Bangkok’s Stories cz. 2 – Medytacja.

„Prawdziwie cudownym jest opanowanie umysłu, tak trudnego do okiełznania, zawsze prędkiego w chwytaniu wszystkiego, czego tylko zapragnie. Opanowany umysł przynosi szczęście”.

The Buddha, Dhammapada (Ścieżka Prawdy Buddy).

Zawsze uważałam, że medytacja nie jest dla mnie, że siedzenie w miejscu i pełna koncentracja na jednym punkcie, tudzież powtarzanie tego samego zdania przez godzinę, przerastają moje możliwości. A jednak wiedziałam też, że jest to coś, co na mnie gdzieś czeka i prędzej czy później spróbuję. Prawdą jest też to, że gdzieś w sobie czułam i czuję, że jeżeli coś mnie blokuje, hamuje, albo najzwyklej w świecie zadręcza, to jest to tylko i wyłącznie mój własny, nieokiełznany umysł. Wszystko siedzi w naszych głowach, jesteśmy tak zawładnięci siłą własnego myślenia, że przestajemy wierzyć w cokolwiek, czego nie potrafimy sobie racjonalnie wytłumaczyć. Ale umysł to nie wszystko, nie wszystko ogarnia, ale na pewno wszystko komplikuje. Jest w naszym życiu, w nas samych jakaś magia, można ją nazwać głosem serca lub duszy, przeczuciem, intuicją, a jak ktoś woli po prostu szaleństwem. Coraz rzadziej podążamy jej śladem, coraz trudniej nam zaufać jej słowom, ba coraz mniej w ogóle cokolwiek słyszymy. Za sprawą współczesnego kultu tzw. „zdrowego rozsądku”, przeintelektualizowania i powszechnego cynizmu w podejściu do życia, moim zdaniem ubożejemy i tracimy bezpowrotnie z oczu prostotę wszystkich spraw.

Wracając jednak do medytacji. Hm… Przeczytałam dotychczas niezliczoną ilość książek z zakresu psychologii, różnych religii i rozwoju duchowego, przeszłam kilka kursów i szkoleń z psychoanalizy, neurolingwistycznego programowania, kreatywności, asertywności. Próbowałam tańca tantrycznego, ekspresji siebie poprzez ruch, psychoterapii, ezoteryki w różnych odsłonach i transu. Jeśli czegoś szukam, jeśli za czymś tęsknię, jeśli o czymś marzę, to wierzę, że tylko w sobie znajdę odpowiedź i drogę, która mnie tam zaprowadzi. Tym samym, przyszedł czas najwyższy na medytację, a naturalnie Bangkok jest ku temu więcej niż tylko dobrą sposobnością. 🙂

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/52/Bangalore_Shiva.jpg

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/
commons/5/52/Bangalore_Shiva.jpg

