Indonezja cz. 2: Tough Girl.

„Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.

Antoine de Saint-Exupery „Mały książę”.

Jakarta - www.azja.pl

Jakarta – http://www.azja.pl

Kiedy miałam rozmowę kwalifikacyjną w sprawie mojej poprzedniej pracy jednym z głównych zarzutów pod kątem mojej osoby było to, że jestem za miękka, zbyt delikatna i mogę sobie nie poradzić w zdominowanym przez mężczyzn świecie sprzedaży. Poradziłam sobie, ba po jakimś pół roku później, ta sama osoba za moją główną zaletę uznała, że jestem „tough” i dostałam nawet podwyżkę. Określenie to słyszałam już niejednokrotnie, ostatni raz na Sumatrze, kiedy nad jeziorem Maninjau gawędziłam z właścicielem hostelu, w którym się zatrzymałam. Za każdym razem wywołuje ono we mnie swego rodzaju dysonans poznawczy i nigdy do końca nie wiem, czy jest to komplement, czy może jednak zarzut, choć bez wątpienia wyrażany zazwyczaj z pewną nutką podziwu. „Tough” w języku angielskim (diki.pl) oznacza trudny i wymagający; twardy i nieustępliwy; silny i wytrzymały, a czasami wręcz niebezpieczny i nieubłagany. Tym samym z definicji wydaje się, że słowo to ma raczej pejoratywne konotacje, więc skąd ten pobrzękujący gdzieś w oddali podziw? I jak to jest tak naprawdę ze mną? Otóż, znowu zupełnie niechcący, tak bardzo nieracjonalnie umotywowana podróż do Jakarty i później dalej w dół Indonezji, sprowokowała moje rozważania na ten temat i z przyczyn różnych wymusiła pytanie o moją tożsamość jako kobiety. I tak właśnie odnalazłam wiele nieoczekiwanej radości z własnej kobiecości właśnie. 🙂

Senggigi, Lombok

Senggigi, Lombok

Indonezja to pod względem samotnego podróżowania kobiety bardzo specyficzny kraj. Jestem tu zaczepiana nieustannie, wypytywana, obserwowana, czasami wręcz do granic dobrego smaku i mojej własnej wytrzymałości i uprzejmości. Dla Indonezyjczyków rzeczą niepojętą jest to, co robię i widzę za każdym razem wyraz głębokiej konsternacji na ich twarzach, kiedy szczerze odpowiadam na zadawane mi pytania. Schemat takiej rozmowy zazwyczaj przebiega następująco: Skąd jesteś? Z Polski (tu mała uwaga: angielskie Poland zawsze, ale to naprawdę zawsze jest słyszane jako Holland, dlatego lepiej od razu mówić po indonezyjsku, czyli Polandia). Gdzie są Twoi przyjaciele? W Polsce. Znaczy podróżujesz sama? Tak, sama. Masz męża? Nie mam. A chłopak w Polsce tak? Chłopaka też nie mam. Jak to nie masz? Dlaczego????? Po prostu, nie mam i już. Szukasz męża w Indonezji? No nie, nie szukam. A co robisz, studiujesz? Nie, nie studiuję. Gdzie pracujesz? W ogóle nie pracuję. Jesteś na wakacjach? Właściwie to nie, podróżuję sobie po prostu. Hm… Absurdalność tych pytań i moich na nie odpowiedzi, sprawia, że staram się utrzymać luźny tok rozmowy, żartować z tego i przede wszystkim dużo się przy tym śmiać. To natomiast w sposób nieunikniony doprowadza do tego, że kończą z zachwytem: jesteś bardzo ładna i zabawna, nie chciałabyś zostać moją żoną (niezależnie od tego, że z reguły mają już żony)? Oczywiście to wywołuje we mnie jeszcze większe rozbawienie, a oni jeszcze bardziej się cieszą i przyczepiają się do mnie jak przysłowiowy „rzep do psiego ogona”. Kółko się zamyka. I uwierzcie, że o ile bywa to szczerze zabawne i niekiedy nawet pochlebiające, to po którymś z kolei razie, albo w chwilach kiedy marzę tylko i wyłącznie o świętym spokoju, staje się to na wskroś uciążliwe i irytujące, zwłaszcza, że wszystko to uderza w dość nadal wrażliwe dla mnie struny własnych wątpliwości, co do tego jak teraz żyję. Dodatkowo natura ludzi tutaj zdaje się kompletnie nie pojmować potrzeby samotności, przez co odczepienie „takiego rzepa” nie należy do zadań najprostszych. Potrafią stać nade mną i tak dalej zagadywać i obserwować jeszcze długo od momentu, kiedy zrezygnowana zaczynam ich po prostu ostentacyjnie ignorować. A sposobu na to brak, takie zdaje się są różnice kulturowe pomiędzy nami, bo też naprawdę rzadko zdarza się, żeby ich postawa wzbudzała we mnie niepokój, albo poczucie zagrożenia. Nic z tych rzeczy, oni to robią na serio z dobrymi intencjami najczęściej. No i masz oto babo swój podróżniczy placek… 🙂

