Z sobą samą cz. 2

„Kiedy zaś nie znajdziesz towarzystwa mądrego i roztropnego przyjaciela, kogoś kto wiedzie dobre życie – wtedy tak jak król, który pozostawia za sobą pokonane królestwo, albo samotny słoń w puszczy, powinieneś samotnie podążać swoją drogą”.

The Buddha, Dhammapada (Ścieżka Prawdy Buddy).

w podróżyWłaśnie minęło 25 dni odkąd wyruszyłam w swoją samotną podróż. Przejechałam łącznie jakieś 3.106 kilometrów (nie licząc oczywiście odległości pomiędzy Warszawą i Hanoi, pokonanej samolotem). Spędziłam 57 godzin w autobusach i 22 w pociągach,   cały dzień na skuterze oraz niepoliczoną ilość kilometrów i godzin na własnych nogach i rowerze, który co mnie nie dziwi stał się dość bliskim mi tu kompanem. Odwiedziłam Hanoi, Ha Long, Sa Pa i Dien Bien Phu w Wietnamie, Luang Prabang, Vang Vieng i Vientian w Laosie, wreszcie Chiang Mai i docelowy Bangkok w Tajlandii. Praktycznie nie zdarzało się, żebym wstawała później niż przed 8 rano, a kładła się spać wypoczęta przed 24. Bywało różnie, jak to w życiu, raz lepiej, raz gorzej, ale nawet w jednym momencie nie miałam wątpliwości, co do tego, że jestem we właściwym miejscu i nadal nie jestem w stanie sobie wyobrazić, żeby zawrócić. Nie jestem tu sama i ani przez chwilę nie byłam… Odnalazłam siebie i jest to wreszcie dobre towarzystwo.

Hanoi Każdy z nas mam wrażenie ma niejednokrotnie w sobie tęsknotę za urzeczywistnieniem scenariusza o którym śpiewała Maryla Rodowicz – „wsiąść do pociągu byle jakiego…” Wiatr we włosach, przesuwająca się za oknem droga, wolność i totalna swoboda… To prawda, są i takie momenty, ale jest i szereg chwil totalnego wyczerpania, zagubienia, bólu tak fizycznego, jak i psychicznego. Nigdy do końca nie wiesz, gdzie i w jakich warunkach przyjdzie Ci spędzić kolejną noc. Dźwigasz na swoich barkach cały niezbędny (a w moim przypadku także i zbędny;)) dobytek, który Ha Long Bay waży swoje (mój bagaż stanowi prawie połowę wagi mojego ciała). Ciągłe rozpakowywanie i pakowanie tego bagażu jest nieuniknioną uciążliwością. Kiedy pakowałam się przed wyjazdem nie zmieściłam 1/3 tego, co chciałam zabrać. Gdyby nie pomoc przyjaciółki już wtedy bym zwątpiła czy w ogóle jest realne spakowanie tego wszystkiego, a jednak się udało. Śpiwór został przytroczony, suszarka do włosów pozostawiona w domu, cała reszta dosłownie upchnięta, a wcześniejsze prasowanie czegokolwiek zupełnie zbędne. Już po dwóch dniach w drodze z pakowaniem osiągnęłam stan perfekcji. Śpiwór na nowo znalazł dla siebie miejsce w plecaku, a i Sapa jeszcze kilka rzeczy spokojnie bym zmieściła. Cały rytuał zajmuje mi w tym momencie, słowo honoru, niespieszne 10 minut. Można? Można..:) Nigdy też do końca nie wiesz, jak ułoży się sama droga. Przed wyjazdem miałam jakiś wstępny plan miejsc, które chciałabym odwiedzić, a wyznaczała je przede wszystkim świadomość tego, że kierować mam się w stronę Bangkoku i fakt, że mam tam być przed 1 lipca. Jeszcze w domu zrobiłam rezerwacje noclegu w Hanoi, dokąd wykupiłam lot, tak żeby wiedzieć gdzie się zaraz po nim kierować. I było to właściwie tyle z całego mojego planowania. Bardzo szybko już na miejscu okazało się, że dotarcie tu i ówdzie nie stanowi większego problemu i już pierwszego dnia wiedziałam kiedy i gdzie będę w Luang Prabangprzeciągu najbliższego tygodnia. Nie ma z tym tutaj większego problemu, w hostelach i wokół nich jest mnóstwo propozycji zorganizowanych wycieczek, z których można skorzystać, wystarczy tylko dokonać wyboru. Nie stanowią one opcji najtańszej, ale przynajmniej dają pewność, że gdzieś się jednak bez większego kłopotu dojedzie i coś się zobaczy, bo z tym na własną rękę bywa różnie. Skorzystałam z dwóch takich tripów: do Ha Long i Sa Pa. Po Sa Pa wiedziałam, że mam się kierować do Dien Bien Phu, bo stamtąd już tylko kawałek do granicy z Laosem i jest możliwość wykupienia bezpośredniego przejazdu do Luang Prabang, na którym mi zależało. Super, tyle tylko, że Dien Bien Phu na ten przykład było w całej tej podróży miejscem mojej największej próby, tak wytrzymałości, jak i pokory i cierpliwości.