Pierwsza przygoda z medytacją zaczyna się już drugiego dnia mojego pobytu tutaj, a jeśli mam być zupełnie szczera i precyzyjna to zaczęła się na koniec mojej pierwszej podróży tutaj, która miała miejsce w lutym 2011 roku. Szłam wtedy ulicą Khao San, zmęczona, spocona i jak zwykle pogubiona. Spieszyłam się do hotelu, skąd zupełnie niedługo mieliśmy wyjeżdżać na lotnisko i wracać do domu. Zaczepił mnie jakiś człowiek, wysoki, postawny, z długą czarną brodą, w białej jakby sutannie i turbanie, na moje oko Sikh (wyznawca Sikhizmu, jednego z odłamów Hinduizmu, a właściwie w pewnym sensie kompilacja Islamu i Hinduizmu). Wróżbita. Powiedział kilka miłych słów pt. jak mi dobrze z oczu patrzy i jak dużo szczęścia mnie jeszcze czeka w życiu, a trzy ważne wydarzenia, które mnie o tym przekonają nastąpią już za chwilę… Uśmiechnęłam się do niego i w duszy, podziękowałam i odmówiłam dalszej rozmowy. I oto idę sobie po tych ponad 2 latach, znowu tą samą ulicą, trochę przypadkowo, trochę natchniona nie wiem do końca czym lub przez co, i … oczywiście zostaję zaczepiona przez tego samego Wróżbitę. Tak, tak, wiem, widać nie zmienił po prostu pracy przez ten czas, ale… Ze wstępu już wiecie, że należę do osób, które próbują wszystkiego i postępują niekiedy co najmniej irracjonalnie, więc tym razem postanowiłam go jednak wysłuchać. Nie zdradzę, co mi powiedział dokładnie w kwestii przyszłości i ile mnie to kosztowało, bo skala swego rodzaju absurdalności mojego życia w ostatnim czasie i tak już wystarczająco mnie samą przerasta i nie ma co jej pogłębiać. 🙂 Powiem jedynie, że przeżyłam własną scenę z książki lub filmu, wedle uznania, „Jedz, módl się i kochaj” i zalecona mi została medytacja właśnie, bo o tej w końcu chcę napisać. Dostałam zatem swoją mantrę, którą mam powtarzać codziennie rano 31 razy przez kolejne 81 dni. Różnie z tym moim praktykowaniem bywa, wszak konsekwencja, tylko niekiedy bywa moją mocną stroną, ale staram się, mniej lub bardziej, od tamtej pory stosować do tych zaleceń. Siadam tym samym w pozycji lotosu, zamykam oczy i powtarzam, rzeczone 31 razy: „OM NAMO SHIVA”, co oznacza mniej więcej „Kłaniam się Tobie Shiva”. Shiva w sanskrycie (starożytny język indyjski, wciąż używany w ceremoniach religijnych Hinduizmu) oznacza „łaskawy, przychylny” i jest, obok Brahmy i Wisznu, jednym ze świętej hinduistycznej trójcy (Trimurti), w której symbolizuje unicestwiający i odnawiający aspekt boskości. W wierzeniach hinduistycznych reprezentuje energię transformacji, wewnętrzne ja, które pozostaje nienaruszone, nawet kiedy wszystko się kończy. Mantra ta, powtarzana w trakcie medytacji, ma mnie zatem doprowadzić do mojej prawdziwej tożsamości, najwyższej świadomości, którą jest właśnie Shiva w tym kontekście. A potem już tylko cuda, cuda, cuda… 🙂

Medytacja z mantrą jest jedną z popularniejszych form wyciszenia umysłu i odnajdywania wewnętrznego spokoju. Mantra jest transcendentalną wibracją dźwiękową, gdzie „man” oznacza „umysł”, a „tra” – „wznosić”. Kluczowym elementem tej techniki jest koncentracja i skupienie uwagi na dźwięku mantry. Może ją praktykować właściwie każdy, samodzielnie lub w grupie, z wykorzystaniem oddechu lub korali (podobnie, jak w chrześcijańskiej modlitwie różaniec). Zob.: http://www.mantra.pl/medytacja/jak-medytowac.html