Labuan Bajo, Flores, okoliczne wysepki

Labuan Bajo, Flores, okoliczne wysepki

Wracając jednak do tego etapu drogi, muszę przyznać, że był on najbardziej chaotycznym i jednocześnie zaskakującym ze wszystkich dotychczasowych. Długo miałam poczucie, że jestem jak dziecko we mgle, po omacku szukające jakiegoś punktu zaczepienia. W Jakarcie literalnie robiłam nic. Nie byłam ani w nastroju, ani nie miałam najmniejszej ochoty na zwiedzanie kolejnej betonowej stolicy w tym nieubłaganym, codziennym ukropie. Tym samym kręciłam się bez sensu po okolicznych knajpkach i barach, próbując wykminić co i jak dalej. I tak właśnie trafiłam do Memories Cafe, gdzie poznałam Egipcjanina Mustaphę, który oprócz tego, że zwierzył mi się ze swoich tragicznych doświadczeń podczas niedawnej rewolucji w Egipcie, przypomniał mi także z jakiej „tkanki” jestem zbudowana; Rivano, który opowiedział mi fascynującą historię swojego adoptowanego, na ten czas 4 letniego, synka Jamiego, jak i jeszcze parę innych historii ze swojego życia, przy czym oczywiście jak większość Indonezyjczyków nie omieszkał mi się oświadczyć; wreszcie dwie polskie siostry podróżujące razem, Olę i Monikę. I to właśnie dzięki nim i swojemu robieniu nic dla odmiany, znalazłam kierunek dalszej drogi, aż do kolejnego zwrotu akcji, który nastąpił niespodziewanie w niespełna dwa dni później. Tym samym po szybkim pokonaniu niebagatelnej odległości pomiędzy kilkoma indonezyjskimi wyspami: Jawą, Lombokiem, Sumbawą, Flores i Komodo, zawitałam na powrót na Bali. Są dwie rzeczy, które stały się w tym momencie priorytetowe. Dwie ludzkie kwestie domagające się we mnie pojednania. Jedna z nich sprawiła, że na święta i Nowy Rok zawitam do Polski, druga, że czas pomiędzy najprawdopodobniej spędzę na Sri Lance, a i może o Indie zahaczę nieco wcześniej, niż myślałam. Ot, życie, w całej jego kwintesencji. I tak właśnie, wszystko to razem wzięte uświadomiło mi, że kiedy intensywnie próbowałam zrozumieć o co tak naprawdę mi chodzi, czego szukam i dokąd zmierzam, koncentrując się na tym rozmyślaniu, zupełnie niepostrzeżenie przegapiłam fakt, że już tam jestem i właściwie wszystko już jest jasne. Chodzi o życie, po prostu i zwyczajnie. Dzień za dniem i noc za nocą. Poddawać się przypływom i odpływom. Zmieniać kierunki i cele, jeżeli taka jest potrzeba. Rozwijać się i szukać. Być, czuć, słuchać i działać. Kolekcjonować chwile, wrażenia, myśli i spostrzeżenia, zawsze i wszędzie podążać za głosem własnego serca. Korzystać z tego czasu totalnej swobody, zamiast na siłę próbować go uporządkować. Tylko tyle! 🙂

