Ania

To nie dziecko ogranicza nasze horyzonty w życiu, a nasz sposób myślenia o nim.

Wielu z nas długo rozważa podjęcie decyzji o urodzeniu dziecka, zastanawia się, głowi, boi się odpowiedzialności i utraty wolności decydowania o sobie. Zwykliśmy dzielić nasze życie na sztywno ustalone etapy: czas szkoły, potem życie studenckie, praca, stanowiąca specyficzne przejście z okresu beztroski w tzw. dorosłe życie, wreszcie rodzina i dzieci, czyli kres naszych osobistych aspiracji, marzeń i swobody wyboru. Tak z reguły przedstawia się schemat naszego myślenia o życiu i progach przez które musi przejść każdy z nas. Czy jednak rzeczywiście tak musi być? Kto ustalił taką wykładnię naszej egzystencji? Kto powiedział, że zawsze musimy rezygnować z jednego na rzecz drugiego? My. My sami stawiamy sobie tego rodzaju ograniczenia, które są tylko i wyłącznie, albo w większości przynajmniej, wytworem naszego sposobu myślenia o świecie.

Ania ma 27 lat i jej historia zdaje się przeczyć powyższym stereotypom w spojrzeniu na świat. Ania jest żoną (po raz drugi zresztą), matką dwóch córek, aktywną zawodowo dzinnikarką, choć bez dyplomu, podróżniczką, młodą, spontaniczną i radosną dziewczyną, drobną blondynką na dodatek… Ania jest sobą. Uderza w niej prawdziwość, swoboda wyrażania myśli i uczuć, bez najmniejszej choćby cenzury, naturalnie, tak jak to właśnie jest, bo skoro tak jest – tak być ma i nie ma tu nic do analizowania. Dewizą jej postępowania zdaje się być działanie, nie rozważanie lub planowanie. Wrodzony entuzjazm dodatkowo potęguje potrzebę ciągłego ruchu, umiejętność robienia kilku rzeczy naraz i … niezdecydowanie, co woli bardziej, pisać czy organizować, zajmować się dziećmi czy pozostać aktywistką społeczną, podróżować czy budować ciepłe gniazdo dla bliskich? Na szczęście nie stawia siebie wobec takich wyborów, łączy zamiast dzielić. Ona i rodzina, którą tworzy nie szukają w życiu ograniczeń, a możliwości wspólnego rozwoju i nie przywiązują się zanadto do  długodystansowego planowania, chwytają szanse, żyją tak jak chcą i na daną chwilę mogą, są Rodziną bez Granic (http://thefamilywithoutborders.com/about-the-family-without-borders/).

Wychowała się w bloku na warszawskim Rakowcu. Lubi ten świat swojego dzieciństwa i chętnie do niego wraca. Kiedy spacerowałyśmy po okolicy pokazywała różne ukryte ścieżki i zakamarki, będące także zapisem jej wspomnień. W liceum trochę przez przypadek trafiła na warsztaty dziennikarskie, wspierane przez Stowarzyszenie Młodych Dziennikarzy „Polis” (http://polis.org.pl/). Tam poznała swojego pierwszego męża, a także mentorkę i przewodniczkę, Halinę Bortnowską. Połknęła bakcyla, zaangażowała się, tak w pisanie, jak i w działalność samego Stowarzyszenia. Z czasem, z innymi młodymi dziennikarzami i aktywistami europejskimi, współtworzyła jego europejski odpowiednik – European Youth Press, gdzie od 2008 roku zasiadała w Zarządzie, a teraz w Radzie Nadzorczej. Prowadziła różne projekty, organizowała spotkania i konferencje, no i pisała. Na stałe nawiązała współpracę z Gazetą Wyborczą, dla której pracowała, aż do momentu przeprowadzki do Berlina, do swojego drugiego męża.

Thomasa poznała w Brukseli, na jednej z międzynarodowych konferencji skupiających młodych dziennikarzy. Zaiskrzyło od razu, a jednak nie przywiązywali się do myśli o byciu razem, właściwie to nawet nie było do czego się przywiązywać, bo taka myśl się praktycznie nie pojawiła. Spędzili po prostu fajne chwile razem, po których, jak to w życiu, rozjechali się, każde w swoim kierunku. Jak każdy na początku racjonalizowali dlaczego to się nie może udać… A jednak… Smsy, telefony, na początku sporadyczne, potem coraz częstsze, spotkania przy okazji, potem intencjonalne poszukiwanie okazji, wreszcie regularne podróże na trasie Warszawa – Berlin. Historia jakich wiele. Po jakimś czasie ślub i przeprowadzka Ani do Berlina, dziecko i pierwsze trudne wspólne chwile (Hania urodziła się przedwcześnie i pierwsze miesiące swojego życia spędziła w szpitalu). Kiedy wszystko wyszło na prostą, a Hania zdrowa i szczęśliwa zbliżała się do swoich pół-rocznych urodzin, pojawiło się pytanie, no i co teraz? Dalej tak z dnia na dzień? A może to znak, żeby zrobić coś innego, coś o czym marzyli od dawna? Właściwie czemu nie?

