Bangkok’s Stories cz. 3 – Dwie strony medalu.

„Choć jest mnóstwo fizycznych miejsc, do których można się udać, by poczuć się jak „w drodze do domu”, żadne miejsce w sensie fizycznym nie jest nim; może tylko być wehikułem, który kołysze ego do snu, żebyśmy mogły resztę drogi przejść w samotności”.

Clarissa Pinkola-Estes, „Biegnąca z wilkami”.

dict.space.4goo.net

dict.space.4goo.net

Wiele osób, jeszcze przed moim wyjazdem pytało mnie dlaczego Bangkok. Sama zapytywałam siebie o to niejednokrotnie. Po spędzeniu ponad miesiąca tutaj, w przeddzień wyjazdu z tego miasta, mówiąc mu bardziej „do widzenia”, aniżeli „żegnaj”, odpowiedź nadal pozostaje niezmienna – „nie wiem”. Bangkok niesie ze sobą początek, bo to on pierwszy mnie powitał w Azji. Niesie ze sobą nowe doświadczenia, przyjaźnie, chwile szczęścia i smutku, trochę szaleństwa i trochę powagi, mnóstwo śmiechu i wiadro wylanych łez. Niesie tez zdaje się koniec pewnego etapu w moim życiu, przeszłość, którą czas najwyższy ostatecznie pożegnać… Znajomy, którego poprosiłam o przechowanie kilku rzeczy (zwłaszcza książek i materiałów z kursu), zapytał mnie ostatnio, czy zamierzam wrócić, odpowiedziałam „nie wiem”, bo tego nie mogę w gruncie rzeczy wiedzieć. Bangkok to miejsce „w drodze do domu”, jak znajdę dom, będę mogła wybrać miejsce, tylko, że wtedy, tak jak i teraz, nie będzie ono już miało większego znaczenia… Zatem, skąd wiem, że czas odejść i w którą stronę pójść dalej? Po prostu wiem. Na tym polega dwoistość natury kobiet, to to nazywamy intuicją, to głos tej, która wie, i to tego w sumie teraz szukam. Kim są te dwie Magdy w jednej? Ano, właśnie Bangkok uwypuklił je bardzo wyraźnie i właśnie dlatego już zawsze będzie moim miejscem „w drodze do domu”. 🙂 Oto historia dwóch kobiet i jednego miasta.

Z pewnością nie sposób poznać Bangkoku, jak i chyba żadnego miejsca, w przeciągu jednego miesiąca, dlatego to, co o nim napiszę będzie krótkie, zwięzłe i oczywiście częściowo subiektywne. Nie lubię też oceniać miejsc, które odwiedzam, porównywać z innymi, kategoryzować. Każde jest inne, jedne pasują mi bardziej, drugie mniej, ale w pewnym sensie wszystkie je warto odwiedzić i choć trochę poznać. Bangkok jest stolicą Królestwa Tajlandii, ma 50 dzielnic i zajmuje powierzchnię 1.565,2 km2, zamieszkuje go ok 6.642.566 ludzi, gęstość zaludnienia wynosi 4.244 os./km2, co plasuje go na 21 miejscu, co do liczby ludności, wśród miast na świecie. (wikipedia.org, a dane nie najświeższe, więc proszę się do nich nie przywiązywać ;)). Słynie ze swojej różnorodności i wielokulturowości, pysznego, choć ostrego jedzenia ulicznego, pięknych kobiet (albo pół-kobiet – naprawdę trudno odróżnić!! 😉 ) i nocnego życia. W brytyjskim rankingu 2013’s number one destination city, zajął 1 miejsce, wśród najczęściej odwiedzanych miejsc na świecie pod względem największej liczby tzw. international overnight visitors  (mierzono liczbę transakcji dokonywanych kartami MasterCard…;) – informacje zasłyszane). W szczegóły turystyczne nie będę się zagłębiać, bo po pierwsze każdy szuka tego, co lubi, po drugie musiałabym przepisać spory kawałek jakiegoś przewodnika (u mnie z pamięcią do nazw niestety kiepsko), i po trzecie wreszcie, nie zwiedzałam za dużo typowo turystycznych punktów, bo to nie był cel mojej wizyty tutaj. Dla mnie Bangkok jest miejscem, które bez wątpienia warto odwiedzić, ale nie na długo. Jest duży, ciekawy i daje mnóstwo możliwości aktywnego spędzania czasu. Jest przy tym głośny, upalny, zanieczyszczony, o nieskończonym i niepoliczalnym mam wrażenie ruchu ulicznym (jeśli narzekasz na korki w Warszawie, przyjedź do Bangkoku, zmienisz zdanie!). Mi zabrakło w nim przede wszystkim natury. Znowu przekonałam się, że jednak duże betonowe miasta, mimo wszystkich swoich zalet i całej swego rodzaju wygody życia, którą oferują, niekoniecznie są dla mnie. Ja jestem „prosta” dziewczyna ze wsi i choć potrafię sobie świetnie radzić w wielkim mieście, zawsze będę tęsknić za ciszą, zapachem pól i lasów, gwieździstymi nocami i odgłosami natury dookoła. 🙂