Loh Buaya, Komodo National Park

Loh Buaya, Komodo National Park

Zawsze wzdrygam się od określania siebie feministką, chociaż generalnie raczej trudno byłoby mnie uznać za nie feministkę. Wzdrygam się, bo jakoś w głowie mi się nie mieści, że miałabym walczyć, etykietować się i stawać w obronie czegoś, co jest dla mnie z natury rzeczy oczywiste. Jestem przede wszystkim człowiekiem i z samego faktu urodzenia i życia na świecie, jestem uprawniona do szacunku, wolności, miłości i wyboru własnej drogi, jak każdy inny człowiek. Jestem też nieodwołalnie idealistką, co zdaje się jest moim największym problemem we współczesnym świecie i pewnie dlatego najczęściej widzę uśmiech pożałowania dla mojej naiwności na twarzy interlokutorów. I strasznie, strasznie mnie to wkurza niekiedy. Bo czyż to nie absurd, że rzeczy słuszne i dobre są jednocześnie naiwne? I czy to nie smutne, że żeby zaistnieć kobiety muszą walczyć „męską” bronią i nakładać „męskie” maski na twarz? Wreszcie, dlaczego tak bardzo skupiamy się na podziałach i różnicach, zamiast je po prostu uznać i podkreślać to, jak wiele korzyści mogą one wnieść do naszego życia i jak bardzo mogą poszerzyć naszą perspektywę patrzenia na siebie nawzajem i na świat?

Kuta, Bali

Kuta, Bali

Mówi się, że w wyniku zmian społecznych ostatnich lat przeżywamy kryzys męskości, że mężczyznom trudno się odnaleźć w dobie feminizmu. Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią. Myślę, że męskość ma się świetnie we współczesnym świecie w porównaniu z kobiecością. Zresztą, czy nie jest też przypadkiem tak, że naturalna równowaga układu sił w przyrodzie sprawia, że w momencie kiedy jedno podlega rozproszeniu i zachwianiu, w sposób automatyczny wywołuje kryzys także drugiego? Wszak jesteśmy systemem naczyń połączonych i męskość nie istniałaby bez swojego odpowiednika, czyli kobiecości, i na odwrót, a może się mylę? Jako kobieta jednak, skupię się tylko na mojej stronie układanki. Otóż tak sobie myślę, że my kobiety gdzieś się pogubiłyśmy po drodze i trochę same strzeliłyśmy sobie w kolano. Słucham wielu kobiet i większość zmaga się z tym samym niepokojem i swego rodzaju niespełnieniem, a już na pewno narzekają na zmęczenie i niezrozumienie. Rozczłonkowujemy się na milionie różnych frontów, szukając bliżej niezidentyfikowanego perpetuum mobile dla osiągnięcia pełni „własnego” szczęścia. Jesteśmy bombardowane nieustannie informacjami o tym jak żyć, jak wyglądać, jak czuć i jak myśleć. Napastujemy się same niezliczoną ilością artykułów z kolorowych czasopism i programów telewizyjnych od tego, jakiego kremu i kiedy używać, po jak osiągnąć jak najlepszy orgazm zawsze, wszędzie i, jakżeby inaczej, z każdym. Jak być piękną, jak być kochaną, jak być niezależną, jak uwolnić swój potencjał, jak zadowolić swojego partnera, jak wychowywać dzieci, jak zrobić karierę, jak zdobyć wymarzonego faceta, jak otworzyć piwo bez otwieracza i tak dalej, i tak bez przerwy. Czy tego chciałyśmy? Czy te, metaforyczne w tym miejscu, pięć kilogramów mniej lub więcej zrobi jakąś zasadniczą różnicę w naszym życiu? Czy tak ma wyglądać szczęście? I gdzie w tym wszystkim jest indywidualna kobieta? Niech każda sama odpowie sobie na te pytania, niech każda sama doda swoje własne. Jedno jest pewne, „ja wysiadam”, bo dokładnie tak jak śpiewała Anna Maria Jopek „życie przecież po to jest, żeby pożyć, by spytać siebie: mieć czy być?”. Przy czym warto pamiętać, że ludzka potrzeba „mieć” nie sprowadza się w sposób oczywisty do rzeczy i wartości materialnych. Spektrum możliwości oddziaływania naszego „mieć” i stworzenia własnego w nim „być”, jest dużo szersze i głębsze. Stąd to znane nam wszystkim szekspirowskie zapytanie może być istotne w każdym właściwie aspekcie naszego życia. Moim zdaniem oczywiście. 🙂