Podróżowali dużo i często, zanim się poznali sami, później razem. Podróżowali zawodowo i prywatnie, podczas krótkich wypadów i na dłuższych wakacjach. Zawsze jednak snuła się za nimi myśl, żeby wyruszyć gdzieś na dłużej, nie tylko zagościć na chwilę w jakimś miejscu, ale poznać inny świat, innych ludzi, poobcować z nimi. Wbrew pozorom pojawienie się Hani na świecie nie odłożyło tej myśli na „półkę niemożliwości”, a sprawiło, że stało się to wreszcie realne. W Niemczech przepisy zapewniają rodzicowi, który rezygnuje z pracy na rzecz dziecka 65% wynagrodzenia prze 14 miesięcy! Przy odejściu kosztów mieszkaniowych (w czasie swojej wyprawy wynajmowali swoje mieszkanie) oraz faktu, że trasa obejmowała kraje, które są zdecydowanie tańsze turystycznie, aniżeli codzienność w Niemczech czy nawet w Polsce, okazało się, że kwestia pieniędzy przestała być problemem. Wykonywane zawody nie czyniły też przeszkód w półrocznym urlopie bezpłatnym, jako swego rodzaju freelancerzy nie byli ograniczeni etatem. Jak nie pracowali nie zarabiali po prostu, tylko tyle. Nie mieli jednak przede wszystkim ograniczeń mentalnych, rodzących wątpliwości i nieustanne pytanie: czy podróżowanie z 6 miesięcznym dzieckim jest w ogóle możliwe? Czy może być, z samego założenia tylko, bezpieczne i odpowiedzialne? Oczywiście, zdawali sobie sprawę z tego, że wymaga to większej staranności w przygotowaniach, dokładnego zaplanowania wszystkiego pod kątem nieco innych rzeczy, aniżeli tych branych pod uwagę przy samotnej wyprawie dwojga dorosłych osób, ale nawet przez chwilę nie pomyśleli, że to się nie może udać.

Jasnym od początku było, że z uwagi na Hanię będą podróżować samochodem, pozwalającym na swobodę przemieszczania się, przystosowanego do potrzeb małego dziecka. Samochodu, w którym dodatkowo zmieszczą się wszystkie niezbędne rzeczy, przede wszystkim zapas pieluszek, ubranek i słoiczków z posiłkami dla niemowlaków. Jasnym było też, że jednak nie zrobią wszystkiego, że nie zaryzykują na przykład przejazdu przez Czeczenię, że konieczne jest ubezpieczenie, rozeznanie w dostępności lekarzy po drodze oraz zaufanych przyjaciół, którzy udostępnią, chociażby pralkę. Wybrali trasę wiodącą wokół Morza Czarnego, raz, że w miarę blisko, dwa, że mieli po drodze sporo przyjaciół gotowych do pomocy, trzy, że z uwagi na znajomość rosyjskiego umieli się swobodnie komunikować w większości z odwiedzanych miejsc, wreszcie cztery, za wyjątkiem Gruzji, znali już te kraje z wcześniejszych wojażowych doświadczeń. Przejechali łącznie 9 krajów: Ukrainę, Rumunię, Mołdawię, Rosję, Gruzję, Azerbejdżan, Armenię, Turcję i Bułgarię. Przez 6 miesięcy żyli tylko i wyłącznie „na walizkach”. W podróży Hania zrobiła swój pierwszy krok i wypowiedziała pierwsze słowa. Najbardziej podkreślają to, że oboje uczestniczyli w każdym z tych doniosłych momentów. Mieli, niewątpliwie rzadko spotykaną, możliwość spędzenia każdej chwili razem, zbliżyło ich to do siebie i z pewnością przysłużyło się szczęśliwemu rozwojowi ich córeczki. Każdy wspólny krok dokumentowali na swoim blogu, prowadzonym w języku angielskim i polskim. Z zamysłu miał on służyć dziadkom i bliskim, żeby nie martwili się tak bardzo i mieli na bieżąco informacje o tym co robią i gdzie są. Życie sprawiło jednak, że okazał się on drugim z najpoczytniejszych blogów podróżniczych w Polsce w 2010 roku.