IMG_4178Codzienność w Bangkoku upływała mi pod znakiem szkoły i … zabawy. Ci, którzy mnie znają lepiej wiedzą, że wyznaję w życiu zasadę „jak pracować to pracować, jak się bawić to się bawić”… W pracy tym samym cenię profesjonalizm, zaangażowanie w powierzane mi zadania i pracowitość, i zgodnie z tym postępuję. Ważna jest motywacja, bez dwóch zdań swoje dwa grosze dokłada do niej ambicja, ale na koniec dnia nic nie pomoże, jeżeli zwycięży w nas lenistwo. Można być inteligentnym i zdeterminowanym, można sobie wizualizować sukces i w niego wierzyć, ale wszystko to za daleko nas nie zaprowadzi, jeśli nie dołożymy starań i po prostu pracy. Nie zdasz żadnego egzaminu, jeśli nie będziesz chodził na wykłady, nie otworzysz książki i się z niej nie pouczysz, nie odrobisz żadnej pracy domowej. W te cuda nie wierzę, chociaż niewątpliwie byłoby miło i niektórzy usilnie twierdzą, że potrafią… Ja nie potrafię, tej wiedzy jak dotąd nie udało mi się przyswoić. 😉 Często słyszymy, że praca nauczyciela to „bułka z masłem”, parę godzin w ciągu dnia, podręcznik i ćwiczenia, które załatwią całą resztę i dużo wolnego czasu. Nic z tych rzeczy, no chyba, że masz podejście wszystko jedno jak, IMG_4186byle do przodu. Ja niestety nie mam, mimo całego mojego zdystansowania do wielu spraw i okresowej umiejętności tzw. „wrzucenia na luz”, jeśli coś robię to chcę to robić dobrze, na daną chwilę tak dobrze jak potrafię, a w perspektywie czasu coraz lepiej. Oznacza to w konsekwencji, że każda lekcja wymaga przemyślenia i przygotowania, określenia planu i kroków działania. Oczywiście na kursie było to nawet bardziej czasochłonne, bo byliśmy zobligowani do podążania ściśle określoną metodologią i każde odstępstwo od przygotowanego wcześniej planu lekcji, skutkowało po prostu utratą punktów, a niekiedy nawet wręcz niezaliczeniem, jeśli oceniający (można się spierać czy obiektywnie, czy subiektywnie, bez znaczenia w tym momencie) uznał to odstępstwo za IMG_4191znaczące i jednocześnie powodujące nieosiągnięcie zakładanego celu lekcji. I czy Ci się to podoba, czy nie, czy się z tym zgadzasz, czy nie, czy to rozumiesz, czy nie, prawda jest taka, że jeśli chcesz zaliczyć kurs i dostać certyfikat, musisz się do tego dostosować. Welcome to the real world, jak mawali koledzy z poprzedniej pracy… (Pozdrawiam wszystkich serdecznie bardzo! :)) W zabawie natomiast, hm… 🙂 Spontaniczność – zawsze i wszędzie, wyluzowanie, otwartość, zrelaksowanie, „odrobina” 😉 szaleństwa.. Bo nawet i bawić to się trzeba umić, jak powiadają „najstarsi górale” i tak sobie myślę, że każdy umie, i każdy chce, i każdy najzwyklej w świecie potrzebuje, tylko nie każdy jeszcze o tym wie. Bangkok to bez dwóch zdań miasto w którym króluje zabawa i wręcz grzechem byłoby z tego nie skorzystać, przynajmniej raz,  no może kilka razy, ale nie to, że na okrągło oczywiście… 😉  W życiu każdy z nas potrzebuje balansu, czyli odrobiny wszystkiego po trochu i to niezależnie od wieku! Nie można być ani zbyt szalonym, ani nazbyt poważnym, ale doprawdy trzeba być szalonym, żeby być cały czas poważnym, czy jakoś tak… 🙂

IMG_4173W tym momencie nie mogę nie wspomnieć o ludziach z kursu, którzy byli fantastycznymi kompanami tak w pracy, jak i w zabawie. Miranda, Pat, Oleg, Matt, Tom… – prawdziwy „dream team”, a może bardziej „dreamer’s team” ;), i jednocześnie mieszanka wybuchowa, bo każdy inny i każdy z osobna na swój własny sposób interesujący. Ludzie, którzy nam towarzyszą, zawsze i wszędzie, czy w pracy, czy poza nią, są tym, co w gruncie rzeczy liczy się najbardziej. Z tej perspektywy Bangkok oceniam na 100%+ i jeśli coś sprawi, że zatęsknię, a może nawet wrócę, to Oni będą mieli w tym swój własny udział.  I jeżeli za coś jestem wdzięczna w życiu najbardziej, to właśnie za moje szczęście do ludzi. Tak właśnie, co by nie było, uważam, że mam ogromne szczęście do ludzi i zamierzam się tego przekonania trzymać. 🙂

No dobrze, kurs na A, satysfakcja z pracy, dobre towarzystwo, przednia zabawa, więc gdzie ta druga strona medalu i druga Magda jednocześnie?