Inspiracje :)

Inspiracje 🙂

No to jak to właściwie jest z tym moim byciem „tough” na zakończenie? 😉 Ano, bywam bez wątpienia, tak samo jak dokładnie w przeciwnym kierunku, bywam pogubiona i wrażliwa. Jestem kobietą. W naszym przypadku wzajemnie zdawałoby wykluczające się przeciwieństwa są przynależną naszej naturze siłą i się uzupełniają, a nie kłócą ze sobą. Jakkolwiek nie brzmi to absurdalnie, tak jest, było i czas najwyższy się z tym pogodzić. Próba zaetykietowania jakiejkolwiek kobiety jest z góry skazana na porażkę, bo przyjdzie moment kiedy żywiołowo i kompletnie znienacka wychyli się nasza druga natura i włosy każdemu wokół wręcz zjeżą się na głowie w odpowiedzi na to, co usłyszy i zobaczy. Odpuśćmy sobie kategoryzowanie i racjonalizowanie wszystkiego, bo życie, tak jak i ludzie, są niezwykle nieprzewidywalni i na tym właśnie polega cały nasz i życia, urok i potencjał. Nie zmieniajmy na siłę siebie, jesteśmy takie jakie jesteśmy i tak być powinno. Esencją kobiecości jest jej naturalne piękno. To zewnętrzne jaśnieje najpełniej tylko wtedy, kiedy rozkwita to wewnętrzne, kiedy stajemy się najlepszą (najbardziej zinternalizowaną) wersją samych siebie. I żadne SPA, najdroższe kosmetyki, operacje plastyczne, najlepsza kariera zawodowa, czy choćby najprzystojniejszy facet świata, tego nie zmienią. Wszystko czego potrzebujemy do rozkwitu mamy w sobie. Tam patrzmy. Nigdzie indziej. A jak już odkryjemy prawdę, tą jedyną i unikalną, która jest głosem naszego serca, idźmy za nią, choćby na koniec świata, samemu i boso. Powtórzę za Stevem Jobsem, który kończąc swoje sławne przemówienie podczas uroczystości rozdania dyplomów na Uniwersytecie Stanford (swoją drogą polecam w całości) przytoczył: „pozostań nienasyconym, pozostań nierozsądnym”. Życie jest naprawdę krótsze, niż nam się to wszystkim w chwili obecnej wydaje. Nie marnujmy czasu na zastanawianie się, żyjmy pełnią siebie i tego, co oferuje nam świat. Przyjdzie taki dzień, że wszystkie rozproszone kawałki same poukładają się w jedną i najlepszą z możliwych dla nas całość i może nie mieć to doprawdy nic wspólnego z naszym jej wyobrażeniem w tym momencie. Tak jak wszystko to, co za mną, tak i kiedyś wszystko to, co przede mną, nabierze swoistego sensu i klarowności. Wystarczy tylko w to uwierzyć. 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s