Podczas pobytu w Gruzji okazało się, że Ania jest w drugiej ciąży. Mila urodziła się, tak jak Hania przedwcześnie, ale około dwóch miesięcy temu, zdrowa i pełna wigoru, tak samo jak mama i jej siostra, opuściła szpital i … zainspirowała w rodzinie etap planowania kolejnej podróży. Nauczeni doświadczeniem, pewniejsi i z racji swojej niespodziewanej popularności, „bardziej uposażeni” dzięki sponsorom, tym razem chcą objechać Amerykę Środkową. Trwają gorące przygotowania, o których przeczytać można oczywiście na ich blogu (http://thefamilywithoutborders.com/powoli-sie-szykujemy-2011-05-19/). Ostatnio wszyscy mieli małe turne po Polsce, opowiadali o sobie, swoich przygodach i swojej, chyba jednak wciąż niezwykłej, podróży. Udowadniali, że zagrożenia stanowią nieodłączną część naszego życia i, jako nieprzewidywalne, nie powinny być ograniczeniem przed zrobieniem czegoś, a jedynie wskazówką, jak się do tego przygotować. Na koniec dnia i tak będzie tylko tak, jak było, niekoniecznie tak, jak chcieliśmy, żeby było. Planowanie, unikanie, jakiekolwiek zabezpieczenia, w gruncie rzeczy są tylko złudzeniem kontroli, potrzebnym do okiełznania lęków, towarzyszących każdemu z nas w każdej, nawet „najbezpieczniejszej”, podróży przez życie. „Kiedy życie jest zbyt kontrolowane, robi się go coraz mniej do kontrolowania”. {„BzW”; s. 168}

Ania zawsze marzyła o rodzinie, nie wyobraża sobie samotnej wędrówki przez życie. Goni do ludzi, do rozmów, towarzystwa. Mówi, że bez Thomasa pewnie nie robiłaby tego, co robi, nie jest najlepszą samomotywatorką, potrzebuje wsparcia i wspólnoty, własnego stada. Z domu wyniosła swoistą nieumiejetność bycia samemu. Małe mieszkanie w bloku, zawsze przepełnione rodziną, znajomymi i sąsiadami, nie dawało zbyt wielu możliwości obcowania samemu z sobą. Pewna Romka podczas podróży zapowiedziała jej czworo dzieci, a jej reakcją było naturalne „czemu nie?”. Z uwagi na problemy z dwoma pierwszymi ciążami, które, jak już wiedzą na pewno, będą dotyczyły także kolejnych, myślą o adopcji. W końcu tyle jest małych dzieci, szukających swojego domu. No i jeszcze ta pewność, że tym razem będzie chłopiec. Samotność rodzi niepewność, jakiś dziwny niepokój rzeczy. Wśród ludzi możesz po prostu być, działać, mówić, śmiać się. Wszystko jest wtedy prostsze. To jednak tylko jedna strona medalu, jedna z możliwości, jak wszystko, indywidualna i względna. Szczęście Ani, którego jej czasem zazdroszczę, polega na tym, że nie zastanawia się nad drugą, trzecią, a może i czwartą opcją, a nawet jeśli, to tylko przez chwilę. Mówi, że bardzo szybko wychodzi po prostu z założenia, że to, co ma i jak żyje jest najlepszą możliwością, bo w końcu to ona sama ją wybrała. Żyje. Ot tak. Po prostu. Nie gdyba, nie analizuje, ale to już kwestia osobowości, a może nie? A może… No właśnie, któż to tak naprawdę wie…

Wiekszość zdjęć zamieszczonych we wpisie jest autorstwa Thomasa, który jest fotografem – pasjonatem (http://thefamilywithoutborders.com/about-the-family-without-borders/).

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Spotkania - wpisy. i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Ania

  1. mari pisze:

    Piękne… a mówią że dzieci do problem. I ten prawdziwy cytat na początku – potwierdza to, że to nie prawda 🙂

    • Myślę, że stwierdzenie, że dzieci to problem jest trochę niefortunne i niejednoznaczne, ale też i niepozbawione zupełnie prawdy. Dzieci to nasza ogromna odpowiedzialność w życiu i nie należy zapominać, że decydując się na ich posiadanie (kolejne niefortunne „powiedzenie”, bo są to przecież odrębne istoty ludzkie i nie stanowią naszej własności) należy pamiętać, że wybieramy minimum 18 letni, a tak naprawdę dożywotni, czas trudnej miłości, niosącej tak radość jak i smutek, entuzjazm i skrajne zmęczenie, mnóstwo uśmiechów, ale także wiele łez. Myślę też jednak, że to jak sobie ten czas ułożymy i czy odnaleziemy także własne spełnienie w rodzicielstwie, to już kwestia naszego wolnego wyboru, dojrzałości emocjonalnej i świadomości, że wszystko w życiu ma swój „rewers”. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s