Szukanie swojej własnej drogi przez życie wymaga zagłębienia się w sobie. Tu nie ma przewodników, znaków drogowych, instrukcji obsługi, ani dobrych rad. Po pierwsze trzeba wierzyć w to, że człowiek nie jest tylko własnymi myślami, planami, pragnieniami, doświadczeniami, cechami osobowości, naleciałościami kultury i wychowania. Trzeba uwierzyć, że prawdziwe ja jest właśnie za tym wszystkim ukryte i poprzez to nie może zostać jakkolwiek wytłumaczone. Żadne racjonalne podejście do tematu nie ma po prostu sensu, albo uwierzysz i zaufasz, albo nie, tylko tyle. Po drugie, samo uwierzenie, choć niezbędne, nie wystarczy. Następnie, jak to w życiu, przychodzi czas na ciężką pracę, skupienie i konsekwencję w poszukiwaniach. Medytacja jest jednym z wehikułów, które mogą pomóc, zwykła kontemplacja, podróżowanie i bez dwóch zdań niezwykła moc natury także. Jeśli kiedykolwiek zachwyciłaś się wschodem słońca o poranku, przez dłuższą chwilę obserwowałaś mrówkę pracującą w mrowisku, albo pszczołę zapylającą kwiat, cokolwiek. Przypomnij sobie uczucie, które temu towarzyszyło, spokój, ukojenie, zachwyt, zaciekawienie, błogość, coś zupełnie nieokreślonego? O tym właśnie mówię. To nazywam „magią życia”. Życie jest tylko jedno i tak sobie myślę, że właśnie dlatego warto przeżyć je magicznie. Każdy ma w sobie tę „magię życia”, trzeba tylko cierpliwości i skupienia, żeby ją odnaleźć, oczyścić z naleciałości i wreszcie wydobyć na światło dzienne. Wierzysz w magię? Ja wierzę, i dlatego nad nią pracuję, bardziej lub mniej nieudolnie, aczkolwiek konsekwentnie. W Bangkoku poprzez medytację trochę, poprzez naturalne wyciszenie, które towarzyszy samotnej podróży, ale też poprzez ludzi, których tu poznałam, którzy też wierzą i nie patrzą na mnie jak na wariatkę, kiedy mówię o tym, o czym teraz piszę, przepracowałam duży kawałek kroku drugiego, czyli oczyszczania z naleciałości. I możecie mi wierzyć lub nie, ale było ciężko chwilami i stąd właśnie wylane wiadro łez wspomniane na wstępie. Spojrzeć głęboko w siebie, nie zamiatając niczego pod dywan, nie wyrzekając się niczego i nie odżegnując się od niczego, zobaczyć swoją własną prawdę i nie przerazić się, nie uciekać, po prostu patrzeć i widzieć, wymaga odwagi serca, które nie boi się roztrzaskania na kawałki… „W baśniach łzy odmieniają ludzi, przypominają im o tym, co ważne, zbawiają ich dusze. Tylko nieczułe serca wstrzymują się od płaczu i pojednania. (…) Roztrzaskaj me serce, by zrobić miejsce dla bezgranicznej miłości”. {„BzW”}*

I pewnie nie zdziwi nikogo, że uważam, że było warto i poniekąd właśnie dlatego nie czas jeszcze na pracę i pozwolenie znowu na zbytnią ingerencję zwykłej codzienności w moje życie. Jak pisał ks. Twardowski: „wiara to ufność na zawsze, więc jedna, nadzieja to czas bez pożegnań”. Toteż ruszam dalej w swoją własną „drogę do domu”. A, że naoglądałam się przy tym cudnych zdjęć rajskich plaż w Tajlandii Południowej… Cóż… Nie samym chlebem w końcu człowiek żyje! I wszystko, i wszyscy mają swoją drugą stronę medalu. 🙂

*Ten wpis ujawnia wpływ, jaki miała i nadal ma na moje życie „powracająca” lektura „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli-Estes. Jest on też  indywidualnym, bardzo osobistym i poprzez to subiektywnym doświadczaniem wiedzy, którą dzięki tej książce zdobyłam, i dlatego też nie powinien być odczytywany w kategoriach jakiejkolwiek prawdy generalnej lub traktowany jako sugestia, czy też wyrocznia.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Bangkok’s Stories cz. 3 – Dwie strony medalu.

  1. Waliszewska pisze:

    A może jednak twoim domem okaże się Polska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s