesz całe mnóstwo ludzi, twoja samotność przyciąga innych spontanicznie i bez zahamowań. Z niektórymi spędzasz tylko chwilę, przy innych zatrzymujesz się na dłużej, ale zawsze towarzyszy ci świadomość, że twój czas z innymi jest mocno ograniczony. I to właśnie to sprawia, że zawsze i wszędzie jesteś po prostu szczery w zawieranych znajomościach, a te są wolne od jakichkolwiek oczekiwań. Nie grasz i nie udajesz nikogo, po prostu jesteś w tej małej, ulotnej, wspólnej przestrzeni. Z niektórymi z tych ludzi przyjdzie ci się może zetknąć przypadkowo gdzieś znowu, zdecydowanej większości już nigdy nie spotkasz, a o niektórych będziesz zawsze myśleć z sentymentem, mając nadzieję, że może kiedyś znowu się zobaczycie. Samotna podróż bez wątpienia uczy cię jednego: pożegnań, bez żalu i zawiedzionych nadziei, ze szczerą wdzięcznością za czas, który był ci dany z drugą osobą, tak samo spontanicznych i naturalnych, jak samo poznanie.

Varanasi

Varanasi

Co do wszelkich obaw czy niepokoi napiszę po prostu: „strach ma wielkie oczy”, nic więcej. Przede wszystkim skoro jest to tylko i wyłącznie twoja podróż nie musi być ona perfekcyjna, zaplanowana i idealnie zorganizowania. Wręcz przeciwnie największym urokiem jej doświadczenia jest twoja kreatywność i spontaniczność. Samo poruszanie się i przemieszczanie nie stanowi większego kłopotu i doprawdy nie wymaga jakiegokolwiek planowania. Ba, to właśnie przypadkowość wszystkiego dawała mi największą frajdę i satysfakcję. Nie musisz się też obawiać o bezpieczeństwo. Jedyną różnicą jest twoje oswojenie sytuacji. W Polsce się urodziłeś i mieszkasz, więc czujesz się z nią oswojony, tylko tyle. Zwróć uwagę, że zastępuję słowo bezpieczny słowem oswojony, bo tak działa nasz maleńki rozumek: za bezpieczne uznaje to, co oswojone, a nie to, co nie niesie ze sobą autentycznego zagrożenia i ryzyka. Z własnego doświadczenia wiem, że spacer ulicami Warszawy może być tak samo  niebezpieczny, co spacer ulicami Delhi. Idąc tym tropem dalej, w Warszawie może cię spotkać tyle samo złego, co w Colombo, albo w Bangkoku. W każdym mieście na świecie znajdziesz takie dzielnice i ulice, gdzie nie ma co się udawać samemu po zmroku i szukać przygód. W każdym miejscu należy zachować podstawową i zdroworozsądkową dozę ostrożności. Jeszcze raz z pełną świadomością tego, co piszę, podkreślę: ludzie są wszędzie tacy sami, a to ludzie właśnie są nosicielami przemocy. Tu działa zwykła średnia statystyczna i, o czym przekonałam się dobitnie nie gdzie indziej, a w Warszawie właśnie, zupełna przypadkowość, która absolutnie nie zależy od narodowości, wyznania, koloru skóry, orientacji seksualnej, ani płci, a nade wszystko niemal zawsze pozostaje poza twoją kontrolą. Wszędzie i na tej samej zasadzie „shit happens”, po prostu. A brud, smród i ubóstwo? Cóż, od pół roku intensywnie przemieszczam się po krajach, potocznie uznawanych za epidemiologiczne z różnych przyczyn. Jedyna zasada jaką stosuję to wciąż staram się pić jednak tylko butelkowaną wodę, cała reszta mnie nie rusza. Myję się i płuczę zęby wodą z kranu, albo jaka tam jest akurat dostępna, bo nie zawsze znajdziesz gdzieś kran. Jem na ulicy i nie przejmuję się tym, jak, przez kogo i w jakich warunkach zostało to przygotowane, jeśli mi smakuje to znaczy, że jest ok. Śpię, leżę i siedzę wszędzie, gdzie mi na ten czas przyjdzie, nie wybrzydzając i po prostu o tym nie myśląc. Zaszczepiłam się wcześniej przed tężcem, żółtaczką typu A i B oraz durem brzusznym, i tyle. Za wyjątkiem „dziury” w nodze z Laosu, która się potem zainfekowała i męczyła mnie przez jakiś miesiąc (a to z uwagi nawet bardziej niż na klimat, na moje zaniedbanie po prostu) i przeziębieniem tu w Indiach, byłam i jestem zdrowa jak ryba. Znowu: „shit happens” i „happens everywhere”. Serio, wszystko, czego się boisz siedzi z reguły tylko w twojej głowie i nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Uznaj to, odpuść kontrolowanie i nie pozwól, żeby strach za ciebie decydował. Oczywiście jest jeszcze jeden warunek…  Rozumiesz, wierzysz i godzisz się z faktem, że wygoda, luksus i poczucie komfortu nie są ci w życiu do szczęścia potrzebne i jesteś w stanie z nich zrezygnować na rzecz wartości istotniejszych. I nie znaczy to, że zapomniałam jak miło i przyjemnie jest zanurzyć się w wannie pełnej gorącej wody, albo błogo zasnąć w swoim własnym, pachnącym i mięciutkim łóżku, skądże znowu! Po prostu nie to jest dla mnie w życiu najważniejsze, a cała reszta jest wystarczająca, żeby za tym nie tęsknić, albo inaczej, żeby ta chwilowa tęsknota nie wpływała na twoje postrzeganie istoty rzeczy.