IMG_4147Na tym jednak swojej przygody z medytowaniem postanowiłam nie zakończyć, więc „pogooglowałam” troszeczkę, popatrzyłam w przewodnik, podpytałam kolegę, który też próbował i trafiłam do Wat Mahadhat, Sekcja 5, gdzie nauczyłam się medytacji Vipassana. Vipassana Meditation Centre, Wat Mahadhatu (Sekcja 5) oferuje bezpłatne, angielskojęzyczne lekcje medytacji codziennie w godzinach 7-10, 13-16 i 18-20. Jeśli się chce można też zdecydować się na intensywną naukę i zostać w centrum na noc. Zob.: http://www.mcu.ac.th/IBMC/html/course.html Medytacja Vipassana łączy w sobie dwie techniki, chodzenie i klasyczne siedzenie po równo, czyli jeśli chodzisz 45 minut (zalecana dawka na początek ;)), to i siedzieć powinieneś 45 minut. Zaczyna się z reguły od chodzenia, w ustalonym rytmie poszczególnych kroków, a następnie przechodzi się do pozycji siedzącej (klasyczny lotos). Podczas chodzenia koncentrujesz się na tym co robisz i powtarzasz każdą intencję ruchu 3 razy w swojej głowie. Wygląda to mniej więcej tak: stajesz prosto w kierunku w którym idziesz, zamykasz oczy i powtarzasz 3 razy „stoję, stoję, stoję”, następnie przechodzisz do „zamierzam iść, zamierzam iść, zamierzam iść” i ruszasz, wolnym, rytmicznym i krótkim krokiem, powtarzając „lewa, krok; prawa krok; lewa krok itd.”, dochodzisz do końca i znowu stajesz: „stoję, stoję, stoję”, musisz się odwrócić, więc: „zamierzam się obrócić, zamierzam się obrócić, zamierzam się obrócić” i „obracam się, obracam się, obracam się” (na 3 kroki, zgodnie z tym, co mówisz w myślach), „stoję, stoję, stoję”, „zamierzam iść, zamierzam iść, zamierzam iść” i „prawa krok, lewa krok, prawa krok,…” i tak przez 45 minut, albo więcej. J Chodzenie jednak, mimo swojej abstrakcyjności jest prawdziwą „bułką z masłem” w porównaniu z siedzeniem, a te 45 minut mijają błyskawicznie i bez większych kłopotów z koncentracją. Kolejne 45 minut to natomiast już katorga, tak dla umysłu, jak i ciała. Zanim wstałam z podłogi za pierwszym razem po prawie godzinnym siedzeniu, 10 minut zajęło mi prostowanie nóg, a ból był przy tym po prostu okrutny. No, ale od początku. Ważne jest odpowiednie przejście z chodzenia do siedzenia, tak, aby nie stracić energii wypracowanej przez chodzenie, więc żadnych gwałtownych ruchów, w stronę z góry upatrzonego i przygotowanego miejsca, przemieszczając się w sposób opisany powyżej, na koniec dodając „zamierzam usiąść, zamierzam usiąść, zamierzam usiąść” oraz „siadam, siadam, siadam”. Siedząc koncentrujesz się na oddechu, tylko nie tyle na wdychaniu i wydychaniu powietrza poprzez usta, czy nos, co na ruchu twojego brzucha, kiedy wzrasta (wdech) i kiedy opada (wydech). Wzrasta i opada. Wzrasta i opada. Wzrasta i opada. W przypadku, obiecuję nieuniknionej, dekoncentracji należy ją odnotować, jak się pewnie domyślacie poprzez trzykrotne powtórzenie i powrócić do brzucha, np. zaczynasz o czymś myśleć – „myślę, myślę, myślę”, robi ci się gorąco – „gorąco, gorąco, gorąco”, dobiegają cię jakieś głosy – „słyszę, słyszę, słyszę”, zaczyna cię swędzieć noga – „swędzi, swędzi, swędzi”, cierpniesz coraz bardziej – „boli, boli, boli” itp. Teoretycznie po trzech powtórzeniach, powinno ustąpić, empirycznie, po chwili powróci. Jeżeli coś staje się nie do wytrzymania np. swędzenie albo ból, trudno nie darmo, podrap i zmień pozycję, przy czym odnotuj to według wzoru: „zamierzam podrapać, zamierzam podrapać, zamierzam podrapać” i „drapię, drapię, drapię”.

Celem nadrzędnym medytacji Vipassana jest dogłębne uświadomienie sobie, że wszystko w naszym życiu pojawia się i znika bardzo szybko, a to jak coś postrzegamy i odczuwamy to w większości ocena naszego ego, czy też trzymając się nomenklatury przyjętej na początku – umysłu. Poprzez proste odnotowywanie każdej czynności wzrasta w nas przekonanie, że wszystkie psycho-fizyczne zjawiska występują z własnej woli i nie podlegają niczyjej innej (czyt. naszej) woli i kontroli. Zrozumienie tego fenomenu, poprzez obserwowanie i uświadomienie tylko, prowadzi nas do wyzwolenia się od wszelkich udręk i oczekiwań, „bycia w samym byciu” (w buddyzmie ostatnim tego etapem jest nirwana – Nibbana). Vipassana w tym kontekście oznacza po prostu „widzieć rzeczy, takimi, jakimi są”, nic więcej. Zainteresowany? Zob.: http://www.pl.dhamma.org/index.php?id=1362&L=15

Medytacja dla jednych jest elementem wiary, jak modlitwa, dla innych jednym ze sposobów na odnalezienie własnego spokoju w życiu, a dla jeszcze innych zwykłą fanaberią, jakich wiele w tym, jakże złożonym świecie. W moim przypadku jej próbowanie jest wręcz naturalnym i po prostu kolejnym krokiem na drodze rozwoju duchowego,  który praktykuję od dawna. Gdzieś głęboko w sobie jednak wiem, że nie ma żadnego złotego środka na życie, a wszystko, co robimy to kombinacja wiary, osobowości i przede wszystkim doświadczenia (albo może precyzyjniej byłoby napisać – doświadczania). Cudów nie ma, są wybory i przypadki, przekonania i wyznania, wreszcie myśli i uczucia. A może właśnie przeintelektualizowana jestem? A może widać za mało wciąż medytuję, a za dużo myślę? Ot, i znowu paradoks. 😉

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s