Vang ViengPrzejazd do Dien Bien Phu był okrutnie upalny, śmierdzący, w tumanach kurzu i pozbawiony świadomości ile będzie trwał (najzwyklej w świecie zostałam, z przyczyn językowych, pozbawiona możliwości zadania komukolwiek „osiołkowego” pytania „daleko jeszcze”?). Najpierw mały lokalny busik, po brzegi wypakowany nie tylko ludźmi, ale też niezliczoną liczbą różnego rodzaju toreb, paczek, koszyków, o kompletnie nieprzewidywalnej zawartości (Azjaci zdaje się przewożą w autobusach wszystko, co się da i jak tylko się da). Trzy godziny w przykurczu, żeby nieoczekiwanie dojechać na jakąś małą stacyjkę pośrednią, gdzie zostałam zmuszona do zmiany Vientianautobusu, bo ten właśnie zakończył przejazd. Pan kierowca bez większych tłumaczeń, czy rozważań zabrał moją torbę i przeniósł ją do innego pojazdu, tym razem rzeczywiście już z plakietką „Dien Bien”. Wszelka komunikacja, czy możliwość dowiedzenia się czegoś więcej z góry była skazana na porażkę, bo nie znalazłam choćby jednej osoby mówiącej po angielsku. Kolejny autobus odjeżdżał dopiero za 1,5 h, o czym poinformował mnie pan, zdaje się, dyżurny ruchu wklikując cyferkę 1 na swoim telefonie. Ok. Mówi się trudno, wyjścia nie ma. Zadekowałam się w dworcowej niby kantynie z książką i dzielnie czekałam. O 13 autobus rzeczywiście ruszył dalej, okazało się, że mam w nim spędzić kolejne 6 h (to wiedziałam dopiero, kiedy wysiadłam), a droga (w rozumieniu szosa) faktycznie rzecz ujmując istniała tylko czasami. Klimatyzacji nie było, więc siedziałam znowu ściśnięta pomiędzy innych, z nosem wystawionym za okno, w Chiang Maikonsekwencji czego sama wyglądałam po tym przejeździe, jak robotnik budowlany, a ubranie, które na sobie miałam nadawało się tylko do kosza na śmieci. Kiedy dojechaliśmy było już ciemno, a ja kompletnie nie wiedziałam dokąd iść. Na szczęście blisko stacji znalazłam jakiś hostel, przy czym nie był on, ani szczególnie czysty, ani jakkolwiek sympatyczny, no ale lepsze to, niż przemierzanie z całym bagażem nieznanego mi bliżej miasta w poszukiwaniu, całkiem możliwe, że naiwnym, czegoś lepszego. Sypiałam już różnie, więc nie przerażało mnie to szczególnie, a najważniejsze, że była woda (zimna, bo zimna, ale w tamtym momencie dla mnie błogosławiona) i koniec końców łóżko w którym można było wreszcie wyciągnąć nogi. Następnego dnia pomaszerowałam na dworzec i kupiłam bilet na autobus do Luang Prabang, tylko 24 h i będę znowu w drodze, dam radę pomyślałam. Nie było jednak łatwo. 40 stopniowy upał, miasto w którym de facto nie ma nic ciekawego do zobaczenia, pozbawione prądu (zdaje się jakaś awaria) i ani jednego turysty, tudzież chociaż człowieka potrafiącego się z Tobą porozumieć. Znalezienie miejsca, żeby coś zjeść niemal niemożliwe, przeleżenie całego dnia w hostelu, o którym wspomniałam wcześniej, niewyobrażalne i dojmujące pragnienie, żeby już stąd wyjechać. Jakoś tak godzina za godziną przetrwałam. Kolejne 13 h w autobusie, przekroczenie granicy, i było znowu miło i przyjemnie.