Varanasi

Varanasi

Wracając natomiast do samotności, która faktycznie czasami potrafi odebrać kolory wszystkiemu. Cóż, nie da się ukryć, że spędzasz samotnie dużo czasu w takiej podróży, a radzenie sobie z nią zależy od tego czego szukasz, na jakim etapie życia jesteś i od przyzwyczajenia po prostu. W przypadku długiej drogi niezaprzeczalnym jest fakt, że niekiedy trudno jest pogodzić się z tęsknotą za najbliższymi. Tutaj potrzeba naprawdę silnego przekonania, co do słuszności obranej ścieżki, ale o tym z reguły przekonujesz się dopiero z czasem, a i umówmy się, w dzisiejszym zglobalizowanym świecie, kontakt z nimi możesz mieć niemal codziennie.  W kwestii związków natomiast… Z tajemnic podróżowania powiem wszystkim tym, którzy są samotni w jednym miejscu, podróż jest świetną sposobnością na poznanie kogoś. 😉  Oczywiście, tak intensywne przemieszczanie się, jakie ja stosowałam przez te 6 miesięcy raczej wyklucza coś trwałego i poważnego, ale też nie jest niemożliwe. A poza tym… Ot, bywa różnie.  I nie zamierzam wam ściemniać, że jest to czysta sielanka, bo nie jest. I doprawdy nawet mi się nie chce pisać o wszystkich złudzeniach i nadziejach sprzed wyjazdu, jakie przyszło mi pożegnać po drodze. I nadal nie wiem, czy z czystym sumieniem jestem w stanie powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo moja percepcja szczęścia potrafi zmieniać się z minuty na minutę i obarczona jest wciąż zbyt dużą ilością zmiennych. W podróży, tak samo jak w życiu, zdarzają się minuty wieczności, które się po prostu odlicza. Momenty przetrwania, którym można tylko się poddać i je przeczekać. Chwile tak ogromnej niepewności, zwątpienia i zmęczenia, w których jedyną nadzieją jest, tak bardzo znienawidzone przez nas, naturalne prawo wszechrzeczy: przemijanie… Summa summarum: samotna podróż to po prostu życie w całej swej kwintesencji i wszystkich odcieniach. Jeśli nie boisz się prawdy o sobie i życiu właśnie to znaczy, że możesz ruszać samemu w drogę. Cała reszta jest drugorzędna, jeśli z właściwej perspektywy na nią popatrzysz. Jedno w moim przypadku jest pewne, w styczniu wracam na szlak. Trochę inaczej, trochę spokojniej i trochę bardziej przyziemnie, ale jednak ruszam dalej. Taka jest moja droga na ten czas i wciąż jedyne czego nie potrafię sobie wyobrazić to z niej zawrócić. I nie pytajcie dlaczego, bo najważniejsze czego mnie nauczyło te 6 miesięcy to właśnie pogodzenie się ze świadomością, że jakkolwiek bym nie szukała i nie analizowała, na pewne pytania nie ma żadnej logicznej odpowiedzi.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s