BangkokPodróż, tak jak i całe życie jest nieustanną sinusoidą. Radość przeplata się z cierpieniem, śmiech z płaczem, szczęście z pechem, burza występuje na przemian ze spokojem. Najważniejsze jest, żeby obserwować tą nieustanną przeplatankę z perspektywy całości i mieć dużo dystansu do poszczególnych zdarzeń i emocji, które w danym momencie wywołują. Czasami lepiej wszystkiemu się poddać i nie walczyć z niczym na siłę, żeby w żadnej z sytuacji się nie zatracić i nie załamać. Na ten temat odebrałam już dawno temu srogą lekcję od życia i teraz już tylko udoskonalam się w akceptacji takich reguł gry. Z zaczytanych ostatnio słów Marka Kondrata: „Cała rozumność życia polega na tym, żeby dać mu święty spokój i się z nim nie boksować”. Zdaje się, że mama miała ostatnio rację – starzeję się i … nie jest to takie najgorsze na koniec dnia. 😉

Okolice HanoiWracając do samotności natomiast, hm… W podróży w sumie rzadko się jest zupełnie samemu. Z reguły otacza Cię mnóstwo innych podróżników i wystarczy tylko chcieć, aby nawiązać jakąś znajomość. W Hanoi miałam pokój dzielony z 9 innymi dziewczynami, taki mały akademik. Przelotne i urywane, a jednak stałe, wymiany zdań pt. skąd jesteś, gdzie byłaś i gdzie zmierzasz, co robisz itp. – standard porządku dziennego. W Ha Long poznałam dużo ciekawych ludzi z którymi spędziłam całkiem miło i interesująco czas. Para Kanadyjczyków, Holendrów, Duńczyków, Niemców, Nowozelandczyk, Francuz. Rozmowy przy piwie, wymiany poglądów i opowieści o podróżowaniu i dalszych planach. Przełamywanie wzajemnych stereotypów Chiang Mai (2)myślowych na temat różnych narodowości (w moim przypadku zwłaszcza mimowolne odkręcanie tych na temat Polaków ;)) i dużo śmiechu. W Sa Pa nocne granie w karty z parą Anglików i dwoma Francuzkami. Wreszcie w autobusie z Dien Bien do Luang Prabang zaprzyjaźnienie się z Vicky, rosyjską fotografką, z którą od tamtej pory dzieliłam i pokój i kolejne przejazdy, a rozstałam się dopiero w drodze do Bangkoku. Na koniec z reguły bardzo sympatyczna i pomocna społeczność lokalna. Suma summarum przez te 3 tygodnie nawiązałam więcej wartościowych kontaktów, spontanicznych i szczerych, aniżeli przez całe 6 lat w Warszawie!

MapaPodróżowanie po świecie na własną rękę, bez bliżej sprecyzowanego planu, przewodnika, który nas poprowadzi, rezerwacji „all-inclusive” i niemal codzienną niewiadomą, co do tego, jak się wszystko ułoży, nie jest zapewne opcją dla każdego. Z drugiej strony, jak pisała Szymborska „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Ja odnalazłam w sobie niespodziewane, przy moim temperamencie, pokłady spokoju, akceptacji i dystansu dla nie zawsze tylko sprzyjających okoliczności, cierpliwości i wreszcie nieopuszczającego Ha Long Baymnie optymizmu. Koniec końców wszystko się ułożyło, dotarłam tam, gdzie chciałam, zobaczyłam mnóstwo cudownych miejsc, poznałam całe grono fantastycznych osób i nie stanowiło to w gruncie rzeczy większego problemu. Jedno też mogę zagwarantować, niezależnie od sytuacji, chwil gorszych, lepszych i tych najlepszych, wrażeń  w podróży na pewno nie brakuje, a te z kolei dają nieustającą satysfakcję i radość. Każdą częścią swojego ciała i umysłu, czujesz, że żyjesz i jest to niezwykle motywujące uczucie.   I pomyśleć, że przecież w gruncie rzeczy to dopiero początek mojej przygody….. 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s